środa, 12 września 2018

Rozdział XLIII "Druga szansa"

Witajcie Kochani!

Dziś bez zbędnych słów, oddaję w Wasze ręce 38 stron lektury. Mam nadzieję, że zrekompensuje Wam to długi okres czekania, za który przepraszam.

Dziękuję tym nielicznym, którzy towarzyszą mi w tej przygodzie. To ogromna przyjemność móc dzielić się z Wami historią "Rozbitków", ale i wymieniać z Wami spostrzeżenia i uwagi, czytać o Waszych przeżyciach w trakcie lektury. Bardzo Wam za to dziękuję.

Zostały już tylko trzy rozdziały i epilog. Wytrzymacie jeszcze trochę?:)

Tymczasem zapraszam do czytania i dzielenia się swoimi emocjami i przemyśleniami:)

Ściskam Was bardzo mocno!

Wasza Villemo.



Rozdział XLIII Druga szansa





- Draco, naprawdę nic mi nie jest – powtórzyła po raz kolejny Narcyza, starając się uspokoić szalejącego z niepokoju syna.

- I tylko dlatego jeszcze żyją – warknął mężczyzna, mierząc zebranych morderczym wzrokiem.

- Odpuść, ok? – Wypalił równie poddenerwowany Blaise. – Nikt nie zawinił. Ty też jej nie podejrzewałeś – dodał poirytowanym tonem, a Draco zmrużył oczy, szykując się do kontrataku.

- DOŚĆ – Harry nie podniósł głosu, jednak jego ton nie pozostawiał cienia złudzeń, co do jego intencji. – To nie czas na kłótnie – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, starając się uciąć wszelkie dyskusje.

- Mam gdzieś polityczną poprawność…

- Draco… - zaczął Harry, lecz Malfoy był nieugięty.

- Zabieram stąd matkę – oznajmił twardo, obstając przy swoim i odwzajemnił spojrzenie partnera.

- To szaleństwo! Dzięki niej możemy złapać szpiega – zaczął zniecierpliwiony Philip, na co, w odpowiedzi, Malfoy spiorunował go spojrzeniem, a Harry westchnął ciężko.

- Już to kiedyś przerabialiśmy, Banner. Jeśli sądzisz, że pozwolę ci zrobić z mojej matki… - zaczął blondyn złowróżbnym głosem, lecz nie dane mu było skończyć swojej groźby.

- CISZA! – Ponownie zainterweniował Harry, tym razem podnosząc głos, czym skupił na sobie uwagę wszystkich. – Masz rację – powiedział, zwracając się do przyjaciela, czym zasłużył na niedowierzające spojrzenie Bannera. – Narcyza nie jest tu bezpieczna. Przeniesiemy ją do kryjówki zabezpieczonej zaklęciem ochronnym. Tym razem nie damy się zaskoczyć – zapewnił, patrząc prosto w oczy blondynowi, który po chwili wahania skinął sztywno głową.

- To niedorzeczność! Wypuszczasz z rąk swój jedyny atut! – Zagrzmiał Philip, podchodząc do Harry’ego i stając naprzeciw niego.

- Być może – odparł spokojnie, mierząc starszego mężczyznę nieprzeniknionym wzrokiem. – Taka jest jednak moja decyzja – dodał władczym głosem, zbijając Philipa z tropu.

- To niedopuszczalny błąd, Potter…Narcyza Malfoy może doprowadzić nas do mordercy, a ty…

- Zapewniam jej maksymalne bezpieczeństwo, na które zasługuje – wszedł mu w zdanie ostrzejszym tonem.

Stary auror zacisnął usta w wąską linię, a na jego policzkach pojawiły się czerwone rumieńce złości. Harry rozumiał jego reakcję. Banner był legendą i jednym z najbardziej doświadczonych i utalentowanych aurorów w historii magii. Był boleśnie skuteczny, lecz w swoich działaniach nie przebierał w środkach i często igrał z losem. Był gotów na wiele, by osiągnąć cel. Kingsley porównał go kiedyś do nieposkromionego żywiołu i teraz Harry zaczynał rozumieć, co jego zmarły przyjaciel miał na myśli. Potter miał jednak nadzieję, że Philip będzie w stanie przełknąć porażkę i schować dumę do kieszeni, ponieważ jego wsparcie i doświadczenie było dla niego bezcenne. Chciał z nim pracować, ale nie mógł pozwolić, by Banner podważał jego decyzje. To Harry był dowódcą i nie mógł pozwolić sobie na niesubordynację lub słabość. Jeśli jego przeczucia były słuszne, potrzebował wszystkich rąk na pokładzie.

- Philipie – zaczął przyciszonym głosem, tak by jego słowa trafiły wyłącznie do adresata. -  Cenię cię. Doceniam fakt, że w trakcie mojej niedyspozycji przejąłeś dowództwo i jestem ci wdzięczny. Merlin mi świadkiem, że chciałbym mieć cię u swego boku. Ale jeśli za każdym razem będziesz podważał moje decyzje, nie wyobrażam sobie tej współpracy – dodał, patrząc mu prosto w oczy.

- Twoja brawura może cię kiedyś zgubić, chłopcze. Nie zawsze można uniknąć ofiar – powiedział z pochmurną miną, lecz ewidentnie z jego głosu znikła wrogość.

- Nie na mojej warcie – zapewnił Harry, przysięgając sobie, że już nigdy nie dopuści, by za jego błędy płacili inni.

- Jesteś dobrym aurorem – powiedział Philip z nostalgią w głosie. – Jesteś wojownikiem – dodał, kiwając głową z uznaniem i kładąc mu pomarszczoną dłoń na ramieniu. – Jestem do dyspozycji, dowódco – oznajmił, a Potter niezauważalnie odetchnął z ulgą.

- Dziękuję – powiedział, uśmiechając się krótko, a Philip pokiwał ze zrozumieniem głową i wyszedł z pokoju.

Harry natomiast rozejrzał się po zebranych, stawiając czoła ich spojrzeniom. W ich oczach dostrzegał niepewność, strach, gniew i przede wszystkim wolę walki. Nieugiętą i nieustępliwą chęć walki o to, w co wierzyli i co było bliskie ich sercu.

- Skoro tak, to przygotuję wszystko – odparł Blaise, komentując w ten sposób decyzję o przeprowadzce Narcyzy i przerywając napiętą ciszę.

Harry odpowiedział mu skinieniem głowy i w milczeniu odprowadził go do wyjścia, zostając sam na sam z ponurym Draconem i jego milczącą matką.

- Czy chciałaby pani dodać coś do zeznań, pani Malfoy? -  Zapytał, zwracając się bezpośrednio do kobiety.

- Powiedziałam wszystko, co wiem – odparła bezradnie blondynka, a Harry skinął głową i odwrócił się z zamiarem odejścia. – Zajrzyj do mnie  - rzucił przez ramię do swojego partnera i zatrzymał się, mierząc go badawczym spojrzeniem. – Spasuj, Draco i trzymaj emocje na wodzy – dodał z ręką na klamce, na co blondyn odpowiedział mu nieustępliwym spojrzeniem. – Nie zrób niczego głupiego bez mojej wiedzy – powiedział, ukrywając w swojej prośbie zawoalowane ostrzeżenie i dopiero, gdy Draco niechętnie skinął głową, wyszedł z sali Narcyzy.

- Synu… - zaczęła delikatnie blondynka, gdy milczenie ze strony mężczyzny przedłużało się. – Draco…

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Dlaczego milczałaś przez tyle lat? – Wyrzucił z siebie, nie potrafiąc ukryć żalu i rozczarowania po tym, jak usłyszał zeznania kobiety.

Narcyza spojrzała na niego ze skruchą i bezradnie wzruszyła ramionami. Starała się utrzymać pozę i dzielnie wstrzymywała łzy, lecz dla tak wytrawnego gracza jak Malfoy jej twarz była niczym otwarta księga. To, co z niej wyczytał, mówiło więcej niż tysiąc słów. On jednak nie miał zamiaru ułatwiać jej niczego. Chciał usłyszeć, co ma mu do powiedzenia.

- Bo widziałam, jak kochasz i podziwiasz ojca – wydusiła z siebie głosem nabrzmiałym od tłumionych emocji.

- Chroniłaś go – rzucił z goryczą, nie potrafiąc ukryć żalu.

- To ciebie chroniłam! – Zaoponowała gwałtownie, po czym dodała już spokojniej. - I twoją miłość do ojca. Chciałam, żebyś widział w nim jak najmniej zła. Zła, do którego był zdolny i które tak łatwo mu przychodziło…Chroniłam obraz ojca, który stworzyłeś i którego podziwiałeś… - wyznała, łamiącym się głosem.

- Dlatego pozwoliłaś, bym żył w kłamstwie?

- Wstydzę się tego. Wstydzę się, że wolałam udawać, że wszystko jest w porządku – odparła, ścierając szorstkim ruchem niechciane łzy. – Kochałam twojego ojca. Byłam gotowa mu wybaczyć i łudzić się, że wszystko będzie jak dawniej. Nie powiedziałam ci o ich romansie, bo bałam się, że ta prawda nas zniszczy. Myślałam, że zniszczę coś, czego od dawna już nie było. Naszą rodzinę...  Przepraszam – powiedziała, patrząc na syna ze skruchą, czym go zaskoczyła.

Narcyza Malfoy nie popełniała błędów, a nawet jeśli, to nigdy się do nich głośno nie przyznawała, a już tym bardziej nie przepraszała za nie. Dostrzegła jego zaskoczenie i zmieszała się, gdy dotarło do niej, o czym myślał. Szybko jednak wzięła się w garść i spojrzała na syna z godnością, czym w pewien sposób go ujęła. Nawet przyznając się do winy i będąc podłączoną do tych wszystkich urządzeń starała się zachować pozę. Przyjrzał się uważnie jej twarzy, która dla niego od lat się nie zmieniła. Czas i trudy wojny nie pozbawiły jej urody i pewnej szlachetności, którą inni nazwaliby wyniosłością i chłodem. Piekło, które przeżyła, widać jednak było w głębi jej spojrzenia. Rozpoznawał to, bo sam się z niego wydostał. To piekło odmieniło go na zawsze. Choć nie był pewien, czy byłby tą samą osobą, którą jest teraz, gdyby nie ludzie, którzy stanęli na jego drodze i dali mu drugą szansę. Sprawili, że mrok i chłód ustąpiły światłu i ciepłu. Uśmiechnął się nieznacznie na tą myśl i ujął dłoń matki. Splótł ze sobą ich palce i zacisnął swoje. Narcyza odwzajemniła uścisk, nie będąc już w stanie walczyć z cisnącymi się jej do oczy łzami.

- Przetrwamy to. Razem – zapewnił, a kobieta skinęła głową, starając się odzyskać równowagę.

Widząc nieudolne próby matki, Draco uśmiechnął się ciepło i nachylił, całując ją w czoło.

- Czy masz jeszcze jakieś tajemnice, o których powinienem wiedzieć? – Zapytał przekornie, a Narcyza, uśmiechając się przez łzy, pokręciła głową. – To dobrze – westchnął ciężko. – Z mordercami jestem w stanie sobie poradzić, ale nie wygram z czymś, o czym nie wiem – dodał, starając się podnieść na duchu kobietę, która uśmiechnęła się na widok jego miny. – A skoro już jesteśmy ze sobą szczerzy, to musisz o czymś wiedzieć – powiedział nieco bardziej napiętym głosem, co wyraźnie zaintrygowało jego matkę.

- Draco? – Ponagliła syna, gdy milczenie z jego strony przedłużało się. – To napięcie, które zbudowałeś, jest gorsze od tego, co masz mi powiedzieć – zażartowała, dostrzegając zdenerwowanie mężczyzny.

- Jeszcze możesz zmienić zdanie – mruknął z przekąsem, a blondynka uniosła wysoko brwi.- Chodzi o to, że…Bo widzisz, zmieniłem się. Nie jestem już taki, jak przed wojną. Nie myślę w ten sposób… - zaczął, a blondynka skinęła zachęcająco, by kontynuował. – Co za tym idzie…To…W gruncie rzeczy to skomplikowane. Sam nie wiem, jak do tego doszło i zapewne możesz być skonfundowana, ale…

- Na Salazara, wyduś to w końcu z siebie – zniecierpliwiła się, zaczynając odczuwać lekki niepokój.

- Kocham Hermionę Granger – wyrzucił z siebie na jednym wydechu i z zaciekawieniem przyglądał się minie swojej rodzicielki.

Narcyza wstrzymała oddech, zaskoczona deklaracją syna. Nie wiedziała, czy bardziej szokuje ją samo wyznanie, dobór słów, obiekt miłości syna, czy w ogóle słowo „kocham” z jego ust. Wszystko to było dla niej nowe i w pierwszej chwili nie potrafiła odnaleźć się w tej sytuacji. Dopiero badawcze spojrzenie Dracona, sprawiło że spróbowała odzyskać nad sobą kontrolę.

- To przyjaciółka Pottera, prawda? – Upewniła się, wypowiadając pierwszą myśl, jaka przyszła jej do głowy i chcąc zyskać na czasie, by przetrawić tą wiadomość. – To ta dziewczyna z mugolskiej rodziny? – Dopytywała, uważnie badając grunt i reakcję syna, który tym razem spiął się, lecz ponownie skinął głową.

- Mówiłem ci, że nie myślę tak jak kiedyś. Nie kieruję się uprzedzeniami, które wbijał mi do głowy ojciec – powiedział spokojnie, choć w jego głosie i postawie kobieta dostrzegała coś więcej. Dostrzegła upór i swego rodzaju wojowniczość, jakby dawał jej sygnał, że jest gotowy na wszystko.

- Nigdy wcześniej nie słyszałam od ciebie takich wyznań…

- Bo nigdy wcześniej na nikim mi tak nie zależało – odparł z pewną dozą niepewności, co rozczuliło Narcyzę. – Nie oczekuję, że zaakceptujesz nasz związek. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nie zrezygnuję z niej. I mam nadzieję, że nie każesz mi wybierać między wami, a postarasz się dać jej szansę – dodał spokojnie, nieudolnie kamuflując zdenerwowanie. - Gdy byłem dzieckiem, powiedziałaś, że zrozumiem, czym jest miłość, gdy pokocham. Teraz ja proszę ciebie o podobne zaufanie. Wiem, że możesz czuć się zagubiona. Jednak, gdy ją poznasz, zrozumiesz mój wybór – powiedział z napięciem w głosie.

-  Naprawdę ją kochasz? – Zapytała, chcąc mieć bezwzględną pewność, że nie miała halucynacji. – W takim razie chyba muszę ją poznać. W końcu ktoś, kto nauczył moje dziecko miłości, musi być wyjątkowy – westchnęła ciężko, gdy Draco skinął głową, wywołując swoją odpowiedzią błysk szczęścia i wdzięczności w oczach mężczyzny.

- Taka właśnie jest Hermiona. Wyjątkowa – zapewnił blondyn, czując ogromną ulgę po słowach matki.

- Oby tak było – zagroziła pół żartem pół serio, mając nadzieję, że przyjaciółka Pottera w rzeczywistości jest tak wspaniała, jak twierdzi jej syn. – Tylko nie wymagaj ode mnie wylewności i tego, że od razu ją polubię – dodała z rezerwą.

- Nie miałbym śmiałości, mamo – odparł, tłumiąc rozbawienie postawą matki i jednocześnie czując ulgę.

To samo uczucie towarzyszyło Narcyzie. Odkąd przystąpił do Śmierciożerców, zmienił się. Miała wrażenie, że jego serce zamienia się w sopel lodu. Każda misja, każde zadanie, każde spotkanie z Czarnym Panem ciągnęło go ku przepaści i odciągało od światła.

- Draco – powiedziała niepewnie, wchodząc do zaciemnionego pokoju.

Mężczyzna stał nieruchomo, zwrócony w stronę rzucającego chybotliwe cienie ognia w kominku. Nawet nie drgnął, gdy go zawołała. Wydawał się całkowicie pogrążony we własnych myślach. Podeszła do niego i położyła dłoń na ramieniu mężczyzny. Draco w dalszym ciągu nie zareagował. Miał na sobie ubłocone szaty, a w dłoni trzymał maskę, od której nie odrywał wzroku. Serce ścisnęło się jej z bólu, który podsycał nienawiść do życia, na jakie skazał ich jej mąż. Gdyby tylko mogła cofnąć czas i zawrócić, gdy jeszcze była na to szansa, nie wahałaby się. Nawet jeśli oznaczałoby to rozwód z Lucjuszem. Zrobiłaby to, by ochronić syna przed tym całym mrokiem, jaki rozsiewał wokół siebie Czarny Pan. Mrokiem, który z każdym kolejnym dniem owijał się wokół jej dziecka i obdzierał go z resztek człowieczeństwa. Teraz było jednak za późno. Nie mogła nic zrobić. Nie chciała ryzykować popełnienia błędu, który mógł kosztować Dracona życie. I choć nie przyznałaby się do tego otwarcie, skrycie modliła się o cud. Zdawała sobie sprawę, że ich życie zależy od umiejętności chłopca, który nie mógł równać się z potęgą Voldemorta, lecz z jakiegoś powodu był ich ostatnią nadzieją. A dopóki istniała nadzieja, dopóty mogła wierzyć, że gdzieś w przyszłości jest miejsce, w którym mogliby być szczęśliwi i bezpieczni.

- Czy do tego zostałem stworzony? – Zapytał martwym głosem, nie odrywając wzroku od maski. – Czy do tego szkolił mnie ojciec?

Nie potrafiła odpowiedzieć mu na to pytanie. A może bała się odpowiedzi. Bo doskonale znała prawdę. Lucjusz wychowywał Dracona na swoje podobieństwo. Wpajał mu zasady i wartości dumnego rodu Malfoyów i Blacków, momentami zapominając że ma przed sobą dziecko. Kochał Dracona. Była tego pewna. Nie potrafił jednak okazać tego we właściwy sposób.

- Nie potrafiłem…Nie potrafiłem tego zrobić. Nie mogłem wykrztusić słowa – wyrzucił z siebie, zaciskając palce na masce, tak że pobielały mu knykcie. – Myślałem tylko o tym, żeby uciec i nigdy nie… - urwał, gdy załamał mu się głos i zacisnął zęby. – Nie chcę…. Nie chcę być mordercą. Nie chcę być potworem jak… - wyznał i ponownie urwał.

- Nie jesteś potworem – powiedziała łagodnie, ściskając mocniej jego ramię.

- To dlaczego tak się czuję? – Zapytał z goryczą, ściągając brwi.

- Znam twoje serce, Draco. Nie jesteś potworem – powiedziała z całą stanowczością, na jaką było ją stać i wyjęła z jego rąk metalową maskę Śmierciożercy.

- Jeszcze nie – poprawił ją, wypowiadając na głos to, co przemilczała i przeniósł na nią udręczone spojrzenie.

- Jest w tobie tyle samo światła co mroku. I tylko od ciebie zależy, którą drogę wybierzesz. I nawet jeśli teraz wydaje ci się, że błądzisz w ciemności, to nigdy nie jest za późno, by zawrócić – powiedziała z taką pewnością, jakby nie dopuszczała innej możliwości.

- Jestem Malfoyem – sarknął, uśmiechając się z przekąsem, jakby to przesądzało sprawę.

- Tak. Jesteś Malfoyem – przytaknęła, prostując się z godnością. – Zawsze nim będziesz. Ale to od ciebie zależy, jak potoczą się losy tego rodu. Możesz kontynuować drogę swojego ojca lub rozpocząć nowy rozdział.

- Ojciec mówił…

- Zapomnij o tym – weszła mu w słowo, zamykając jego twarz w swoich dłoniach i zaglądając prosto w rozszerzone w zaskoczeniu oczy. – Zapomnij o tym, czego cię uczył i czego wymagał. Wsłuchaj się w siebie i swoje serce. Idź własną drogą.

- Nie wiem, czy potrafię ją znaleźć… Nie po tym, co robiłem i widziałem….

- Draco – przerwała jego słowotok i poczekała aż mężczyzna spojrzy na nią. – Jesteś w połowie Malfoyem, a w połowie Blackiem. Będziesz wiedział, co zrobić – powiedziała z mocą.

- Myślisz, że mamy szansę? – Zapytał z bladym uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.

- Każdy zasługuje na drugą szansę – zapewniła z czułym uśmiechem i odgarnęła z jego czoła opadający kosmyk włosów.

Draco uśmiechnął się z wdzięcznością i pozwolił, by mocno go przytuliła, choć na chwilę odpychając jego lęk przed przyszłością.



Tak było i tym razem. Tuląc syna i aprobując jego wybór, czuła ulgę, że obietnica z przeszłości stała się rzeczywistością. Hermiona Granger, bez względu na przeszłość, różnice i podziały, dostrzegła w jej dziecku dobro. To dzięki niej Draco odnalazł światło i uwierzył w swoją drugą szansę. I bez względu na to, czy miała połączyć je nić sympatii i zrozumienia, Narcyza była jej wdzięczna.



***



- Kurwa!

Obudził się z dzikim krzykiem, zrywając z twardej, wilgotnej ziemi. Ostatniej nocy mocno padało i, pomimo nienajgorszej pogody, gleba nie zdążyła się osuszyć, przez co zmuszony był zasnąć w niezbyt korzystnych warunkach.

Usiadł i przetarł brudnymi dłońmi spoconą twarz i tłuste włosy. Przegrzebał w ognisku, rozniecając większy płomień. Mimo że dzień był w miarę ciepły, noc była zimna. Uczucie chłodu dodatkowo potęgowała wilgotna gleba, na której spał.  Przeklął, gdy z jego brzucha wydobyło się głośne burczenie i wstał, rozprostowując zesztywniałe mięśnie. Miał wrażenie, że gnije w tej przeklętej puszczy od wieków. Nie pamiętał, ile dni minęło, odkąd odzyskał przytomność i ukrył pod gruzami, czekając na odpowiedni moment ucieczki. Dookoła pełno było pyłu i dymu, a w powietrzu migały zaklęcia i fragmenty budynku. Wszystko było rozmazane i niejasne. Nie pamiętał, w którym momencie się deportował i jak w ogóle udało mu się teleportować w jednym kawałku. Wówczas kierowała nim tylko instynktowna potrzeba przetrwania. Nic więcej się nie liczyło. Długo leczył rany po walce z Malfoyem i jego brudną szlamą. Każdego dnia przeklinał ich i topił się w ich krwi, wyobrażając sobie coraz wymyślniejsze tortury, jakim ich podda. Pragnienie zemsty jeszcze nigdy nie było tak upajające i palące. Wiedział, że prędzej czy później otrzyma swoją druga szansę, a wtedy nikt, ani nic nie będzie w stanie go zatrzymać.

Roztarł dłonie nad płomieniem, chcąc się rozgrzać i ściągnął brwi, dostrzegając majaczący w płomieniach cień. Zamrugał kilkukrotnie i ponownie spojrzał w ogień. Tym razem niczego nie zobaczył.

- Pieprzony rum – rzucił pod nosem, postanawiając że więcej nie ruszy tego dziadostwa, gdy cień znowu pojawił się w płomieniach.

- Co do licha…

- Theodorze…

Na dźwięk tego głosu poczuł jak uginają się pod nim kolana. Stał niczym spetryfikowany, gapiąc się jak języki ognia formułują się w ludzką sylwetkę. Nie był w stanie jakkolwiek zareagować. Mógł tylko stać i patrzeć, jak ogień wiruje w powietrzu, a jego serce dudni, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej.

- Mój słodki, Theodorze… - Głos ponowne do niego przemówił, a on poczuł, jak trybiki w jego mózgu zaczynają pracować na zwiększonych obrotach.

- To niemożliwe… – Wydusił, doskonale znając ten głos i jednocześnie modląc się w duchu, by wszystko to okazało się wyłącznie efektem upojenia rumem. Przez chwilę ognista zjawa milczała, a Nott był pewien, że czeka go kara. W końcu zawiódł ją i uciekł, kryjąc się w puszczy niczym tchórzliwy szczur. Języki ognia wystrzeliły w górę, a on cofnął się, zasłaniając ręką oszpeconą zaklęciem twarz.

- Czy wciąż jesteś mi wierny, Theodorze? – Zapytała, wprawiając Notta w osłupienie.

- Ja…

- Jesteś gotów na swoją zemstę?

- Przecież… - zaczął zdezorientowany, starając się zrozumieć, co właściwie ma miejsce.

- Czy wciąż jesteś po mojej stronie?

- Jestem twój, moja pani – skłonił się, padając na kolana, jednocześnie przerażony, jak i podekscytowany.

- Przegraliśmy bitwę, ale nie wojnę. Nasi wrogowie myślą, że zginęliśmy. Cieszą się wygraną…

- To da nam przewagę w postaci punktu zaskoczenia…

- Owszem… To nasza druga szansa – przytaknęła ognista zjawa.

-  Zatem rozkazuj, moja pani – powiedział, unosząc głowę i wpatrując się z uśmiechem szaleńca w tańczące płomienie ognia.



***

Niczym błyskawica przecinał szpitalne korytarze, starając się nie warczeć na zaczepiający go personel. W duchu przeklinał Dracona za jego upór, godny gnoma ogrodowego i temperament rogogona węgierskiego. Gdyby nie powaga sytuacji, nie omieszkałby uraczyć go kilkoma uwagami. Potter jednak miał rację. To nie był czas na kłótnie. Wróg mógł uderzyć w każdej chwili, a oni musieli być czujni. W tej chwili należało zapewnić bezpieczeństwo Narcyzie, na wypadek gdyby Amelia postanowiła dokończyć swoje dzieło. W duchu zgadzał się z Harrym i Draconem, że ciotka nie jest tu bezpieczna. Przeniesienie jej do magicznie strzeżonego miejsca było lepszym rozwiązaniem. Szpital Świętego Munga, ze względu na swoją specyfikę, nie mógł zostać otoczony barierami. Sparaliżowałoby to i utrudniło możliwość niesienia pomocy potrzebującym. W związku z tym musiał przygotować wszystko, czego Narcyza mogłaby potrzebować, począwszy od zapasu leków, serum, jak i sprzętu.

W zamyśleniu przekroczył próg swojego gabinetu i stanął jak wryty na widok swojej dziewczyny skulonej na jednym z foteli dla interesantów.

- Ginny?

Zaskoczony obserwował, jak kobieta wzdryga się wyrwana z zamyślenia i zwraca ku niemu. Uśmiechnęła się, choć miał wrażenie, że jest przygaszona. Zamknął drzwi i podszedł do niej, siadając na rogu biurka i przyglądając się jej z wyczekiwaniem.

- Nie żebym narzekał, ale niechętnie mnie tu odwiedzasz. Coś się stało? – Zapytał, uśmiechając się zachęcająco.

- Musi się coś stać, żebym odwiedziła cię w pracy? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie, z uśmiechem który, jak zauważył, nie obejmował jej podkrążonych oczu. – Byłam niedaleko i postanowiłam wyciągnąć cię na lunch – dodała, wzruszając ramionami, a widząc sceptyczne spojrzenie mężczyzny, wywróciła oczami i westchnęła ciężko. – Ok, po części masz rację – skapitulowała, a on ściągnął brwi. – To nie dotyczy nas – uspokoiła go, widząc zaniepokojoną minę mężczyzny i rzucając mu niepewne spojrzenie, wyjęła z torby świeży numer „Proroka Codziennego”.

Okładka przedstawiała zdjęcie Rity Skeeter w czasach, gdy była ikoną w świecie dziennikarstwa, a podtytuł głosił: ”Rita Skeeter- upadła gwiazda show biznesu”. Blaise uniósł wysoko brwi, a Ginny gestem zachęciła go do lektury.

- Czyli nie musimy martwić się Ritą – westchnął ciężko, podsumowując artykuł. - Zabrała wasz sekret do grobu.

- Nie czuję z tego powodu satysfakcji. Nie życzyłam jej śmierci – odparła rudowłosa z nietęgą miną.

- Wiem – powiedział, ujmując jej dłoń i gładząc kciukiem.

- Prorok był całym jej życiem. Nie miała nic poza nim…Po tym, gdy straciła pracę, musiała się załamać. Może gdyby… - zaczęła i urwała z nieobecnym spojrzeniem. – Po prostu nic nie poradzę na to, że czuję się po części odpowiedzialna….

- To nie była twoja wina – zaoponował Bliase z całą stanowczością, na jaką było go stać. - Sama ciężko zapracowała na to, co ją spotkało. Słyszałem, że po tym, jak wnieśliśmy oskarżenie, inni również zaczęli mówić. Ritę oskarżono o kradzież dokumentacji medycznej, mobbing, oszustwa i szantaże. Była skończona jako redaktor naczelna, a tym bardziej reporter.

- Wiem… Ale i tak jest mi jej żal… Pamiętam jak to jest, gdy nienawidzi się życia do tego stopnia, że chce się z nim pożegnać – wyjaśniła, wzruszając ramionami, a Zabini westchnął ciężko i przyciągnął ją do siebie.

- Każdego z nas prędzej, czy później dopada przeznaczenie. Rita bardzo długo bawiła się kosztem innych. Nie mówię, że życzyłem jej takiego końca, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że jest mi jej żal lub że na to nie zasłużyła – dodał twardym tonem, głaszcząc plecy rudowłosej.  – Wróciły wspomnienia? – Zapytał, a gdy nie odpowiedziała, dodał. – Tamte dni są za tobą, Ginny. To przeszłość – zapewnił, uspokajającym głosem.

- Co z Narcyzą? – Zapytała, chcąc zmienić temat, by nie martwić Blaisea.

Bo prawda była taka, że nawet jeśli najgorsze miała za sobą, to ból nie minął. Świadomość, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, była niczym rana, która otwierała się za każdym razem, gdy widziała szczęśliwe rodziny. Ginny miała pewność, że to ten rodzaj ran, które nie zabliźniają się z czasem. Mogła zagłuszać ból, jednak nie była w stanie uwolnić się od niego.

- To twarda babka. Otrząśnie się, a przynajmniej zrobi to szybciej niż Draco – odparł, uśmiechając się pod nosem z przekąsem.

- Bardzo szaleje? – Zapytała, odchylając się, by móc spojrzeć na jego twarz.

- Czuje się bezradny, choć nie przyzna się do tego. Z jednej strony Narcyza, z drugiej Hermiona. Nawet na nerwy jednego Malfoya może okazać się to zbyt wiele – westchnął, odgarniając z jej czoła zbłąkany kosmyk i zmuszając do uśmiechu.

- Martwisz się o niego – zauważyła Ginny, zaglądając w jego oczy.

Blaise odwzajemnił spojrzenie. Jego poważna mina mówiła więcej niż słowa.

- Nie wiem, czy bardziej się o niego martwię, czy mam większą ochotę skopać mu dupsko za dzisiejszą akcję – odparł z rozbrajającą szczerością.

- Wszyscy mamy za sobą trudne chwile. Musi minąć trochę czasu nim odzyskamy spokój ducha. Daj mu czas, żeby sam odnalazł się w nowej sytuacji – powiedziała z delikatnym uśmiechem, błąkającym się w kącikach ust.

- Być może…

- Co cię męczy? – Zapytała Ginny, słysząc jego zagadkowy ton i widząc jego sceptyczną minę.

- Znam Dracona praktycznie od zawsze. On nigdy nie odpuszcza. Martwię się, że ten jego spokój to tylko zasłona dymna i, gdy uśpi naszą czujność, zrobi coś arcygłupiego.

- Nie zapominaj, że tym razem jest inaczej. Ma Narcyzę i Hermionę. Poza tym Harry trzyma rękę na pulsie – tłumaczyła, starając się przekonać mężczyznę, że nie ma powodów do obaw.

- Nie rozumiesz, Gin… Draco jest jak niszczycielski żywioł, gdy w grę wchodzi życie jego bliskich. A tak się stało. Amelia zagroziła życiu jego matki. Próbowała ją zabić – powiedział dobitnie, dając czas rudowłosej na przetrawienie jego słów. -  Lepiej dla niej, jeśli znajdą ją aurorzy. Bo jeśli wytropi ją Draco, ślad po niej zniknie – dodał z grobową miną.

- Byłby zdolny ją zabić? – Zapytała, nie kryjąc szoku.

- Gdyby zagrażała życiu jego bliskich? – Odpowiedział pytaniem na pytanie, uśmiechając się krzywo i tym samym odpowiadając na pytanie rudowłosej.

- Przecież… - zaczęła, tym razem autentycznie zaniepokojona takim scenariuszem zdarzeń.

- Wiem – wszedł jej w zdanie Blaise i uśmiechnął się smutno.

- Nie możemy do tego dopuścić – powiedziała stanowczo Ginny, biorąc się w garść, a mężczyzna zgodził się z nią skinieniem głowy. – Poradzimy sobie z tym – zapewniła, stając naprzeciwko mężczyzny i patrząc mu pewnie w oczy.

- Przy tobie wszystko jest prostsze  - Blaise odpowiedział jej zmęczonym, aczkolwiek ciepłym uśmiechem, który odwzajemniła.

- Różnie mówią – wzruszyła ramionami, a mężczyzna parsknął śmiechem. – Teraz jednak, chodźmy na obiad, bo domyślam się, że od wczorajszej kolacji nic nie jadłeś – zarządziła tonem nieznoszącym sprzeciwu i spojrzała wyczekująco na siedzącego wciąż na biurku mężczyznę.

- Gdy dama prosi, gentleman spełnia jej życzenia – odparł szarmancko i zmienił szpitalny kitel na marynarkę. – Pani pozwoli…

Ginny z uśmiechem wywróciła oczami, lecz przyjęła ramię zaoferowane przez Blaise’a. Dostrzegała, jak bardzo starał się być silny. Zawsze podziwiała jego siłę i determinację w walce o bliskich i pacjentów. Sama doświadczyła tego na własnej skórze.



- Co u mojej ulubionej rudej pacjentki? – Wszedł do jej sali z szerokim uśmiechem, którego momentami nienawidziła.

- To samo, co dzień wcześniej – sarknęła, nie siląc się na entuzjazm i mierząc mężczyznę pochmurnym spojrzeniem.

- Domyśliłem się po minie. Od wczoraj się nie zmieniła – odparł, przeglądając jej kartę i coś dopisując.

- Więc po co pytałeś? – Burknęła, niezbyt zainteresowana jego odpowiedzią.

- Bo za każdym razem, gdy na ciebie patrzę wierzę, że ujrzę w twoich oczach coś więcej poza zniechęceniem, złością i chłodem – odparł z powagą, sprawiając że poczuła się niezręcznie.

- Dlaczego tak ci na tym zależy? – Zapytała, tym razem ciekawa jego odpowiedzi.

- Bo wierzę w drugą szansę – odparł z prostotą.



*



- Jak odnajduje się pan w nowej roli? – Zapytała, ignorując jego rozbawione spojrzenie, po uwadze że woli zachować formalny charakter rozmowy.

- Nie traktuję tej nominacji jako coś nowego. Zawsze powtarzałem i będę powtarzać, że przede wszystkim jestem magomedykiem. Moją rolą jest pomagać i leczyć. Stanowisko dyrektora traktuję jak ogromny zaszczyt, łączący się z zaufaniem moich kolegów ale i ogromną odpowiedzialnością. Obiecałem, że zmodernizuję klinikę i na tym będę koncentrował swoje działania. Chcę zapewnić pacjentom godne i skuteczne warunki leczenia, a swoim kolegom i koleżankom komfortowe warunki pracy i możliwości rozwoju – odparł z prostotą.

- To ambitny cel – zauważyła, notując coś w notesie.

- Nie lubię półśrodków.

- Pamiętam – mruknęła z przekąsem, a on rzucił jej rozbawione spojrzenie.

- Jak widać moje metody przynoszą efekty – oznajmił na wpół rozbawionym na wpół prowokującym tonem.

Ginny zmrużyła oczy i zmierzyła mężczyznę chłodnym spojrzeniem, zaklinając samego Merlina był pozwolił jej przetrwać ten cholerny wywiad. Blaise siedział swobodnie na jednym z foteli z ręką przerzuconą przez oparcie. Jego odpowiedzi były przemyślane, celne, uprzejme i tylko w niektórych momentach prowokujące.

- Czy mogę zadać osobiste pytanie? – Zapytała, prostując się i przyglądając badawczo mężczyźnie.

- Pytać można zawsze. Jednak nie zawsze otrzymuje się odpowiedź- odparł enigmatycznie, zapewne znów próbując ją sprowokować, lecz postanowiła to zignorować.

- Ma pan tak wielu zwolenników, co przeciwników. Tuż po ogłoszeniu wyników konkursu na dyrektora przed kliniką doszło do fali protestów. Otrzymywał pan pogróżki i publicznie prano wszystkie brudy, nawiązując do śmierciożerskiej przeszłości – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa i jednocześnie wyczuwając subtelną zmianę w postawie mężczyzny. – Był pan na to gotowy? Myślał pan o rezygnacji? Mówił pan, że nie przywiązuje wagi do stanowiska, ale jednak wystartował pan w konkursie. Skąd ta determinacja w walce o wygraną?

- Dużo tych pytań – zauważył z przekąsem, przeszywając ją wzrokiem, a ona wyprostowała się niczym struna, starając pozostać niewzruszoną. - Nie mam nic do ukrycia. W przeszłości podjąłem kilka złych decyzji.  Na część z nich nie miałem wpływu, części dokonałem samodzielnie…W pewnym momencie zabrnąłem w to tak głęboko, że nie potrafiłem odnaleźć wyjścia z bagna, w które wdepnąłem – odparł z zamyśleniem, jakby wracał wspomnieniami do przeszłości. - Czy byłaś kiedyś w takim położeniu, Weasley? – odbił piłeczkę, a widząc jej zmieszanie, dodał. – Zawsze znajdą się tacy, którzy wiedzą lepiej ode mnie. Zawsze pojawi się ktoś, kto wie więcej na mój temat. I zawsze ktoś jest przeciw. Jednak czy to znaczy, że nie warto walczyć o to, na czym nam zależy?

- A było warto?

- Mogłem pozostać w cieniu, niezauważony i chroniony przed ostrzałem. Skłamałbym, gdybym nie przyznał, że taka opcja nie przeszła mi przez myśl – uśmiechnął się z przekąsem, mierząc rudowłosą przeszywającym spojrzeniem. – Wówczas jednak zrozumiałem, że ukrywając się w cieniu, nic nie zmienię. Pytasz, czy było warto?  Zawsze warto walczyć o siebie i swoje marzenia.

- Stanowisko dyrektora w Mungu to pana marzenie?

- Nie – odparł z pobłażliwym uśmiechem i pokręcił głową. - To moja druga szansa. I nie mam zamiaru jej zmarnować – odparł ze stalową nutą w głosie.



*



- Zatańczymy?

Drgnęła, czując ciepłą dłoń na łopatce i słysząc znajomy  baryton przy uchu.

- Myślałam, że na dzisiaj masz dość mojego towarzystwa – powiedziała, lecz podała dłoń mężczyźnie i pozwoliła zaprowadzić się na parkiet.

- To jeden z ciekawszych wywiadów, jakie udzieliłem – odparł, wzruszając ramionami i przygarniając ją bliżej siebie. – Choć nie wiem, czy chcę go przeczytać, gdy już się ukaże…

- Masz rację – przytaknęła z powagą. – Jeśli nie potrafisz tańczyć i mnie podepczesz, nie zostawię na tobie suchej nitki – ostrzegła, widząc jego pytającą minę.

- Postaram się sprostać presji. Choć nigdy nie sądziłem, że od moich umiejętności tanecznych zależeć będzie moja reputacja – odparł pół żartem pół serio.

- Ja za to nie sądziłam, że po tylu tygodniach użerania się ze mną, dobrowolnie będziesz chciał więcej – odparła z prowokującym uśmiechem.

- Zawsze interesuję się losem swoich pacjentów…

- Nie jestem już twoją pacjentką, Blaise – upomniała go z pobłażaniem.

- Ale dalej jesteś ważna – odparł, a ona się spięła.

- Rozmawialiśmy o tym…

- Uwierz, że pamiętam. Nie często dostaję kosza – powiedział żartobliwym tonem, rozładowując atmosferę. – Powiedziałaś, że nie jesteś gotowa na nowy związek, bo zapewne wciąż kochałaś Pottera. A jak jest teraz? – Drążył lekkim tonem, choć jego spojrzenie zdradzało jego prawdziwe uczucia.

- Jak widzisz, nie wszyscy otrzymują drugą szansę – odparła głosem wypranym z emocji, zerkając na tańczących nieopodal Pansy i Harry’ego.

- Może to nie on jest twoją drugą szansą – zasugerował, zaglądając jej w oczy i badając reakcję.



*



- Weasley, czy ty nawet po godzinach musisz pracować? – Zagaił, przysiadając się do jej stolika.

- Moja sprawa, jak korzystam z czasu wolnego – odparowała, a widząc, że Zabini nie ma zamiaru się odczepić, dodała z przesłodzonym uśmiechem – Skąd pewność, że jestem po pracy? Może właśnie szykuję się do tajnej akcji i jutro przeczytasz interesujący artykuł o swojej nowej dziewczynie, z którą zostałeś nakryty w tej jakże przytulnej kawiarence?

- Masz zamiar napisać o nas artykuł? – Zapytał, uśmiechając się szeroko i porywając z jej talerzyka jedną z pralinek, czym naraził się na pochmurne spojrzenie swojej rozmówczyni.

- Nie. Masz się odczepić, bo potrzebuje ciszy, żeby dokończyć artykuł – wycedziła przez zęby, modląc się o cierpliwość.

- Jasne, rudzielcu. Trzeba było tak od razu – powiedział, porywając kolejną pralinkę i wstając z krzesełka.

- I już? – Zdziwiła się, zaskoczona tym, że tak szybko udało jej się pozbyć mężczyzny.

- Tak się składa, że w naszym związku nie tylko ty pracujesz, moja słodka – wyjaśnił i nie zważając na wrogie spojrzenie kobiety, nachylił się i musnął jej policzek. – Zrekompensuje ci to następnym razem – obiecał i z łobuzerskim uśmiechem ruszył w stronę wyjścia, po drodze zaczepiając kelnera.

Ginny otrząsnęła się i, spychając myśli o Zabinim, wróciła do artykułu. Nim jednak na dobre zatraciła się w pracy, przed jej nosem wylądowało duże pudełko pralinek.

- Nie zamawiałam tego – powiedziała, patrząc na uśmiechającego się uprzejmie kelnera.

- To prezent od pani towarzysza – odparł młody mężczyzna, a ona spojrzała zaskoczona na prostokątne, brązowe pudełeczko, przewiązane ciemo-fioletową kokardką.

- Dziękuję – powiedziała, a kelner skinął głową i odszedł w stronę innych gości. Raz jeszcze spojrzała na słodki prezent i uśmiechnęła się mimowolnie. – Jesteś niemożliwy – westchnęła, kręcąc głową i w lepszym humorze wróciła do pracy.



- Skarbie? – Głos Blaisea wyrwał ją ze wspomnień. – Deser… Na co masz ochotę? – Zapytał, zerkając w stronę kelnera.

- Na pralinki – odparła z przewrotnym uśmiechem.

- Przykro mi, ale nie posiadamy ich w naszej karcie. Mogę jednak zaproponować gruszkę w winie z rozmarynem i białą czekoladą. To specjalność szefa kuchni – powiedział kelner z uprzejmym uśmiechem.

- Nie szkodzi – odparł Blaise, odwzajemniając uśmiech Ginny. - Znam miejsce, gdzie wyrabiają najlepsze pralinki w całym magicznym wymiarze – dodał z błyskiem w oku.



***



„Dzisiaj. 14:00”

Nie było podpisu i nadawcy, jednak ona wiedziała, co oznacza ta wiadomość. Theresa wywiązała się z obietnicy i powiadomiła ją o terminie pogrzebu. Wygładziła skrawek pergaminu i zamknęła dłonie na dużym, czerwonym kubku z kawą. Jego ciepło przyjemnie rozgrzewało jej lodowate, skostniałe dłonie, lecz nie przegoniło chłodu, jaki odczuwała wewnątrz. Mimo że przygotowywała się na ten dzień, nie była na niego gotowa. Jej umysł z oporem przyswajał wiadomość, a do niej powoli zaczęło docierać, że Wiktora już nie ma. Miała wrażenie, że tkwi w zawieszeniu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. To nie było jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią. Jednak tym razem wszystko było inne – bardziej dotkliwe i namacalne. Zupełnie jakby ktoś wypalił w jej wnętrzu dziurę, która wciągnęła cząstkę jej duszy. Czuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu, zupełnie jakby ktoś związał jej wnętrzności w ciasny supeł. Im bardziej docierało do niej, że Wiktor zmarł, tym trudniej było jej oddychać. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego obraz przed jej oczami jest tak zamazany, dopóki kilka mokrych plam, nie wylądowało na kopercie. Dopiero wtedy zorientowała się, że płacze i nie jest w stanie kontrolować potoku łez. Podciągnęła kolana pod brodę i ukryła twarz w dłoniach, kołysząc się delikatnie. Nie wiedziała, jak długo to trwało. Z letargu ocknęła się dopiero, gdy Draco, bez zbędnych pytań, objął ją mocno. Wówczas wtuliła się w niego i rozpłakała ponownie niczym dziecko.

- Herm… - zaczął delikatnie, nie przestając gładzić jej pleców. – Jest dziesiąta. Jeśli chcesz zdążyć na pogrzeb, musisz wziąć się w garść.

Słowa mężczyzny przebiły się przez barierę ochronną, jaką odgrodziła swój umysł od świata zewnętrznego. Zamrugała kilkukrotnie, a jej spojrzenie stało się bardziej przytomne.

- Pogrzeb – wychrypiała, spinając się.

- Za cztery godziny – przytaknął Draco, obserwując uważnie czerwoną od płaczu twarz kobiety.

- Muszę się ogarnąć – powiedziała, wyswobadzając się z ramion blondyna i odgarniając włosy z twarzy. – Muszę… muszę kupić kwiaty i wysłać list do ministerstwa… Powinnam też… - zerwała się z miejsca i w amoku zaczęła krążyć po kuchni.

- Hej, spójrz na mnie – zatrzymał jej słowotok, podchodząc i ujmując jej ramiona. – Zajmę się tym – powiedział, starając się złapać jej rozbiegane spojrzenie.

- Powinnam ułożyć też krótkie przemówienie, prawda? – Upewniła się, po raz kolejny przeczesując palcami włosy. – Pożegnać się… Wiktor by tego chciał… Tylko… Co jeśli inni…

- Hermiona – Wszedł jej w słowo, podnosząc głos, tak że szatynka drgnęła i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, jakby dopiero go dostrzegła. – Nie musisz nic robić – zaczął łagodnym tonem, utrzymując kontakt wzrokowy. – Weź prysznic i ubierz się, dobrze? – Powiedział, a gdy skinęła głową, dodał. – Harry będzie ci towarzyszył. Będę spokojniejszy, że nie jesteś sama – dodał bardziej stanowczo i dopiero, gdy ponownie skinęła, rozluźnił się. – Chcę z tobą tam być, ale obydwoje wiemy, że to nie najlepszy pomysł ze względu na ostatnie wydarzenia – westchnął ciężko, uśmiechając się z goryczą.

Hermiona uśmiechnęła się smutno i przytaknęła. Jasnym było, że uroczystość pogrzebowa będzie jatką dla mediów, które nie przepuszczą okazji do zdobycia choć strzępka informacji na temat przybyłych gości, przebiegu uroczystości i ewentualnych sensacji. Informacja o jej rozstaniu z Wiktorem i śmiertelnej chorobie bułgarskiego szukającego stanowiła temat dnia wielu poczytnych gazet, nierzadko mijając się z prawdą na temat przyczyn rozpadu ich związku. Dziennikarze nie odstępowali jej na krok. Ignorowała ich, choć ich zarzuty bolały. Być może dlatego, że w części z nich Hermiona doszukiwała się prawdy. Myślała, że jest gotowa, by wrócić do pracy i do życia, lecz pomyliła się. Dzień po incydencie, gdy zdemolowała mieszkanie, mimo nalegań Dracona wróciła do pracy. Z podniesioną głową mijała ministerialne korytarze, by rozpłakać się jak dziecko, zaraz po tym gdy przekroczyła próg gabinetu. Zamknęła drzwi i osunęła się bez sił, poddając atakowi paniki. Nie miała pojęcia, jak długo siedziała skulona pod drzwiami. Gdy dotarło do niej, gdzie się znajduje i co robi, dźwignęła się na nogi i niczym w letargu obeszła cały gabinet. Do laboratorium nie zajrzała. Przerosło ją to. Do końca dnia siedziała skulona na fotelu, kołysząc się bezmyślnie i starając pozbyć wrażenia, że nie jest tu sama. W takim stanie znalazł ją Draco, który bez pytania, wyprowadził ją z gabinetu. Kathlyn o nic nie pytała. Odprowadziła ją jedynie zatroskanym, pełnym współczucia spojrzeniem. Zdecydowała wówczas, że weźmie kilka dni urlopu.

- Dziękuję – powiedziała uśmiechając się przez łzy, a Draco jedynie w milczeniu pokiwał głową i zmusił się, by odwzajemnić uśmiech kobiety.

Starał się być empatyczny, okazywać zrozumienie i troskę. Robił co mógł, by być wsparciem, którego potrzebowała Hermiona. Nie mógł jednak pozbyć się natrętnej myśli, że sposób, w jaki Granger przeżywała śmierć Kruma, niepokoi go, bo świadczy o silnej więzi, jaka ich łączyła. Wiedział, że nie powinien być zazdrosny o nieboszczyka, ale nie mógł odepchnąć natrętnego pytania, które wracało do niego niczym boomerang. Oparł się o blat i niechcący przewrócił kubek z zimną już kawą. Ciemny płyn zabrudził kopertę i blat. Przeklął siarczyście, podczas gdy Hermiona za pomocą magii szybko pozbyła się bałaganu. Blondyn mruknął coś pod nosem, a kobieta z pobłażliwym uśmiechem zgarnęła kubek i kopertę.

- Coś nie tak? – Zapytał, widząc jak ściąga brwi, a ona w odpowiedzi otworzyła kopertę i wyjęła z niej plik kartek.

Draco spojrzał na pergamin pochmurnym wzrokiem, podczas gdy Hermiona niepewnie zerknęła na zawartość.

- To wywiad – wydusiła z niedowierzaniem, a Draco zmierzył plik kartek w jej dłoniach wrogim spojrzeniem.

Hermiona jednak nie skomentowała jego zachowania, tylko bez namysłu zagłębiła się w treść. Ściągnęła brwi i wciągnęła ze świstem powietrze, gdy dotarło do niej, co trzyma w rękach. Odsunęła od siebie pergamin, przebiegając rozbieganym, nieobecnym wzrokiem po wnętrzu kuchni. Czuła jak jej serce przyspiesza, jakby ze zniecierpliwienia i strachu przed tym, co może przeczytać w artykule. Bo to właśnie trzymała w dłoniach. A ściślej ujmując, był to wywiad, którego Wiktor udzielił tuż przed śmiercią. Theresa musiała przesłać jej zautoryzowaną wersję, która miała dopiero ukazać się w druku. Hermiona wzięła głęboki oddech i rozwinęła pergamin.



Wywiad na życzenie gościa.

Red. Tony Smith



Moim rozmówcą jest wielokrotny mistrz i legenda quidditcha. Człowiek, który swoją ciężką pracą, talentem, skromnością i determinacją skradł serca kibiców. Sportowiec, który może być wzorem dla wielu młodych ludzi. Swoją postawą i czynem wiele razy udowodnił, że jeśli czegoś pragniemy, nie ma rzeczy niemożliwych. Nieustraszony i nieugięty, podejmujący wyzwania i nigdy nie poddający meczu walkowerem.

Z mistrzem spotykam się dzisiaj w trudnej dla niego chwili. Wiktor Krum od wielu miesięcy zmaga się ze śmiertelną chorobą w specjalistycznej klinice w Bułgarii. I mimo śladów, jakie zostawiła po sobie choroba, w jego oczach wciąż płonie ogień walki.

- Gdy mistrz wzywa, stawiam się na posterunek.

- Dziękuję, że fatygowałeś się aż tu.

- Nie śmiałbym odmówić. To wielka przyjemność móc rozmawiać z legendą quidditcha. Mimo że okoliczności są raczej smutne.

- Gdyby nie one, nie byłoby naszego spotkania.

- W trakcie naszej krótkiej rozmowy, byłeś bardzo tajemniczy.

- Zaprosiłem cię, ponieważ chciałbym sprostować jedną plotkę, która od pewnego czasu krąży w przestrzeni, a która jest bardzo krzywdząca dla bliskiej memu sercu osoby. Dobrze wiesz, że zwykłem nie przejmować się wymysłami tabloidów, lecz tym razem uznałem, że nie mogę milczeć i odejść w kłamstwie. Moje sumienie nie pozwoliło mi zostać bezstronnym.

- Masz na myśli Hermionę Granger?

- Tak. Choć ma to również związek z moją rodziną.

- Czyli zaprzeczasz, jakoby przyczyną waszego rozstania był jej romans z Draconem Malfoyem?

- To bardziej skomplikowane…

- Nie zostawiła cię dla niego? Nie opuściła cię, gdy poznała diagnozę? Nie utrudniała kontaktów z synem?

- Powiem to tylko raz i chciałbym, żeby moje słowa zostały zrozumiane w sposób dosłowny. Nie doszukujcie się ukrytych znaczeń, metafor i drugiego dna.

- Słuchamy zatem.

- Hermiona Granger jest najlepszą i najbardziej bezinteresowną osobą, jaką znam. Bez wahania poświęciła wszystko, by walczyć o świat, który znamy i w którym żyjemy….

- Wszyscy znamy zasługi panny Granger. Jednak doskonale wiemy, że nawet ktoś pretendujący do roli bohatera ma wady i słabości…

- Nie staram się jej idealizować. Nie mówię, że Hermiona nie ma wad. Nie znam nikogo tak upartego, dumnego, drobiazgowego, temperamentnego, walczącego o swoją niezależność i stawiającego na swoim człowieka, jak ona [śmiech]. A przy tym tak wrażliwego, pełnego współczucia i empatii, odważnego i o tak wielkim sercu.

- Wiele skrajności jak na jednego człowieka.

- Taki jest jej urok.

- Dlaczego wobec tego doszło do rozstania?

- Na to pytanie sam szukałem odpowiedzi przez bardzo długi czas.

- Znalazłeś je?

- Gdy przestałem szukać winnych na zewnątrz.

- Co dokładnie masz na myśli?

- Czasami nie dostrzegamy prawdy, ponieważ boimy się, że gdy ją zaakceptujemy, nasze życie zmieni się bezpowrotnie.

- Jesteś bardzo tajemniczy.

- Jesteś w stanie wyobrazić sobie, że całe twoje życie w jednej sekundzie zamienia się w popiół?

- Nie rozumiem, dlaczego miałoby się tak stać?

- Z powodu twoich niedopowiedzeń. Bardzo długo myślałem, że jeśli posługuje się półprawdami, jestem fair. Myślałem, że ten rodzaj prawdy nie jest zły… Przekonywałem się, że blef nie jest tym samym, co kłamstwo.

- Wciąż nie widzę związku.

- Ukrywałem istnienie swojego syna przed Hermioną, obawiając się że odrzuci mnie dla dobra Dominika. Okłamywałem ją, że wyjeżdżam na zgrupowania, podczas gdy spędzałem ten czas ze swoim synem. Synem, z którego jestem dumny i którego kocham ponad życie. Wykorzystałem sytuację, by zdobyć kobietę, którą pokochałem od pierwszego wejrzenia, mimo że podświadomie wiedziałem że ona nigdy nie odwzajemni moich uczuć. Manipulowałem nią, kłamałem i składałem obietnice, których teraz już nie dotrzymam. Gdy dowiedziałem się o swojej chorobie, ukrywałem ją, wierząc że wyzdrowieję, a później będąc zbyt wielkim tchórzem, by przyznać się do wszystkiego i wmawiając sobie, że w ten sposób ją chronię. Podczas gdy myślałem wyłącznie o sobie. I nie usprawiedliwia mnie nawet to, że wszystko, co robiłem, wynikało z miłości.

- To sporo przewinień.

- Wiem. Z perspektywy czasu… choć może lepiej byłoby powiedzieć, że na skutek kurczącego się czasu, wszystko zmienia perspektywę.

- Powiedziałeś, że bałeś się odrzucenia. Uważałeś, że Hermiona nie zaakceptuje twojego syna?

- Nie. Bałem się, że nie zaakceptuje sytuacji, w której stałaby pomiędzy mną a nim. Namawiałaby mnie do zbudowania domu dla Dominika.

- A dlaczego myślisz, że nie chciałaby budować tego domu z tobą?

- Ja to po prostu wiem.

- Jak zareagowała, gdy poznała prawdę?

- (…)

- Wiktorze?

- Dowiedziała się przypadkiem… Nie wiem, jak zareagowała. Od tamtego czasu nie rozmawialiśmy. Nie chciałem, by poznała prawdę w taki sposób.

- Ale była w Bułgarii?

- Tak. Gdy dowiedziała się o mojej chorobie, rzuciła wszystko żeby mi pomóc. Wykorzystała wszystkie swoje kontakty i możliwości, by uratować mi życie.

- Bez awantur i pretensji?

- To nie w jej stylu. Rozstaliśmy się w zgodzie. Wtedy widziałem ją po raz ostatni.

- A później wziął pan ślub z inną kobietą?

- Zrobiłem to dla dobra Dominica i Jasmine, których bardzo zraniłem.

- Żałujesz?

- Żałuję wielu rzeczy. Najbardziej jednak żałuję, że nie dostanę więcej czasu na naprawienie wszystkich błędów i spędzenie go z bliskimi. Żałuję, że nie będę mógł obserwować, jak mój syn rośnie,  idzie do szkoły, nie będę mógł świętować jego sukcesów i wspierać go w chwilach zwątpienia, motywować, gdy będzie ponosił porażki i widzieć jak się zakochuje, przeżywa pierwsze zawody miłosne, jak zakłada rodzinę… Żałuję też, że nigdy nie będę mógł spełnić swoich obietnic… Że nie będę mógł…Wbrew wszystkiemu, o czym teraz słyszycie i co napiszecie, to było prawdziwe. Wszystko, czego doświadczyłem i co czułem było prawdziwe. Żałuję jedynie, że tak szybko się kończy.

- Mimo tego wiele osiągnąłeś w krótkim czasie.

- Osiągnięcia sportowe są ważne, ponieważ ciężko pracowałem na wyniki. To jedno z marzeń, które udało mi się spełnić. Najbardziej jednak jestem dumny z bycia tatą. Dominic jest cudem. To część mnie. Część, która będzie istnieć, gdy mnie zabraknie.

- A inne marzenia?

- W tej chwili chciałbym odjeść z poczuciem, że nikogo nie skrzywdziłem i zamknąłem wszystkie swoje sprawy.

- Ten wywiad, będący swego rodzaju spowiedzią, jest częścią tego planu?

- Dla mnie to kwestia przyzwoitości. Hermiona nie zasłużyła na atak i nagonkę na jej osobę. Wszystkie informacje, jakie mogli państwo przeczytać w gazetach, to kłamstwa.

- Dlaczego ich nie dementowała?

- Bo to nie w jej stylu. Hermiona nigdy nie dążyła do konfrontacji. Zawsze była głosem rozsądku. Poza tym sama poznała prawdę stosunkowo niedawno. Mogę się tylko domyślać, jak jest jej teraz ciężko.

- Mówiłeś, że od tamtego momentu nie rozmawialiście. Być może Hermiona przeczyta naszą rozmowę. Czy jest coś, co chciałbyś jej powiedzieć?

- Jest wiele rzeczy, które chciałbym jej powiedzieć i o których chciałbym z nią porozmawiać. To jednak zbyt osobiste. Wiele słów padło i jestem pewien, że Hermiona wie, co czuję. Nie cofnę swoich błędów, które doprowadziły do naszego rozstania. Chciałbym jednak, żeby wiedziała , że żałuję tych wszystkich kłamstw. Bo dzisiaj już wiem, że półprawda to również kłamstwo. Nikt z moich bliskich na nie nie zasłużył. Chcę, żeby wiedziała, że u jej boku, wszystko było łatwiejsze. To dzięki niej łatwiej było znosić ból, leczenie…Każdy dzień tu był… Dzięki niej mogłem więcej. Zachowałem się egoistycznie i samolubnie. I nawet jeśli jestem bez szans na wybaczenie to… Przepraszam…

Odsunęła pergamin, nie będąc w stanie doczytać reszty wywiadu. Na próżno starała się pozbierać rozbiegane myśli. Czuła, jak coś rozsadza ją od środka, zupełnie jakby ktoś detonował bombę. Gama skrajnych emocji zalała jej umysł. Zwinęła pergamin starając się pozostać niewzruszoną. Pokręciła przecząco głową, przymykając powieki, gdy mężczyzna przytulił ją krótko i pocałował w czoło.

- Nie wiem, czy powinnam iść… - zauważyła zmieszana, nie wiedząc co myśleć o dołączonym przez Theresę załączniku.

- Dlaczego? – Zapytał, gładząc jej plecy.

- Nie chcę, żeby przez moją obecność pogrzeb zamienił się w cyrk i tanią sensację. Wiktor na to nie zasłużył… Jego rodzina również… - odparła zdławionym głosem.

- Myślę, że Wiktor chciałby, żebyś tam była. I miałby gdzieś zdanie opinii publicznej. A jako, że Theresa powiadomiła cię o terminie, wydaje mi się, że też nie ma nic przeciwko temu…

- Tak myślisz? – Zapytała z nadzieją, patrząc badawczo na jego twarz.

W odpowiedzi wzruszył ramionami i skinął głową. Uśmiechnęła się przez łzy i przytuliła do niego. Objął ją mocno, gładząc plecy i opierając podbródek na czubku głowy kobiety.

- Idziesz do szpitala? – Zmieniła temat, czując że jeszcze chwila a znowu zamieni się w fontannę.

- Tak – przytaknął, wzdychając. - Amelia przepadła, jak kamień w wodzie. Nie zaatakuje szybko, ale wolę dmuchać na zimne. Przynajmniej do czasu aż przeniosą matkę do kryjówki.

- To dla nas wszystkich ogromne zaskoczenie. Nie potrafię zrozumieć, co nią kierowało?

- W tej chwili to już nie ważne. Cokolwiek to nie jest, nie pozwolę tej suce zbliżyć się do mojej matki – odparł stanowczym, zimnym tonem, który zawsze budził jej niepokój.

- Draco – zaczęła niepewnie, a on spojrzał na nią wyczekująco. – Tak sobie myślałam…oczywiście to tylko propozycja i możesz się nie zgodzić. To nawet byłoby uzasadnione, bo w końcu…

- Herm – przerwał jej słowotok i uśmiechnął się znacząco, zaglądając w oczy kobiety. – Do puenty – powiedział z rozbrajającym uśmiechem, a ona, skrępowana, skinęła głową.

- Po prostu pomyślałam, że skoro jestem teraz w domu, a ty przez swoją paranoję na moim punkcie ostatnio żyjesz pomiędzy szpitalem a moim mieszkaniem, to może łatwiej by było, gdyby Narcyza kontynuowała rekonwalescencję w domu? – Zaproponowała zmieszana i zarumieniła się pod wpływem jego przeszywającego spojrzenia. – Jeśli nie, to zrozumiem. W sumie to naturalne. Narcyza gardzi takimi jak ja i…

- Naprawdę byłabyś do tego skłonna? Zamieszkać z moją mamą? – Zapytał z niedowierzaniem, a ona zmieszana wzruszyła ramionami i skinęła głową. – Jesteś niesamowitą kobietą, Hermiono Granger. Niesamowicie pociągającą, inteligentną, bezinteresowną kobietą, choć nadzwyczaj irytująco upartą… - powiedział mężczyzna, patrząc na szatynkę z czymś w rodzaju podziwu, choć sama Hermiona nie była tego pewna.

Uśmiechnęła się nieśmiało i zarumieniła jeszcze bardziej pod wpływem czułości, z jaką mężczyzna na nią patrzył. Skrępowana spuściła wzrok, lecz Draco nie pozwolił jej na to. Uniósł podbródek szatynki, zaglądając jej prosto w oczy i uśmiechając się w ten swój specyficzny, irytujący sposób, który z jednej strony doprowadzał ją do szału, a z drugiej kruszył jej opór.

- Jak mogłem nie dostrzec tego wcześniej? – Westchnął, a ona uniosła brwi w oznace zdziwienia, lecz gdy otworzyła usta, by zapytać, co ma na myśli, uśmiechnął się tajemniczo. – A może wiedziałem?

- Granger – powiedział z szerokim uśmiechem, niczym kot, dostrzegający ulubioną zabawkę.

Hermiona zmrużyła oczy i ledwo panując nad złością stanęła naprzeciw niego.

- Ostrzegam cię, Malfoy, że jeśli jeszcze raz przyjdzie ci do głowy taki numer, to wykastruję cię tępą łyżeczką do herbaty – zagroziła, komentując w ten sposób ostatni wieczór.

- Brzmi obiecująco – odparł z dwuznacznym uśmiechem, ujmując kosmyk jej włosów.

- Ja nie żartuję, Malfoy – ostrzegła, strzepując jego dłoń.

- Przecież było zabawnie- zaoponował, a kobieta zmroziła go spojrzeniem. – Nie mów, że wolałabyś słuchać tego nudnego monologu o kolekcji ameb? Twój partner był równie porywający, jak profesor Binnns. Uratowałem ci wieczór – tłumaczył, jakby nie dostrzegał swojego występku.

- Jesteś…

- Niesamowity, wiem – mrugnął  z szelmowskim uśmiechem, jak zwykle interpretując jej słowa na swoją korzyść.

- Niereformowalny! Nie potrzebowałam ratunku! – Poirytowała się, czując że jest bliska wybuchu.

- Duma nie pozwala ci podziękować –  wytknął jej mężczyzna z ironicznym półuśmiechem.

- Herm – zagadnął Harry, a gdy wściekła kobieta wydała z siebie nieartykułowany dźwięk, będący wyrazem bezsilnej złości, usunął się z drogi.

- Coś ty znowu zrobił? – Westchnął ciężko, mierząc Dracona poirytowanym wzrokiem.

- Sprawiłem, że Granger w końcu skonfrontowała się z prawdą – odparł, odprowadzając mruczącą pod nosem szatynkę, zafascynowanym spojrzeniem.

- Tak się składa, że potrzebuje jej pomocy, a przez ciebie nie dobije się do niej przez najbliższe kilka godzin – wytknął mu przyjaciel.

- Taki urok Malfoya. Nic nie poradzę, że tak na nią działam – odparł z błyskiem w oku.

- Przysięgam, że jeśli kiedyś postanowi cię otruć, nie kiwnę palcem i pomogę jej zatrzeć wszelkie poszlaki – zagroził Harry, patrząc na partnera z wyrzutem.

- Nie zrobi tego. Umarłaby z nudów – odparł lekceważącym tonem.

- Za to odzyskałaby święty spokój – zauważył trzeźwo Harry.

- Marna rekompensata – podsumował z charakterystyczną dla siebie pewnością siebie.

- Jak dla kogo – uciął Potter, mierząc mężczyznę kpiącym spojrzeniem. – Czy ty nie możesz znaleźć sobie hobby? – Zapytał z wyrzutem, a Draco odpowiedział mu kpiącym spojrzeniem. – Znajdź sobie kobietę, która będzie w tobie ślepo zakochana. Wtedy będziesz mógł wkurzać ją do woli, a jej nie będzie to przeszkadzało. Na pewno znasz odpowiednią kandydatkę na przyszłą panią Malfoy – dodał i nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i ruszył na piętro aurorów.

- Właściwie jest taka jedna – odparł ze ślizgońskim błyskiem w oku.

*

- Mówił ci ktoś, że po alkoholu łatwiej cię znieść? – Zakpił, choć w głębi ducha nie mógł oderwać od niej zafascynowanego spojrzenia.

- Wiele osób – wzruszyła ramionami, nie przerywając wspinaczki, a on z rozbawieniem pokręcił głową.

- Serio chcesz to zrobić? – Zapytał, przyglądając się sceptycznie próbom wdarcia się do tajnego archiwum. – Ale wiesz, że nie masz pozwolenia i możemy mieć kłopoty? – Upewnił się, starając odwołać do jej zdrowego rozsądku, który jakby gdzieś zniknął.

- Od kiedy martwisz się przepisami, Malfoy? – Zapytała z nutą rozbawienia, rzucając mu przelotne, prowokujące spojrzenie.

- Od kiedy ty postanowiłaś mieć je gdzieś – odparł, z zaciekawieniem obserwując poczynania swojej towarzyszki.

- Zawsze możesz się wycofać - odparła lekceważąco i uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy dobiegło ich charakterystyczne kliknięcie otwieranego zamka.

- Chyba żartujesz? – Obruszył się, a ona w końcu na niego spojrzała.

- Zrobię to. Bez względu na to, co pomyślą inni i jakie mogą być konsekwencje – odparła stanowczo, patrząc na niego z powagą. – To ostatnia szansa, żeby się wycofać – uprzedziła, a on zmierzył ją ironicznym spojrzeniem, darując sobie sarkastyczną uwagę. – Skoro tak, to bądź łaskaw się przymknąć i wskakuj pod pelerynę – powiedziała, wyciągając z torby pelerynę niewidkę, którą „pożyczyła” od Harry’ego.

Draco przewrócił oczami, lecz posłusznie wykonał jej polecenie, myśląc, że gdy tylko Potter odkryje, że miał udział w tej nocnej eskapadzie, przez miesiąc nie odklei się od biurka zawalonego papierologią.

*

- To mógł zrobić tylko wychowanek Gryffndoru – dobiegł ją cichy, rozbawiony głos.

- Głupi stereotyp – mruknęła, obejmując się ciasno ramionami i nie zaszczycając mężczyzny spojrzeniem.

- Nie w twoim przypadku – zauważył, zrównując się z nią i mierząc zaintrygowanym spojrzeniem.

- Nic nie wiesz, Malfoy – odparła z goryczą, wdychając rześkie powietrze i walcząc z narastającą ochotą wybuchnięcia płaczem.

- Racja – przytaknął ze spokojem i delikatnym półuśmiechem, błąkającym się w kącikach jego ust. – Nie wiem na przykład, dlaczego wybrałaś moją stronę? Nie ogarniam, dlaczego postanowiłaś mnie bronić i co kierowało tobą, gdy powstrzymałaś mnie przed przywaleniem temu głąbowi w pysk – powiedział ze spokojem, kręcąc głową z mieszaniną konsternacji i pobłażania, a Hermiona w odpowiedzi wzruszyła ramionami.

- Chwilowy paraliż myślenia – zasugerowała, uśmiechając się bezradnie przez łzy, z którymi dzielnie walczyła.

- To wiele wyjaśnia – westchnął, odwzajemniając uśmiech kobiety i zdejmując marynarkę, którą później narzucił na ramiona szatynki.

- Wystarczyło dziękuję. Nie musisz od razu być taki szarmancki – wytknęła, starając się zamaskować zdziwienie, kąśliwą uwagą.

Draco spojrzał na nią zaskoczony.  Gdy przez dłużą chwilę nie odrywał od niej wzroku, speszona przygryzła wargę i założyła włosy za ucho. Gdy milczenie z jego strony przedłużało się i palące spojrzenie stawało się nie do wytrzymania, postanowiła zwrócić mu uwagę.

- Malfoy…

- Dziękuję – powiedział, wchodząc jej w zdanie i przechylając głowę, uważnie obserwując twarz kobiety.

W pierwszej chwili, chciała rzucić jakimś żartem lub kąśliwą uwagą, by rozładować atmosferę. Jednak, gdy odwzajemniła spojrzenie Dracona, odrzuciła ten pomysł. Zamiast tego uśmiechnęła się nieśmiało i skinęła głową. W końcu sama powiedziała, że każdy zasługuje na drugą szansę. Jeśli było tak w rzeczywistości, oni również na nią zasługiwali.



- Byłbyś łaskaw przestać mówić zagadkami? – Upomniała go z przekąsem.

- Wtedy byłbym zbyt przewidywalny – odparł, a ona sapnęła z irytacji i wywróciła oczami. – A ty nie mogłabyś tak uroczo się denerwować – dodał, dając jej pstryczka w nos.



***

- Harry – cichy szept przebijał się przez jego umysł.

Był niczym natarczywa mucha, która nie chce się odczepić, testując jego cierpliwość. – Harry…

Niechętnie uchylił powieki i natychmiast je zamknął porażony intensywnością światła. Spróbował ponownie, tym razem powoli uchylając powieki i dawkując porcję światła. Chwilę zajęło mu wyostrzenie zmysłów. Pod plecami czuł chropowatą, zimną powierzchnię, a nad nim widniało przejrzyste niebo, w centrum którego pyszniło się słońce. Zmrużył oczy i odwrócił od niego głowę. Czuł suchość w gardle. Chciał się podnieść, lecz napotkał opór. Dopiero po chwili dotarło do niego, że jest przykuty ciężkimi łańcuchami. Ściągnął brwi, rozglądając dookoła, by rozeznać się w sytuacji, lecz wokół widział tylko skały.

- Wreszcie się obudziłeś.

Odwrócił głowę w kierunku głosu i wciągnął ze świstem powietrze, czując jak krew odpływa mu z twarzy. Z niedowierzaniem przyglądał się kobiecie, stojącej nieopodal i obserwującej go badawczym wzrokiem.

- To dobrze, bo zaczynałam się nudzić – dodała, przechylając głowę, niczym drapieżnik oceniający siły swojego przeciwnika.

- Nie jesteś prawdziwa. Nie możesz być…

- Fakt, to dość niezwykłe nawet jak na moje możliwości.

- Własnoręcznie pogrzebałem cię w grocie…

- Pamiętam – przytaknęła Eva, niespiesznie do niego podchodząc. – I muszę przyznać, że kolejny raz cię nie doceniłam.

- Nie mogłaś się wydostać…

- To akurat kwestia czasu – odparła, stając nad mężczyzną i przewiercając go zimnym wzrokiem. – Zadaliście sobie wiele trudu, żeby się mnie pozbyć. Muszę przyznać, że w pewien sposób nawet mi zaimponowałeś… ale i rozczarowałeś – powiedziała, a Harry z niezrozumieniem zmarszczył czoło. – Wasza próba uwięzienia mnie okazała się dość nieudolna, bo co prawda nie mogę opuścić groty, ale moja magia jest potężniejsza niż wasze iście pożałowania bariery.

- Blefujesz…

- Czyżby? Jak wobec tego wytłumaczysz nasze spotkanie? – Zapytała z bezczelnym, kpiącym uśmiechem. – W zasadzie powinnam ci podziękować. Poniekąd przyczyniliście się do mojego zwycięstwa.

- Twojej sytuacji nie nazwałbym zwycięstwem – zauważył sarkastycznie, a Eva odpowiedziała mu przewrotnym uśmiechem. – Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś wyłącznie wytworem mojego umysłu?

- Zaufaj mi, po tym jak się obudzisz, nie będziesz miał wątpliwości – odparła tajemniczo.

- Jesteś tu, żeby mnie dręczyć?

- Nie – zaoponowała, stając nad nim i odgarniając z jego spoconego czoła kosmyki włosów. – Masz coś, na czym mi zależy – dodała, sunąc opuszkami palców po jego nagim torsie.

- Cokolwiek to jest, prędzej zginę, niż ci to oddam.

- Tak, zginiesz z pewnością – przytaknęła mu z zimnym uśmiechem. – Najpierw jednak będziesz patrzył na śmierć wszystkich, których kochasz. Zabiję ich jedno po drugim. Zniszczę wszystko, co cenisz i za co walczyłeś. A ty będziesz na to patrzył. Będę obdzierać cię z życia powoli, kawałek po kawałku aż zostanie tylko serce – wyjaśniła, dociskając palec pośrodku jego klatki piersiowej.

- Muszę cię zmartwić, ale moje serce należy tylko do jednej kobiety i tak już pozostanie.

- Nie bądź nierozsądny, Harry. Twoja miłość nie ma dla mnie znaczenia – Zakpiła kapłanka. – Przyszłam po twoje serce – dodała ostrzejszym tonem, patrząc na niego z determinacją.

- No to mamy problem, bo jestem do niego mocno przywiązany – zironizował, patrząc jej prosto w oczy. – A skoro to tylko sen, mam pewność, że ciągle gnijesz w swojej grocie, skąd nie ma ucieczki. Jeśli jakimś cudem naprawdę wydostałaś się z piekła, zrobię wszystko, żeby odesłać cię do niego z powrotem.

- Harry, Harry, Harry…- zaczęła, uśmiechając się z politowaniem i kręcąc głową. – Cały czas wydaje ci się, że możesz ze mną wygrać. Przyrównujesz mnie do Voldemorta, podczas gdy tamto zwycięstwo było wyłącznie szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Gdyby nie potężniejsi magowie, którzy chronili cię kosztem własnego życia, i, gdyby nie sam Dumbledore, który był wybitnym strategiem, który poprowadził cię za rękę aż do końca, byłbyś nic nieznaczącą kupką prochu, gnijącego w ziemi… Ludzie nazywają cię bohaterem…Zapewne ty sam tak o sobie myślisz, choć wstydzisz się do tego przyznać. Obydwoje jednak wiemy, że jesteś nikim. Harry Potter, chłopiec, który przeżył, wybraniec, ostatnia nadzieja…Byłeś tylko marionetką Dumbledore’a, karykaturą bohatera, za którego uważa cię świat. Jesteś legendą, dającą ludziom nadzieję i wiarę… Kim jednak byś był, gdyby nie kłamstwa, na których napisano twoją historię? Nikim…I tym właśnie się staniesz, Harry… Sprawię, że ludzie o tobie zapomną. Zabiję każdego, kto cię znał, kto o tobie słyszał, kto w ciebie wierzył…Usunę z kart historii twoje imię, tak by pamięć o tobie odeszła wraz z twoją śmiercią… Znikniesz ze świadomością, że wszystko w co wierzyłeś, co kochałeś i o co walczyłeś jest moje…

- Być może masz rację. Może przegram… Ale jeśli mam umrzeć, zadbam o to, żeby zabrać cię ze sobą – oznajmił przez zaciśnięte zęby.

- To odważne słowa…

- Już raz cię pokonałem.

- I będę ci za to wdzięczna do końca mojego długiego panowania. Gdyby nie ty, nigdy nie zdobyłabym takiej potęgi. Nie skonfrontowałabym się ze śmiercią. Nie pokonała jej…

- Nie jesteś pierwszym ożywionym truposzem, którego obrócę w nicość – zauważył z przekąsem, nawet nie starając się uwolnić.

- Jestem czymś więcej, Harry…

- Być może. Ale ciągle jesteś uwięziona w grocie. A dopóki tam gnijesz, nie możesz nikogo skrzywdzić – odparł twardo, a Eva w odpowiedzi uśmiechnęła się kpiąco.

- Masz rację, że moje ciało jest zamknięte. Jednak moja magia jest nieograniczona. A we śnie, mam dostęp do każdego umysłu i miejsca na świecie. To zupełnie tak, jakbym była wolna, nie uważasz?

- Nie jesteś w stanie mnie zabić, w innym wypadku już byłbym martwy. Podobnie jak Hermiona…

- Widzę, że wiesz już o naszym spotkaniu. To dobrze. Nie lekceważ snów, Harry…- ostrzegła go enigmatycznym tonem. – Pobyt w zaświatach wiele mnie nauczył. Ale, żeby powrócić, musiałam przejść trzy próby. Musiałam poświęcić wszystko i wszystkich, których kochałam…- podjęła i przez dłuższą chwilę milczała, przyglądając się mu niewidzącym wzrokiem. – Pamiętasz jeszcze, czym jest poświęcenie, Harry? Pragniesz mojej śmierci, ale jak wiele jesteś w stanie poświęcić, by uratować bliskich? – Zapytała, przechylając głowę i przyglądając się mu z niezdrową fascynacją. – Zapewne wkrótce się przekonamy… Masz trzy dni na oddanie się w moje ręce. Każdy dzień zwłoki będzie kosztował cię coś cennego…

- Powstrzymam cię…

- Miałam nadzieję, że to powiesz – odparła z szerokim, zimnym uśmiechem. – W takim razie przekonajmy się, ile jesteś w stanie poświęcić…Masz trzy dni…Zegar tyka…



Zerwał się z łóżka zlany potem. Oddychał ciężko, jakby przed chwilą przebiegł maraton. Przeczesał włosy i ostrożnie, nie budząc Pansy, zszedł z łóżka. Wyszedł na balkon i zacisnął dłonie na drewnianej balustradzie, wdychając rześkie, nocne powietrze. Starał się unormować oddech i niespokojne bicie serca, przekonując się, że to był tylko sen. Zamknął oczy i ukrył twarz w dłoniach, starając się zebrać myśli. Miał prawdziwy mętlik w głowie. Chaos myśli utrudniał zdrowy osąd sytuacji. Odchylił głowę, patrząc na zachmurzone, nocne niebo. Deszczowe chmury zakrywały wszystkie gwiazdy i księżyc. Zupełnie, jakby chciały mu przekazać, że nie ma iskierki nadziei na wygraną w nadchodzącej wojnie. Wygrał bitwę, lecz wszystko wskazywało na to, że to nie koniec rozlewu krwi. Mógł się poddać i oddać w ręce Evy, łudząc się że ta oszczędzi jego bliskich lub zrobić to, na czym znał się najbardziej. Stanąć do walki. Zerknął przez ramię w kierunku uchylonych drzwi od balkonu. Miał świadomość, że obiecał Pansy, że zawiesi broń. Merlin mu świadkiem, że niczego innego nie pragnął. Jednak Eva groziła nie tylko jemu, ale wszystkim, których kochał i na których mu zależało. W tym wypadku nie mógł siedzieć bezczynnie. Nie po to walczył całe życie, by teraz pozwolić, by świat, który zbudowali wspólnie po wojnie, został zburzony.

Z tą myślą wrócił do sypialni i zebrał swoje rzeczy, starając się nie obudzić śpiącej kobiety. Dopiero, gdy był gotowy do wyjścia, przystanął przy drzwiach i zerknął na pogrążone w mroku łóżko. Serce pękało mu na pół, gdy patrzył na spokojną twarz ukochanej, nieświadomej nadchodzącego zagrożenia. I gdy tak na nią patrzył, przypomniała mu się ich ostatnia kłótnia i słowa kobiety. Zawahał się przez chwilę, po czym podszedł do niej i usiadł na skraju łóżka. Przez chwilę przyglądał się jej z czułością, a następnie wyczarował niezapominajki. Nie przypominały pięknego bukietu. Już dawno pogodził się z myślą, że nigdy nie będzie mistrzem romantyzmu i zaklęć estetycznych. Nie o to mu jednak chodziło. Nie chciał wychodzić bez słowa, a nie wiedział, co mógłby napisać, by nie denerwować narzeczonej. Miał nadzieję, że tym gestem wyrazi więcej i że Pansy zrozumie, co chciał jej powiedzieć. Przynajmniej połowicznie. Na wyjaśnienia przyjdzie natomiast czas, gdy sam rozgryzie sens swoich snów.



***



Niewiele docierało do niej w trakcie ceremonii. Dotkliwy mróz przenikał jej ciało, mimo ciepłego odzienia. Słowa mistrza ceremonii w ogóle do niej nie trafiały. Zupełnie, jakby znajdowała się w pustej przestrzeni, bezpieczna od obstrzału wszystkich ciekawskich spojrzeń i oskarżycielskich szeptów. Trzymała się na uboczu, nie chcąc wywoływać niepotrzebnego zamieszania. Pamiętała, że większość ludzi wciąż obwinia ją o to, że zdradziła Wiktora i zostawiła go w najtrudniejszym dla mężczyzny momencie. Mimo że starała się nie rzucać w oczy, wiele osób ją rozpoznało, gdy składała kondolencję rodzicom Wiktora. Szepty nasiliły się, gdy Theresa ją przytuliła, jakby nie skrzywdziła jej jedynego dziecka. Hermiona jednak starała się nie rozglądać i pozostać w swoim bezpiecznym świecie aż do samego końca. W myślach wciąż rozpamiętywała ostatnie słowa Wiktora, które ten przekazał w udzielonym wywiadzie.

- Gdyby teraz pan mógł, to co by jej powiedział?

- Chciałbym, żeby odnalazła w sobie siłę, żeby przetrwać najbliższy czas, stanąć na nogi i iść dalej. Poprosiłbym, by się nie smuciła, ponieważ bez względu na to, co się ze mną stanie, moje serce i dusza należą do niej teraz i na zawsze. Wierzę też, że jeśli istnieje coś po śmierci, to ponownie się spotkamy. Kazałbym jej obiecać, że na przekór wszystkiemu, co się wydarzy, będzie szczęśliwa, by nigdy nie rezygnowała z siebie i swoich marzeń. I, by mimo wszystko, pamiętała o mnie i o tym co było między nami dobre.

Ilekroć przywoływała te słowa, łzy same napływały jej do oczu. Nie potrafiła nad tym zapanować. Smutek i uczucie pustki, jaką zostawił po sobie Wiktor, były zbyt obezwładniające. Najpierw poczuła silny uścisk, a później falę ciepła rozlewającą się po jej zmarzniętym ciele. Odwzajemniła uścisk i oparła głowę o ramię Harry’ego, nie spuszczając bezbarwnego spojrzenia z urny, w której znajdowały się prochy Wiktora. Jeszcze niedawno mogła patrzeć na niego, czuć jego ciepło, bicie serca, trzymać za rękę, a dziś pozostała po nim tylko kupka popiołu. Nieświadomie mocniej zacisnęła palce na dłoni przyjaciela, gdy urna spoczęła w grobie. Harry objął ją w milczeniu. Była mu wdzięczna, że zgodził się jej towarzyszyć. Draco miał rację, że przyda jej się wsparcie. Nie wiedziała, czy starczyłoby jej odwagi i sił, by skonfrontować się z tym samotnie.

Wspólnie obserwowali, jak cmentarz pustoszeje i dopiero, gdy zostali sami, podeszli, by złożyć kwiaty. Hermiona składając wiązankę z białych róż, przyklękła i położyła dłoń na ziemi, potrzebując choć minimalnej namiastki kontaktu ze zmarłym. Przymknęła powieki i uśmiechnęła się, składając obietnicę Wiktorowi i jednocześnie dając mu odpowiedź na ostatnie słowa, które do niej skierował w wywiadzie.

- Obiecuję, że nigdy o tobie nie zapomnę. I postaram się zrobić wszystko, żeby być szczęśliwą. Wybaczam ci. Mam nadzieję, że ty też potrafiłeś mi wybaczyć. I dziękuję ci za to, co zrobiłeś. Do zobaczenia po drugiej stronie, Wiktorze…

Drgnęła, czując ciepłą dłoń na ramieniu i wyprostowała się.

- Możemy wracać – powiedziała, uśmiechając się blado, a Harry skinął głową.

Wyciągnął dłoń, lecz nim ją ujęła, uśmiechnął się przepraszająco i, mrucząc pod nosem, że nie ma ani chwili spokoju, sięgnął do kieszeni. – Wybacz  - przeprosił, wyciągając dwukierunkowe lusterko i oddalił się, by dowiedzieć się, czemu zawracają mu głowę. Hermiona uśmiechnęła się z pobłażaniem, lecz na widok miny przyjaciela jej uśmiech zbladł.

- Musimy wracać – powiedział, grobowym tonem, chowając lusterko i sięgając po jej dłoń.

- Co się dzieje? – Zapytała, gdy szli w ustronne miejsce, by teleportować się niezauważenie.

- Ollivander... Czeka w biurze – wyjaśnił, przyspieszając i kierując w stronę kaplicy.

- Myślisz, że... – zaczęła, lecz urwała widząc minę przyjaciela.

Żadne z nich nie odezwało się przez resztę drogi. Każde z nich w milczeniu analizowało własne myśli i obawy, tworząc jednocześnie ewentualny przebieg zdarzeń. Korzystając z nieobecności Pansy deportowali się do domu przyszłych państwa Potter, skąd Harry miał bezpośrednie połączenie sieci fiu do kominka we własnym gabinecie. Mężczyzna nie chciał tracić czasu na dostanie się do ministerstwa wejściem dla interesantów i Hermiona nie dziwiła się mu. Sama chciała jak najszybciej dowiedzieć się, co sprowadziło Garrica do szefa aurorów. Harry przepuścił ją i jako pierwsza przekroczyła próg gabinetu, w którym znajdował się już roztrzęsiony Ollivander i bledszy niż zwykle Dracon, który na jej widok, odetchnął niezauważenie. Podeszła do niego, robiąc miejsce dla przyjaciela, który tuż po chwili wyszedł z zielonych płomieni. Draco ujął jej dłoń, a ona odwzajemniła uścisk, starając się nie ulegać emocjom. Garric wstał i spojrzał na Harry’ego w taki sposób, że słowa były zbędne.

- Brama piekieł została otwarta – powiedział słabym głosem. – Między śmiercią, a życiem stoi już tylko zakon – dodał grobowym tonem.

- Pole ograniczające… Czy..? – Zaczęła Hermiona, czując jak uchodzi z niej powietrze.

- To kwestia czasu, gdy zniknie – odparł ze smutkiem, patrząc na nią z takim bólem, jakby ktoś przed chwilą przypalał go żywym ogniem.

- Co się stało? – Zapytała, robiąc krok w stronę starego czarodzieja.

- Zabiła ją… Zabiła moją Karmę… - wydusił mężczyzna i stłumił szloch, odwracając udręczony wzrok.

Hermiona bez zastanowienia przytuliła go, rzucając zaniepokojone spojrzenie na posągową postać Harry’ego i nieprzeniknioną minę Dracona. Mężczyźni wymienili się krótkim porozumiewawczym spojrzeniem, lecz nim padło jakiekolwiek pytanie, drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem.

- Szefie! – Do środka wpadł zasapany, przejęty auror. – Zaatakowano Hogwart…

***

- Pani… - skłonił się Theodor.

Zmartwychwstała Eva była inna, niż ta którą zapamiętał. Otaczała ją mroczna aura, która pochłaniała każdego, kto zbliżył się za bardzo. Było w tym coś niepokojącego a zarazem pociągającego. Coś, co przyciągało, a jednocześnie mroziło krew w żyłach.

- Zadanie wykonane. Hogwart spłynął krwią – zameldował z satysfakcją dobrze wykonanego zadania.

- Dostarczyliście wiadomość? – Zapytała, chcąc się upewnić, że adresat zrozumie przesłanie.

- Zgodnie z rozkazem – przytaknął Nott z mściwym uśmiechem.

- Doskonale – odparła, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.  – Czas na drugi akt…


9 komentarzy:

  1. O jestem pierwsza! :)

    Ahh więc... Nott? No jeszcze tej mendy brakowało! Zapewne nieźle namiesza. Lubię czytać wspomnienia bohaterów. Wtedy dość dużo spraw staje się jasnych :) bardzo zaskoczył mnie Wiktor, nie spodziewałam się takiego hmm gestu z jego strony. Bardzo przyjemnie się czytało caaaaały rozdział :) i na prawdę jeszcze tylko 3 rozdziały i epilog? :( Szkoda, że ta historia powoli dobiega końca... Może masz już jakiś pomysł na nową historię? :D z ogromną chęcią, jak zawsze zresztą, bym ją czytała! :)

    Pozdrawiam serdecznie, Anna :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Retrospekcje są świetnym rozwiązaniem do wyjaśnienia wielu wątków i uzupełnieniem trwającej akcji. Też je lubię:)
      Naprawdę:)
      Wszystko ma swój koniec, taka kolej rzeczy. I każdy koniec bywa również początkiem czegoś nowego...
      Bardzo Ci dziękuję. Ty nigdy nie zawodzisz i jesteś ze mną. Za to jestem Ci najbardziej wdzięczna. Bo mimo wielu obowiązków ZAWSZE znajdujesz czas zarówno na lekturę ale i napisanie kilku słów. Dziękuję!;*
      Ściskam mocno!

      Usuń
  2. Hej! Dzisiaj dopiero wpadłam na tego bloga :D Nie mam jednak za dużo czasu na przyjemności i stąd moje pytanie. Skoro epilog będzie dostępny tylko dla tych komentujących, to czy istnieje możliwość otrzymania go "na trochę" po skończeniu opowiadania?
    Weny życzę : )

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam już dawno, ale dopiero teraz znajduję krótką chwilkę, żeby napisać choć dwa słowa. :(

    Ode mnie ogromne gratulacje. Niesamowicie spodobał mi się ten rozdział. Jak zwykle z niecierpliwością czekam na dalsze części, i mam nadzieję, że doczekam się w końcu ślubu! :)

    Wybacz, że tak krótko, ale mam nadzieję, że choć odrobinę moje słowa dodadzą Ci motywacji do pisania i poprawią nastrój. Jak dla mnie, robisz świetną robotę i oby tak dalej!
    Trzymaj się cieplutko, życzę Ci samych świetnych pomysłów na dalszą część historii.

    Twoja wierna fanka,

    Bully Bill

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, że w ogóle znalazłaś czas. To dla mnie bardzo ważne.
      Dziękuję. Cieszę się, że rozdział Ci się spodobał.
      Tak, Twój komentarz był miłym bodźcem motywacyjnym;)
      Ty również, trzymaj się cieplutko:)
      Ściskam!

      Usuń
  4. O nie, o nie... Chyba dostanę zawału zanim to wszystko się skończy! Tyle się dzieje, że już nie wiem co jest gorsze...
    Jestem strasznie ciekawa jak to wszystko rozwiążesz w trzech rozdziałach!
    Och, bardzo lubię szczęśliwe zakończenia. Myślę, że mimo tego, co się stanie, takie właśnie będzie :)
    Pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na następny rozdział!
    P.S. Przepraszam Cię, że nie skomentowałam poprzedniego rozdziału, ale przeczytałam go dopiero kilka dni temu. Tyle się teraz dzieje... :)
    Do zobaczenia pod następnym rozdzialem
    Iva

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To będą długie rozdziały więc dam radę:)
      Spokojnie:) Rozumiem, że można przeczytać rozdział długo po publikacji. One nie znikają i zawsze masz szansę zostawić po sobie ślad, nie musisz przepraszać:)
      Do zobaczenia:)

      Usuń
  5. Pierwszy raz komentuję, bo teraz dopiero wszystko przeczytałam i nie byłam wcześniej na bieżąco :)
    Opowiadanie bardzo mi się podoba i jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej wyobraźni :)
    Jest tylko jedna rzecz, która nie tyle co mi przeszkadza co lekko smuci przy czytaniu :P przemiana Draco i Hermiony. Draco z temperamentnego faceta zrobił się ciepłą kluchą :P a rozterki Hermiony są według mojej opinii dość dziwne.
    Powtórzę jednak jeszcze raz żeby zatrzeć te niemiłe słowa : masz mega wyobraźnię i talent aby przełożyć to na słowo pisane :) czekam na kolejny rozdział.

    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam zatem w gronie Czytelników:)
      Opcja komentowania jest włączona przez cały czas więc to już od Czytelnika zależy, w którym momencie czuje potrzebę pozostawienia po sobie śladu i podzielenia się swoimi wrażeniami. Ze swojej strony, mogę dodać, że staram się na każdy z nich odpowiedzieć, bo szanuję swoich Czytelników i ich czas.
      Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia:) Dla Ciebie to "ciepła klucha", dla mnie dojrzały facet, który stara się być empatyczny i uczy się werbalizowania swoich emocji. Odkrywa się, ale tylko przy Hermionie, czy swojej matce. Nie wyobrażam sobie, że miałby grać macho w kontekście tego wszystkiego, co się wydarzyło. Ale jak już napisałam, to kwestia interpretacji.
      Co do komentarza odnośnie "dziwnych" przemyśleń Hermiony, ciężko jest mi coś odpowiedzieć, ponieważ nie sprecyzowałaś, co dokładnie jest w nich dziwnego:)
      Nie odbieram tego, jako coś niemiłego. Szanuję każdą opinię. Każdy interpretuje czytane przez siebie historie poprzez pryzmat własnych doświadczeń, poprzez własną wrażliwość, wyobraźnie itp. Fenomen książek polega na tym, że wśród ich ilości i różnorodności każdy może znaleźć coś dla siebie.
      To miłe, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Dziękuję za czas, jaki poświęciłaś na lekturę.
      Jak zapewne zauważyłaś nowy rozdział jest już opublikowany więc długo nie musiałaś czekać.

      Pozdrawiam!

      Usuń