Witajcie Kochani!
Długo mnie nie było. To fakt. Przepraszam, jeśli poczuliście się zaniedbani. Zamieszanie z ocenialnią i sesja skutecznie odciągnęły mnie od pisania. Doświadczenie to było dla mnie również ciężką próbą i osoby, które mnie wspierały wiedzą to najlepiej.
Rozdział dla tych wszystkich, którzy walczyli o mnie, gdy ja sama się poddałam. Dziękuję Wam!;*
Gorące podziękowanie również za betowanie i nie tylko dla Face;)
A teraz już nie przynudzam. Wystarczająco długo czekaliście. Mam nadzieję, że najbliższe trzynaście stron zrekompensuje Wam to;)
Ściskam Was ciepło,
Villemo.
ROZDZIAŁ
10 „Z ciszą pośród czterech ścian”
- Co tu robisz? – Zapytała cicho, chcąc przerwać to
krępujące milczenie.
Miała nadzieję, że
Draco odpuści jej chociaż dzisiaj. Po incydencie sprzed kilku godzin marzyła
tylko o świętym spokoju. Chciała zaszyć się w domu i móc wreszcie pozwolić
sobie na chwile słabości. Utrzymanie kamiennej maski wiele ją kosztowało. Po
powrocie do gabinetu rzuciła się w wir pracy, przełykając łzy i spychając w
głąb swojej podświadomości wszystkie uczucia. Wiedziała, że tylko tak będzie w
stanie wytrwać do zakończenia pracy. Po raz pierwszy od dawna cieszyła się, że
Wiktor jest w Bułgarii. Nie miała ochoty na jakiekolwiek towarzystwo.
Potrzebowała samotności. Czy wymagała tak wiele? Wobec tego, dlaczego Malfoy
nie pozwoli jej teraz odejść?
- Czekam – odparł zdawkowym tonem, przeszywając kobietę
nieodgadnionym spojrzeniem, jakby analizował, w jakim jest nastroju.
Hermiona westchnęła z rezygnacją. Cały Malfoy. Czego właściwie
mogła spodziewać się po tym irytującym arystokracie? Obiecała sobie, że od tej
pory będzie twarda i nie da mu wyprowadzić się z równowagi. To moment, w którym
powinna definitywnie zakończyć tę chorą grę, którą rozpoczął Draco. Z tym
postanowieniem skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i posłała mężczyźnie
ponaglające spojrzenie.
- W takim razie nie przeszkadzaj sobie i czekaj dalej –
sarknęła, gdy w dalszym ciągu nie otrzymała odpowiedzi i poprawiając torebkę
ruszyła w stronę windy. – Malfoy, czy ty przypadkiem nie miałeś czekać? – Zakpiła,
gdy kilka sekund później usłyszała za sobą pośpieszne kroki.
- Dobrze wiesz, że czekałem na ciebie – odpowiedział
łagodnym tonem, gdy zrównał się z byłą Gryfonką. – Powinniśmy porozmawiać –
dodał, zerkając kątem oka na milczącą kobietę.
- Przecież rozmawiamy - mruknęła pod nosem, zbita z tropu
jego miłym zachowaniem. Nie wiedzieć czemu jego opanowanie i pewność siebie
denerwowały ją bardziej niż jego zwykłe, ironiczne komentarze.
- Granger…
- Nie, Malfoy! – Weszła mu w słowo, odwracając się
gwałtownie w stronę mężczyzny i posyłając mu twarde spojrzenie. – Nie przyszło
ci do głowy, że może nie mam ochoty rozmawiać? Czy w tobie nie ma za grosz
empatii? Tak trudno jest domyślić się, że potrzebuję świętego spokoju? - Wytknęła
mu podniesionym głosem, po czym wzięła uspokajający oddech i dodała bardziej
opanowanym tonem - Jestem zbyt zmęczona na prowadzenie poważnych rozmów. Nie
wyjeżdżam na drugi koniec świata więc z łaski swojej pozwól, że przełożymy tę
niecierpiącą zwłoki rozmowę do poniedziałku.
- Gdyby to mogło poczekać do poniedziałku, nie czekałbym na
ciebie trzy godziny – odparł chłodnym tonem, starając się nie pokazywać, jak
słowa szatynki go dotknęły. Przecież nie był bezdusznym potworem. Starał się
być łagodny i miły, ale jak widać na marne, bo za każdym razem, gdy tylko otwierał
usta, Hermiona naskakiwała na niego, jak gdyby miał zamiar wypowiedzieć jakąś
klątwę.
- Ja nie kazałam ci marnować czasu – odparła wyniosłym
tonem, a on musiał ponownie ugryźć się w język, aby nie uraczyć kobiety jakąś
stosowną ripostą.
- Odprowadzę cię i po drodze porozmawiamy – oznajmił
stanowczym tonem, gdy wysiedli z windy w głównym atrium i ruszyli w stronę
wyjścia z ministerstwa.
W odpowiedzi otrzymał
obojętne wzruszenie ramionami i niechętne skinienie głową. Westchnął w duchu i
kątem oka spojrzał na kobietę. Zastanawiał się, dlaczego ona musi być taka
uparta? Zawsze wszystko utrudniała i musiała postawić na swoim. Była
przemądrzała, pyskata, humorzasta i niesamowicie irytująca. A jednocześnie przy
tym wszystkim posiadała bogaty wachlarz cech budzących jego podziw i
fascynację. Dawno nie spotkał kobiety z tak skomplikowanym charakterem.
W pewnym momencie Hermiona zatrzymała się i chwyciła go
mocno za ramię. Zbyt pochłonięty własnymi myślami, nie był przygotowany na
teleportację, dlatego, gdy jego stopy uderzyły ciężko w grunt, kolana ugięły
się pod nim niebezpiecznie i aby nie upaść musiał przytrzymać się brudnego
kontenera na śmieci. Zignorował pełne dezaprobaty prychnięcie kobiety i
wyprostował się z godnością.
- Zawsze teleportujesz się w to miejsce? – Zakpił, unosząc
lewą brew i omiótł spojrzeniem ciemną, jednokierunkową uliczkę, która
prowadziła na tyły jakiegoś mugolskiego baru.
- Tylko wtedy, gdy chce odstraszyć nieproszonych gości –
odparła butnie, naśladując jego gest.
- Nie potrzebujesz do tego podobnych demonstracji – mruknął
pod nosem z przekąsem, na co Hermiona zmrużyła niebezpiecznie oczy i z wysoko
uniesioną głową wyminęła mężczyznę.
Westchnął ciężko i pokręcił głową z rezygnacją, gdy
szatynka, nie oglądając się na niego, ruszyła w stronę swojego rodzinnego domu.
Chcąc nie chcąc podążył za nią, w duchu przeklinając swój niewyparzony język.
- Przez weekend będziesz pod opieką Grega i Scotta – zaczął,
gdy ponownie zrównał się z kobietą. Szli teraz wąskim chodnikiem pomiędzy
rzędem drzew i równo przyciętych żywopłotów. Było tak cicho, że słyszał jak
szatynka wciąga powietrze do płuc i wypuszcza je ze świstem. – Jutro rano
wyjeżdżam na misję, dlatego oddelegowałem do twojej ochrony swoich zaufanych
ludzi – dodał pospiesznie, widząc, że Hermiona otwiera usta, aby, jak
podejrzewał, zaprotestować. – Chciałbym cię poprosić, żebyś mi obiecała, że nie
będziesz utrudniała im pracy, bo… - zaczął, lecz przerwało mu niepewne pytanie
ze strony kobiety.
- Wyjeżdżasz sam?
Wiedział, że pytała o Pottera. W końcu był dla niej jak
brat. To normalne, że martwiła się o Harry’ego. Zazwyczaj Kingsley ich nie
rozdzielał. Tym razem jednak miał wyruszyć sam z czwórką nowych adeptów. W
odpowiedzi skinął głową i przyjrzał się uważniej szatynce. Wyglądała na
zawiedzioną, a może i na zmartwioną. Trudno było ocenić. Jednego był jednak
pewny. Po jej wrogiej postawie nie było już ani śladu.
- Hermiona…- zaczął po chwili namysłu i wyciągnął dłoń, aby
dotknąć jej policzka, lecz ta odsunęła się nieznacznie. Z zaciśniętymi ustami
opuścił rękę.
- Draco…- zaczęła, patrząc na niego bezradnie.
Wyglądała tak, jakby wahała się nad czymś i lustrowała twarz
mężczyzny w celu odnalezienia na niej odpowiedzi na dręczące ją pytanie. Nawet
nie zauważył, że zatrzymali się przed jednym z jednorodzinnych domów.
– Powinieneś już iść – powiedziała w końcu ledwo
dosłyszalnym szeptem i odwróciła wzrok.
Uśmiechnął się gorzko i pokiwał głową ze zrozumieniem.
Posłał kobiecie ostatnie uważne spojrzenie, jakby czekając, aż ta powie coś
więcej, lecz nie słysząc z jej ust ani słowa, schował dłonie do kieszeni i
odwrócił się na pięcie. Wolnym krokiem ruszył w stronę ciemnej uliczki. W
połowie drogi jednak zatrzymał się, słysząc swoje imię.
- Draco! – Odwrócił się zaskoczony i uniósł pytająco brwi,
widząc zmierzającą w jego kierunku kobietę. – Obiecuję – powiedziała, patrząc
mu prosto w oczy. - Ale ty też musisz mi coś obiecać – zmarszczył czoło,
słysząc zdeterminowany i stanowczy głos Granger. A gdy cisza między nimi się
przedłużała, otworzył usta, aby zapytać o treść swojej obietnicy, lecz kobieta
przyłożyła mu palce do ust. – Obiecaj, że wrócisz w jednym kawałku.
To nie była prośba. To było żądanie. I to chyba zaskoczyło
go najbardziej, a jednocześnie sprawiło, że poczuł przyjemne ciepło w okolicach
serca. Bo to oznaczało, że jej zależało. Nawet, jeśli brzmiało to
irracjonalnie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu, każde analizując
zachowanie drugiego. Zbyt niepewni siebie, aby wykonać jakiś ruch. Dopiero
głośny szelest w żywopłocie, z którego wyskoczył kot, przywołał ich do
rzeczywistości. Hermiona jakby przytomniejąc zarumieniła się speszona swoją
śmiałością.
- Obiecuję – zapewnił, chwytając delikatnie jej dłoń i
muskając ją ustami. W odpowiedzi otrzymał nieśmiały uśmiech, którego nie sposób
było nie odwzajemnić.
***
Zawinięta w ciepły, wełniany koc siedziała na werandzie i
bezmyślnie wpatrywała się w bezchmurne, gwieździste niebo. Widok zapierał dech
w piersiach. Miliardy błyszczących, rozsianych punkcików, układających się w
mozaikę odległych konstelacji przypominały srebrny brokat rozsypany na
granatowym, atłasowym materiale. Jej były nauczyciel Firenzo opowiadał, że w
gwiazdach zapisana jest przyszłość każdego żyjącego na Ziemi stworzenia. Przynajmniej
centaury były o tym święcie przekonane. Ona natomiast nigdy nie brała tych
astrologicznych bzdur na poważnie. Gdyby wierzyła byłoby to równoznaczne z tym,
że zgadza się na to, aby to los kierował nią, a nie ona nim. A przecież tak nie
było. Bo jaki sens miałoby życie, gdyby wierzyć w samospełniające się fatum? Chciała
wierzyć w to, że jest architektem swojej drogi i tylko od jej wolnej woli
będzie zależało, w którym kierunku ją poprowadzi. Gra z losem w kości może i
była ryzykowna, ale pozwalała skosztować różnorodnych smaków, jakie ten los
oferował. Uważała, że życie jest darem, który należy odkrywać po trochu. Nie przypuszczała
też, że rodzimy się, jako czysta karta, bo przecież przychodzimy na świat w
różnych okolicznościach z indywidualnym pakietem uwarunkowań choćby tych genetycznych.
Dlaczego wobec tego jedni otrzymują moc, a inni żyją w przekonaniu, że świat
magii jest tylko wytworem wyobraźni autorów książek, bajek lub filmów? Czy ona
potrafiłaby wyrzec się mocy i żyć tak, jakby nigdy nie wiedziała o jej
istnieniu? Wielokrotnie po wojnie zadawała sobie to pytanie. I pewnie gdyby
kierowała się tylko ilością wspomnień dotyczących okrucieństwa i cierpienia,
jaką magia wyrządziła, bez wahania przełamałaby swoją różdżkę i bez żalu
porzuciłaby tamten wymiar. Wiedziała jednak, że magia może zdziałać wiele dobrego.
To dlatego rozpoczęła prace nad eliksirem. Projekt Inferno miał przede
wszystkim pomagać. Nie sądziła, że poprzez odwrócenie proporcji może stać się
także bronią.
- Zmarzniesz, skarbie – uśmiechnęła się delikatnie, słysząc
głos swojej matki i z wdzięcznością przyjęła kubek z aromatycznie parującym
kakao. Wciągnęła w nozdrza zapach cynamonu i przymknęła powieki.
- Powiesz mi w końcu, co się stało? – Zapytała Jane,
siadając naprzeciwko córki i posyłając jej zatroskane spojrzenie.
- Zawsze, gdy źle się czułam albo byłam smutna robiłaś mi
kakao, pamiętasz?
W odpowiedzi Jane pokiwała głową na potwierdzenie słów
córki, po czym i ona uśmiechnęła się delikatnie. Hermiona przez chwilę
obserwowała profil swojej matki znad parującego kubka. Wyglądała tak łagodnie w
świetle lamp. Pamiętała, że gdy była młodsza, zawsze zastanawiało ją to, jakim
cudem jej rodzicielka potrafiła odgadnąć, czego w danej chwili najbardziej
potrzebuje jej córka. Była jej dobrą wróżką, która przychodziła z kubkiem
kakao, podsuwała pod nos ciekawą książkę, wspierała i cierpliwie wysłuchiwała
jej problemów, uzupełniała zapas czekolady, by Alan nie odkrył, że jego
latorośl regularnie szkodzi swoim zębom i podkrada jego zapasy, czy też
wypożyczała komedię, by poprawić jej humor. Nauczyła ją przyjmować porażki i
radzić sobie z nimi, wychodzić naprzeciw przeciwnościom i przegrywać z wysoko
podniesioną głową. Tłumaczyła, że strach przed przegraną nie może powstrzymać
jej przed wejściem na boisko. Dzięki rodzicom wiedziała, że nawet po najgorszym
sztormie czeka na nią bezpieczna przystań. Byli jej latarnią w mroku,
drogowskazem na manowcach i parasolem w czasie burzowej ulewy. W pewnym
momencie Jane odwróciła głowę i widząc, że córka jej się przygląda, przechyliła
ją zabawnie na bok.
- Rozmazałam się? – Zapytała przekornie, a Hermiona
pokręciła z uśmiechem głową. - Skarbie, przecież widzę, że coś ci jest.
Porozmawiaj ze mną – nalegała starsza z kobiet, dotykając kolana swojej córki.
- Nic się nie dzieje, mamo. A przynajmniej nie jest to nic,
z czym sama nie mogłabym sobie poradzić – zapewniła szatynka i uśmiechnęła się
pokrzepiająco. – A teraz chodźmy do domu. Zrobiło się chłodno – zaproponowała,
chcąc zmienić temat.
- Powiedz chociaż, czy ma to związek z tym przystojnym
młodzieńcem, który cię dzisiaj odprowadził pod dom…
- Mamo! – Jęknęła Hermiona, a jej policzki jak na zawołanie
przybrały czerwony odcień.
- No co? Nie powiesz mi, że nie jest przystojny – ciągnęła z
przekąsem Jane, przyglądając się córce z uśmiechem.
- Jeśli już chcesz wiedzieć, to ma równie śliczne oczy, co
skomplikowany charakter – zaperzyła się czarownica.
- W takim razie z takim to na koniec świata i dziesięć
kilometrów dalej – roześmiała się pani Granger, a jej córka posłała jej
niedowierzające i nieco zgorszone spojrzenie. – Oj już dobrze, dobrze. W każdym
razie uważam, że nie może być aż tak zły, jak twierdzisz…
- Bo jest przystojny? – Zakpiła szatynka, opierając ręce na
biodrach.
- Nie, bo z moich obserwacji wynika, że nie jest ci do końca
obojętny – odparła z sugestywną miną.
- Podglądałaś?! – Zapytała z niedowierzaniem, ignorując
fakt, że jej matka trafiła w sedno.
- Od razu podglądałaś - nachmurzyła się Jane, przewracając
oczami.
- A mnie się tam on nie podoba – wtrącił stanowczo Alan
Granger, opierając się o futrynę i piorunując żonę wzrokiem.
Hermiona posłała swojemu ojcu wdzięczny uśmiech. Zawsze
wiedział, kiedy się zjawić i jak rozładować atmosferę.
- Kochanie, twoje zdanie to się akurat w ogóle nie liczy –
odparła Jane, przytulając się do męża i całując go w policzek. – Żaden facet
nie będzie odpowiedni dla twojej ukochanej córeczki – dodała złośliwym tonem i
uśmiechnęła się z pobłażaniem na widok jego skonsternowanej miny.
***
Ulica Śmiertelnego Nokturnu od lat słynęła ze swojej
kryminalnej przeszłości. Porządni czarodzieje unikali tego ponurego miejsca w
obawie, że ktoś mógłby posądzić ich o jakieś ciemne machlojki. Natomiast ci
nieliczni, którzy byli zmuszeni robić tu nieuczciwe interesy, przemykali
ukradkiem nocą i najlepiej w przebraniach, które dawały im poczucie swego
rodzaju anonimowości. Do tej grupy
zaliczał się Jason Blackwell. Minister owinął się szczelniej peleryną i ukrył w
cieniu, czekając na jednego ze swoich informatorów. Słysząc ciche szuranie,
poprawił ciemne okulary i nasunął kaptur na twarz. Po chwili zza zakrętu
wyłoniła się wysoka, chuda postać, która zataczając się lekko, zmierzała w jego
stronę. Jason ze znudzoną miną obserwował jak tamten zatrzymuje się, opróżnia
butelkę i odrzuca ją za siebie. Z konsternacją zacisnął usta w wąską linię. Nie
potrzebował publiczności, a jego człowiek postawił sobie chyba za punkt honoru,
aby poinformować mieszkańców Nokturna o swojej obecności.
- Długo kazałeś na siebie czekać, Izaaku.
- Wybaczy szef, ale nie mogłem przepuścić takiej okazji –
odparł mężczyzna i uśmiechnął się lubieżnie.
- Ciągle przepuszczasz kasę w burdelach? Nie myślałeś, żeby
się ożenić? Wtedy nie musiałbyś płacić.
- Ale musiałbym znosić babskie fanaberie – sarknął mężczyzna,
uśmiechając się krzywo. – Dzięki za radę, ale zostanę przy burdelach.
- Przynajmniej wiem, gdzie cię szukać – odparł ugodowo Jason
i pokiwał głową, gdy Izaak wyciągnął w jego kierunku paczkę papierosów. – Masz
to, o co cię prosiłem?
- A czy kiedykolwiek szefa zawiodłem? – Zapytał urażony
mężczyzna i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki małe zawiniątko
obwiązane brudną szmatą.
- Celna uwaga – przyznał mu rację i odwiązał pakunek. –
Jesteś pewny, że nie pomyliłeś adresatów? – Zapytał ostrożnie brunet, patrząc
sceptycznie na małe, ruchliwe, czarne punkciki obijające się o ścianki słoika.
- Może i wyglądają jak pchły, ale nawet nie wyobraża sobie
szef, co te krwiożercze bestie potrafią. To urodzeni mordercy – odparł
mężczyzna, patrząc poważnie na swojego towarzysza.
- Doprawdy? – Zakpił minister, świdrując swojego informatora
uważnym spojrzeniem.
- Gdyby szef widział, co zrobiły z dostawcą, to nie miałby
wątpliwości – zapewnił mężczyzna i zaciągnął się z lubością dymem tytoniowym. –
Musiałem go sprzątnąć – dodał rzeczowo w ramach wyjaśnień, gdy Jason
spiorunował go spojrzeniem.
- Cel uświęca środki – westchnął Blackwell i rzucił w
kierunku Izaaka brązową sakiewkę, którą tamten zręcznie złapał.
- Interesy z tobą, to czysta przyjemność, szefie – odparł z
uznaniem mężczyzna, ważąc w ręku pakunek.
- Nie przepuść wszystkiego na dziwki – zastrzegł z
pobłażaniem, doskonale wiedząc, że mężczyzna i tak go nie posłucha.
- Niech szefa o to głowa nie boli. Część wydam, aby wypić za
pańskie zdrowie – zakpił Izaak i ukłonił się teatralnie, po czym odwrócił się
na pięcie i wesoło pogwizdując, ruszył w przeciwnym kierunku.
Jason raz jeszcze przyjrzał się w skupieniu zawartości
słoja, po czym z ciężkim sercem wykonał obrót i deportował się pod Dziurawy
Kocioł, gdzie umówił się wcześniej z Kingsleyem Shackleboltem.
***
Zmęczona rzuciła klucze i torebkę na półkę w przedpokoju i
ściągnęła szpilki. Chłodna podłoga przynosiła ulgę jej obolałym stopom. Ruszyła
w stronę sypialni, nie fatygując się nawet, aby zapalić światło. Przeszła do
łazienki, gdzie po włożeniu korka do wanny, odkręciła gorącą wodę i wlała do
niej olejek o zapachu trawy cytrynowej. W czasie gdy wanna zapełniała się wodą,
wróciła do sypialni, by włączyć radio. Cisza panująca w mieszkaniu była dla
niej zbyt przytłaczająca. Zwiększyła głośność, lecz to jak na złość nie
uciszyło jej myśli. W drodze do łazienki pozbyła się ubrań i weszła do wanny.
Gorąca woda była czymś, czego teraz potrzebowała najbardziej. Naiwnie wierzyła,
że potrafi ona zmyć z niej wspomnienie dotyku McLaggena, że wypłucze z jej
umysłu tamten dzień. Zamknęła oczy, wdychając zapach olejku i starając się
odprężyć. Czuła się taka brudna. Nie pojmowała, jak Cormac mógł posunąć się do
czegoś takiego i to jeszcze w gmachu ministerstwa. Jak mogła być tak głupia, żeby
nie zauważyć, co się dzieje? Powinna być bardziej czujna. Powinna…Właściwie
jaki to ma teraz sens, co powinna? Równie dobrze może użalać się nad sobą w ten
sposób przez kolejny miesiąc, a i tak niczego to już nie zmieni. Powinna wziąć
się w garść i przestać analizować ten cholerny incydent. I naprawdę starała się
to zrobić. Problem w tym, że na końcu języka cały czas czuła smak strachu i
obrzydzenia, które towarzyszyło jej, gdy McLaggen dotykał jej ciała. Gdyby nie
Harry i Mafoy, to ten padalec z całą pewnością „wprowadziłby swoje fantazje w
życie”. I skąd ma mieć pewność, że ta sytuacja się nie powtórzy? Na samą myśl o
tym, że będzie zmuszona mijać Cormaca na korytarzach ministerstwa albo że on
znów…
Ukryła twarz w mokrych dłoniach, a jej ciałem wstrząsnął
cichy szloch, który przerodził się w przeciągły, głośny płacz. Długo tłamszone
uczucia uderzyły w nią ze zdwojoną mocą, lecz tym razem nie próbowała spychać
ich na dno swojej podświadomości. Zbyt wiele nieposkładanych emocji paliło ją
od środka, żeby mogła je zignorować. Zupełnie tak jakby pękła w niej tama.
Wyszła z wanny dopiero wtedy, gdy woda zrobiła się zimna, a
jej ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Wciągnęła na siebie szare spodnie
dresowe i wyciągnięty, gruby, biały sweter. Związała mokre, rozczochrane włosy
w niedbałego koka i wciągnęła na nogi wełniane skarpety. Drgnęła, słysząc
dzwonek do drzwi, lecz nie ruszyła się z miejsca. Po trzecim sygnale wdrapała
się na łóżko i zwinęła w kłębek, ignorując dobijanie się intruza do drzwi. Nie
miała nastroju na dotrzymywanie komuś towarzystwa. Ten jeden dzień chciała być
egoistką, topiącą się we własnym smutku i bólu. Zacisnęła z całych sił powieki
i usilnie starała się nie myśleć o tym, że ktoś w tej chwili próbuje wyważyć
jej drzwi. W głowie niczym mantrę powtarzała w kółko „niech sobie pójdzie”.
Długi płacz wyczerpał jej siły i wywołał tępe pulsowanie w głowie. Marzyła o
tym, żeby w końcu zasnąć, lecz sen jak na złość nie chciał przyjść.
Jej serce stanęło, gdy na schodach usłyszała głuchy łoskot,
jak gdyby ktoś z nich spadł albo przewrócił coś ciężkiego. Najciszej jak
potrafiła zsunęła się z łóżka i na zdrętwiałych nogach podeszła do drzwi.
Wyciągnęła różdżkę gotowa rzucić zaklęcie, gdy tylko te się otworzą. I widząc
opuszczoną klamkę już otwierała usta, lecz wtedy usłyszała znajomy głos
„mogłabyś uważać jak leziesz? Za chwilę znowu mnie podepczesz”. Zaskoczona
zamrugała dwa razy, jakby upewniając się, czy nie ma omamów, a następnie
machnęła różdżką zapalając światło i oślepiając dwie wchodzące do środka
kobiety.
- Parkinson, ty…
- Tym razem nic nie zrobiłam!
- To samo mówiłaś, gdy zepchnęłaś mnie ze schodów, niezdaro!
- To było niechcący! Wyślizgnęły mi się lody i…
- Niechcący to ja mogę ci zaraz coś zrobić – syknęła
rudowłosa i wyrwała z rąk kobiety podartą, papierową torebkę, którą tamta
obejmowała, aby nie wysypały się z niej zakupy.
- Wpędzisz mnie kiedyś w obłęd – poskarżyła się brunetka,
robiąc nadąsaną minę.
- Nie martw się, postaram się, żebyś miała dobrą opiekę
psychiatryczną – zapewniła z przekąsem Ginny i uśmiechnęła się do kobiety
słodko.
- Ginny, Pansy, co wy tu robicie? – Zapytała Hermiona na
wpół rozbawiona, na wpół zirytowana zachowaniem kobiet, czym przypomniała im o
swojej obecności.
Te jak na komendę spojrzały na nią, a na ich zaciętych
minach pojawiła się ulga.
- Na Merlina, Hermiona… - wyszeptała Ginny, przytulając
mocno przyjaciółkę. – Tak się martwiłyśmy…
- Oj dobra odsuń się, bo ja też chciałam się przywitać –
warknęła Pansy i odepchnęła rudowłosą, po czym sama zamknęła szatynkę w
niedźwiedzim uścisku. – Jesteśmy twoją grupą wsparcia, czy kogokolwiek tam
teraz potrzebujesz – zaznaczyła łagodnie Parkinson i jeszcze mocniej przytuliła
kobietę.
Hermiona zmarszczyła czoło i posłała pytające spojrzenie w
stronę rozmasowującej sobie ramię Ginny.
- Harry powiedział, że na pewno będziesz nas potrzebować
więc jesteśmy – wyjaśniła Weasley uśmiechając się ciepło, a Hermiona delikatnie
wyswobodziła się z uścisku brunetki.
- Nie jesteś sama, Herm – przytaknęła Pansy, po czym
podeszła do Ginny i odebrała od niej torbę. – Idę do kuchni, żeby to wyłożyć, a
was widzę za pięć minut w salonie – dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Pansy naprawdę…
- Macie pięć minut, inaczej zacznę jeść bez was – zagroziła
dobitnie, piorunując obie przyjaciółki wzrokiem.
- Pod warunkiem, że doniesiesz wszystko w całości do kuchni
– zakpiła Ginny, na co brunetka prychnęła wyniośle i z wysoko uniesioną głową
ruszyła w stronę wyjścia z sypialni.
- Byłaś u rodziców? – Zaczęła rudowłosa, gdy zostały same w
pokoju.
- Pomyślałam, że tam lepiej się poczuje – wyjaśniła
szatynka, uśmiechając się smutno.
- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? – Zapytała delikatnie,
patrząc z troską na kobietę, na co ta wzruszyła ramionami z przepraszającą
miną.
- Cieszę się, że tu jesteście.
- Podziękuj Harry’emu. Ten facet…
Jej dalsze słowa zostały zagłuszone przez donośny huk i
soczyste przekleństwo z dołu. Przyjaciółki wymieniły się porozumiewawczymi
spojrzeniami i zaniosły głośnym śmiechem, gdy dobiegł je zduszony pisk
Parkinson.
- Sierota… - westchnęła rudowłosa, załamując ręce.
- Lepiej sprawdźmy, co z nią – zaproponowała Hermiona,
starając się opanować śmiech, a Ginny skinęła głową na znak zgody.
***
Czerwony, delikatny aksamit jej szaty ceremonialnej unosił
się na czarnej tafli jeziora, znajdującego się w podziemiach więzienia Alcatraz.
Czuła dotkliwe zimno, przenikające do kości i wywołujące gęsią skórkę na jej
ciele. Ignorując doznawane bodźce, zrobiła kolejny krok w stronę środka wodnego
akwenu. Zacisnęła zęby, chcąc powstrzymać ich dzwonienie. Im bliżej centrum
jeziora się znajdowała, tym większe wstrząsały nią dreszcze. Gdy wreszcie się
zatrzymała, praktycznie nie czuła swoich kończyn. Spojrzeniem dała znak
Ollivanderowi, żeby rozpoczął rytuał. Mężczyzna odwzajemnił gest i szurając po
błotnistym podłożu swoją wykończoną złotymi szwami, białą szatą, otworzył
drewnianą, podłużną skrzynie i wyciągnął z niej złoty sztylet, na rączce
którego, jak wiedziała, wyryta była rubinowa róża, symbol Zakonu. Mistrz
ceremonii włożył ostrze do jednej z dwunastu rozstawionych dookoła jeziora
pochodni, a następnie z twarzą pozbawioną emocji, podszedł do pierwszego z
dwunastu kamiennych słupów, do których przywiązani byli wybrani przez nią
więźniowie Alcatraz. Biedni, naiwni głupcy. Nie dziwiła się, że Voldemortowi
udawało się sprawnie nimi manipulować. Myśleli, że zostali wybrani i otrzymają
moc posługiwania się magią bezróżdżkową. Niedoczekanie ich. Co najwyżej zasilą
jej armię inferiusów. Wytnie ich co do ostatniego Śmierciożercy i przejmie ich
moc.
Jej sine z zimna usta drgnęły z podniecenia, gdy Ollivander
uniósł kielich z jej krwią. Mężczyzna wypowiedział inkantację, kreśląc runę
nieskończoności na czole pierwszej z ofiar, po czym poderżnął jej gardło.
Śmierciożerca w drgawkach zaczął krztusić się własną krwią, która obficie
spływała po jego ciele do wody jeziora. Zdrętwiałymi palcami odpięła własny
sztylet od paska sukni. W chwili, gdy Garric poświęcił ostatnią z ofiar,
rozcięła sobie oba nadgarstki i zaczęła nucić pod nosem inkantację zaklęcia.
- Et affer ad me magicis sanguis
justificationum. Ignis me secundum magnam misericordiam tuam sanguinem magicae,
absorbet aqua potestatem. Adduc, vim magicam. Ego haec, et munera. Butan þæt cwalu. Hrðe þon aidlian. Hrðe þon
eðian. Bot ond tile. Cnihtas Medhires, éower sáwla sind min sáwla. Onwic and
cóm hér eft. Rid eft ond forsliehð eft.
Zimno nieco zmniejszyło ból, lecz w tym momencie kobieta nie
zwracała już na nic uwagi. Strużki krwi ofiar leniwie płynęły w jej stronę,
jakby przyciągane przez jakąś siłę. Wraz ze zbliżającą się krwią, zbliżał się również
prąd intensywnego ciepła. Stała tam, chłonąc z rozkoszą nowe doznania i nie
przerywając inkantacji. Wokół niej zaczął tworzyć się spiralny wir powietrza,
który z każdym kolejnym słowem czarownicy przybierał na sile.
- Et affer ad me magicis sanguis
justificationum! Ignis me secundum magnam misericordiam tuam sanguinem magicae,
absorbet aqua potestatem! Adduc, vim magicam! Ego haec, et munera! Butan þæt cwalu! Hrðe þon aidlian! Hrðe þon
eðian! Bot ond tile! Cnihtas Medhires, éower sáwla sind min sáwla! Onwic and
cóm hér eft. Rid eft ond forsliehð eft!
Jej melodyjny szept przerodził się
teraz w zwielokrotniony echem krzyk, odbijający się od ścian groty. Rany na
nadgarstkach zapiekły ostrzegawczo, jakby sygnalizowały dopiero nadchodzący
prawdziwy ból, który w momencie uderzenia w kobietę prawie zwalił ją z nóg.
Zachłysnęła się powietrzem, przerywając na chwilę inkantowanie, a jej oczy
zaszły łzami. Zacisnęła dłonie w pięści i walcząc z druzgocącym bólem, siłą
woli zmusiła się do powolnego cedzenia słów przez zaciśnięte zęby. Kilkakrotnie
zachwiała się na nogach i robiła dłuższe pauzy, aby stłumić jęk. Nie wiedziała,
ile jeszcze będzie w stanie wytrzymać. To doznanie było zbyt intensywne, aby
mogła je przyjąć. Powoli opadała z sił, a jej oczy zachodziły mgłą, więc
zacisnęła je mocno, nie chcąc poddać się zmęczeniu. Otworzyła je w momencie,
gdy wokół niej wyrosła ściana ognia, zamykająca ją w ciasnym kręgu. Chwilę
później runa na czole zapiekła, zwalając ją ostatecznie z nóg. Woda wdarła się brutalnie
do jej ust, zalewając płuca. Ogarnięta paniką wierzgała nogami i rękoma, lecz
wir, jaki utworzył się w jeziorze, był zbyt silny, aby mogła utrzymać się na
powierzchni. W myślach przeklinała Ollivandera. Przecież powinna przewidzieć,
że mężczyzna tak łatwo jej nie ulegnie i spróbuje ją zabić. Nie wiedziała, że
jest na tyle głupi, by ryzykować życiem swojej córki. Jeżeli przeżyje, ten
starzec gorzko pożałuje swojej zdrady. Już ona tego osobiście dopilnuje.
Nagle tak szybko jak wszystko się
zaczęło, tak szybko się skończyło. Uczucie ciężkości i niemocy ustąpiło, a
magiczny wir zniknął, wypuszczając ją ze śmiertelnej pułapki. Odsunęła z twarzy
mokre włosy, krztusząc się i plując wodą, gdy jej płuca łapczywie walczyły o każdy
kolejny oddech. Wciąż ciężko oddychając, rozejrzała się dookoła i dopiero wtedy
to ujrzała. Głębokie jezioro, w którym jeszcze przed chwilą o mało się nie
utopiła, teraz przypominało kałużę na dnie wysuszonego koryta. W powietrzu
unosił się mdlący, słodkawy odór spalonego ludzkiego ciała, a po ofiarach nie
było nawet śladu. Ciężko oddychając, na wciąż drżących nogach ruszyła w stronę
kamiennego postumentu, gdzie czekał na nią blady jak kreda Ollivander. Mokry
materiał szaty przykleił jej się do skóry i krępował ruchy, a z ciała skapywały
kropelki wody. Pokonując ostatni odcinek stanęła przed starcem, a przez jej
umysł przewinęły się dziesiątki tortur, jakimi podda tego zdrajcę. Nim jednak
otworzyła usta, mężczyzna niepewnie chwycił jej nadgarstki, odwracając je
wewnętrzną stroną. Jego oczy rozszerzyły się z niedowierzania, gdy po rozcięciach
nie było nawet blizny.
- To niemożliwe… - wyszeptał,
przejeżdżając zafascynowany po jednym z nadgarstków.
- Że przeżyłam? – Wycedziła przez
zaciśnięte zęby i wyrwała dłonie z jego uścisku.
Mężczyzna podniósł na nią swoje
ogromne, bladoniebieskie oczy i niepewnie skinął głową.
- Nigdy wcześniej nie widziałem
czegoś takiego…Próbowałem ci pomóc, ale ogień odciął mi dostęp do ciebie, a
potem zniknęłaś pod wodą – wykrztusił wciąż wstrząśnięty tym, co widział. - Rozpętaliśmy
piekło, nad którym straciliśmy panowanie.
Eva przyjrzała się uważnie mężczyźnie, szukając oznak
fałszu. Nie ufała mu. Tym razem jednak była pewna, że starzec mówił prawdę.
- Udało się?
To pytanie nurtowało ją od momentu, gdy magiczny wir porwał
ją pod wodę. Nie wiedziała, czy powinna czuć się inaczej lub doszukiwać jakiś
zmian na swoim ciele. Poza faktem, że była niesamowicie wyczerpana i ledwo
utrzymywała się na nogach, nic się nie zmieniło.
- Nie wiem, moja pani. Ostatnim czarnoksiężnikiem, który
odprawiał ten rytuał był Grindelwald. Nikt po nim nie odważył się na coś
takiego – oznajmił z powagą Ollivander.
- Można to jakoś sprawdzić?
- Myślę, że teraz powinnaś odpocząć, Evo. Rytuał wyczerpał
twoje siły – zasugerował delikatnie, a ona niechętnie musiała przyznać mu
rację.
Skinęła głową i przyjęła ramię zaoferowane przez Garrica,
pozwalając aby poprowadził ich w stronę wyjścia. Niepewnie stawiała każdy krok
i zagryzała zęby, czując protest mięśni. Miała nadzieję, że nikt ich teraz nie
zobaczy. To mogłoby podkopać jej autorytet wśród skazańców. Zachęceni jej
chwilową niedyspozycją mogliby podjąć kolejną próbę buntu, a ona nie wiedziała,
czy w tym stanie byłaby zdolna go stłumić.
- Musisz się natychmiast położyć. Jesteś bardzo rozpalona –
niepokój w głosie mężczyzny prawie ją rozbawił.
Kto by pomyślał, że ten starzec będzie się o nią martwił.
Już formułowała w głowie stosowny komentarz, gdy wielkie wrota otworzyły się z
głośnym zgrzytem, a do środka ze zdeterminowaną miną wkroczył Oliwer. Na widok
kobiety w jego oczach pojawił się strach. W kilku krokach znalazł się przy niej
i otoczył ramieniem.
- Eva, na Merlina! Odchodziłem od zmysłów! Co się stało? –
głos mężczyzny przepełniony był troską i uczuciem, które na co dzień starannie
ukrywał przed światem.
Generał zdjął swoją pelerynę i owinął nią czarownicę, a
następnie zamknął w żelaznym uścisku. Musnął ustami jej czoło, przymykając
powieki i ignorując obecność Ollivandera. Eva z ulgą przytuliła się do
mężczyzny, chłonąc jego ciepło i znajomy zapach. Najwidoczniej również jej
organizm uznał, że jest bezpieczny, bo w jednej chwili nogi odmówiły jej
posłuszeństwa i ugięły się pod ciężarem ciała. Oliwer nie pozwolił jej jednak
upaść i wziął ją na ręce. Uśmiechnęła się delikatnie i wtuliła twarz w
zagłębieniu jego szyi. Była bezpieczna. Oliwer tu był i mogła wreszcie
odpocząć.
***
CZYTASZ
= KOMENTUJESZ
***
CZYTASZ
= KOMENTUJESZ
Aaa super rozdział! Mam jednak małą uwage... ZA KRÓTKO :p Chcialabym wiedzieć co będzie dalej już teraz:) czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. Aby tak dalej- umiesz trzymać czytelnika w napięciu:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Patrycja
Dziękuję;* 13 stron i za krótko? :O Brak mi słów na Twoją ciekawość;p Staram się i jest mi miło, że tak to odbierasz;)
UsuńPozdrawiam ciepło,
V.
Ty mi dziękujesz? To ja Ci powinnam podziękować za te wszystkie "Kolejny facet? Szalona kobieto!" :DDD
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału to hm... no tak, po pierwsze to oczywiście intryga dalej się kręci i jestem bardzo ciekawa jak potoczy się dalej cała akcja związana z Evą. Wiadoma rzecz, że również nie mogę się doczekać, aż stosunki między Malfoyem i Hermioną w końcu się zacieśnią (tak, tak, to ja, zwolenniczka romansów rozpoczynających się w pierwszym rozdziale!) no i jestem ciekawa jak Hermiona powie o tym Wiktorowi. Btw, czy jej rodzice naprawdę w ogóle nie akceptują Kruma, że Jane zaczęła tak podgadywać swoją córeczkę :>
No nic, czekamy na kolejny rozdział :DD
A ja niedługo zaczyyyynaaam feeerieee... (tygodniowe, ale zawsze, nie?)
Tak, bo jest za co;) Masz do mnie więcej cierpliwości niż mój kot;p Oj tam, nie ma o czym mówić naprawdę;) Cała przyjemność po mojej stronie;D
UsuńPracuję nad ich stosunkami;p A skąd pomysł, że powie?;> Przecież to by oznaczało koniec ich związku...a ja mam w stosunku do nich pewne plany;> Krum ma do odegrania swoją rolę;p Ano naprawdę...widocznie mają powód;p
Paskuda jesteś, że ciągle mi przypominasz, że Twoje ferię bd jeszcze trwać podczas gdy ja bd musiała już ciężko pracować na zajęciach;D
Oooo to mówisz, że Krum zaatakuje Malfoya i cięzko go pobije jak się dowie o tym romansie? :>
UsuńNo to jestem bardzo ale to bardzo ciekawa co się wydarzy. skoro masz takie "plany" względem nich :D
Nie podpuszczaj mnie;p I tak nic Ci nie powiem;D Dowiesz się przy następnej notce....a przedsmak dostaniesz w następnym rozdziale... chyba, że zmieni mi się koncepcja;p I uwierz mi na słowo - bd pikantnie;>
UsuńNie zmieni Ci się żadna koncepcja, jasne? :P
UsuńTyranizujesz mnie;p
UsuńTaka już jestem, nic nie poradzisz :D
UsuńA to się zobaczy;p pracuję nad Tobą szalona kobieto;D
UsuńHej Vill.:)
OdpowiedzUsuńRozdział niesamowity.:)
Lubię zdenerwowaną, ironiczną Hermionę i Draco, który "gryzie" się w język.:P
Oni są tacy słodcy.:P
Nie powiem nic nadzwyczajnego w tym, że mama Hermiony ma rację. Bo ma!.:) W ogóle świetna z niej kobietka.:P Dobrze, że nie Kruma. Mamy coś wspólnego.:P
Tak jak Face jestem zaciekawiona tą całą Evą i tą jej historią.:p
Ajć, czekam na więcej dramionowych scenek.:P
Czytając o Pansy, czułam jakbyś pisała o mnie.:D Taka sama niezdara.:P
Fajnie, że Hermiśka ma takie przyjaciółki.:)
No to chyba na tyle.:)
Z niecierpliwością czekam na kolejny.:)
Pozdrawiam,
la_tua_cantante_
Hej kochanie;)
UsuńDziękuję;)
Też ją lubię;p Dużo łatwiej jest mi przedstawiać Hermionę w tej zołzowatej odsłonie, niż jako słodką, uległą dziewczynkę - ciekawe dlaczego;p Nie mniej jednak chciałabym ją pokazać z różnych stron, również i tych niekanonicznych. Na swoją obronę powiem tylko tyle, że nigdy nie zaznaczałam, że to opowiadanie bd wierną kontynuacją kanonu. Dlatego jeżeli słyszę zarzut, że Hermiona odbiega od swojego pierwowzoru, to zastanawiam się, jak mam to rozumieć? Bo jaki jest ten pierwowzór? Co tak naprawdę wiemy o Hermionie Granger? Rowling pokazała nam jej silniejszą część osobowości i nie polemizuję z tym. Wydaje mi się jednak, że umyka nam pewien szczegół. Hermiona jest przede wszystkim człowiekiem. Ma wobec tego prawo do słabości, wątpliwości i błądzenia. Cudowną właściwością ludzi jest to, że mogą się oni rozwijać. Wraz z nowymi doświadczeniami ewoluuje również charakter postaci. Moja Hermiona nie jest tylko genialnym cyborgiem od zadań specjalnych, jest również wrażliwą kobietą, która w swoim życiu bardzo wiele przeszła. Rowling przedstawiła ją jako inteligentną, przemądrzałą, silną, ambitną, empatyczną, odważną, znającą swoją wartość dziewczynę. Nie odbieram jej tych cech. Chcę tylko pokazać, że jest druga strona medalu:)
Cieszę się, że moja kreacja Jane przypadła Ci do gustu;) No cóż...zdziwiłabym się, gdybyś napisała, że nie zgadzasz się z nią;p
Co do Evy...Ucieszy Cię zapewne fakt, że od teraz nie bd już mieszać i plątać, a zaczną skrupulatnie rozsupływać węzeł pt: "Eva". Już wkrótce dowiecie się kim tak naprawdę jest i co nią kieruje. Zastanawiam się, jak zareagujecie, gdy poznacie jej tożsamość...A może macie już jakieś domysły?;>
O Tobie?;D Nie przejmuj się. Może i niezdara, ale za to jaka urocza;)
Uznałam, że warto skupić się na ich relacjach. Przyjaciele, a zwłaszcza ci prawdziwi, odgrywają w naszym życiu ogromną rolę. Są gdy jesteśmy szczęśliwi, ale i wtedy gdy cały nasz świat się rozsypuje. Nie potrzebują zaproszenia, czy zgody, aby uczestniczyć w swoim życiu nawzajem.
zrobię, co w mojej mocy, aby rozdział pojawił się jak najszybciej;)
Pozdrawiam,
V.
w końcu rozdział, w końcu rozdział! tyle czekałam no ale jest jest! i jak zawsze nie zawiodłam się :) rozdział oczywiście bardzo mi się spodobał :D mama Hermi to ma jednak nosa do facetów a sama Hermiona mogłaby się jej posłuchać! ich rozmowa naprawdę rozbawiła mnie :D tak samo jak Pansy i Ginny! a prośba Hermiony do Dracona po prostu awwwww <3 czekam na następny :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam, Anna! ;*
Ania;) Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszy mnie Twój komentarz. Jesteś i nie zostawiłaś mnie mimo oceny i długiej nieobecności...Bałam się, że zrezygnowałaś z dalszego czytania. Dziękuję;*
UsuńCieszę się, że Ci się podobało;) Staram się przemycić trochę humoru póki fabuła na to pozwala, żeby opowiadanie nie było zbyt ponure. Też zawsze czekam na Twoje komentarze z niecierpliwością;)
Ściskam,
V.
prze nigdy bym nie zostawiła Ciebie i opowiadania! a ocena kogoś innego napewno na mnie by nie wpłyneła bo gdy ją czytałam to robiło mi się niedobrze jak widziałam jakie głupoty były tam wypisane! jak dla mnie to opowiadanie jest idealne a opinia innej osoby mnie kompletnie nie obchodzi! :) jeszcze raz pozdrawiam serdecznie ;*
UsuńAnna
Dziękuję;* To bardzo wiele dla mnie znaczy;)
UsuńOch nareszcie nowy rozdział, widziałam już wcześniej, że napisałaś, ale czekałam do końca sesjii, aby móc się nim cieszyć w spokoju;D Rozdział świetny, zresztą jak zawsze;) podobała mi się rozmowa Hermiony z mamą, fajna babka z tej Jane;) Wejście Ginny i Pansy, niczym wejście smoka...;D i wreszcie Eva... nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału;) cieszę się, że wreszcie wróciłaś;) Pozdrawiam, Justyna;*
OdpowiedzUsuńNajważniejsze, że jesteś;) Dobrze wiesz, że liczę się z Twoim zdaniem. Mam nadzieję, że sesja zakończona sukcesem?;)
UsuńDziękuję;*
Bałam się, że może znowu coś przerysowałam...
Też cieszę się, że wróciłam;) Bałam się, ale Wasze przyjęcie jest tak ciepłe, że aż brak mi słów.
Pozdrawiam serdecznie,
V.
Oj tak, na całe szczęście sukcesem;D Nic nie przerysowałaś, proporcje jak zwykle idealne;) Jak widać, nie było się czego bać;) Więcej wiary w swoje możliwości;) A tak a propos notki, przeczytałam ją sobie jeszcze raz i stwierdzam, że Pansy fajnie pasuje do Hermiony i Ginny;) Tworzą razem fajne trio;) dobrze, że tym razem jest postacią pozytywną;) Pozdrawiam, Justyna;)
OdpowiedzUsuńGratuluję!;D
UsuńOj było i w dalszym ciągu jest...straciłam wielu czytelników dlatego nawet nie wiesz jak cieszy mnie fakt, że Ci najwierniejsi w dalszym ciągu mnie wspierają...
Staram się wierzyć...pracuję nad tym ale to trudne;)
Każda z nich jest inna a jednak się przyjaźnią- jedność w różnorodności- to właśnie chciałam pokazać;) Brawa za spostrzegawczość;)
Heh...polubiłam ją w poprzednim opowiadaniu i chyba dlatego teraz jest bohaterem pozytywnym;)
Ściskam,
V;*
A dziękuję;D no cóż, jeśli wcześniej czytali i się im podobało, a ich zdanie zmieniła czyjaś ocena, to nie wiem, czy powinnaś ich żałować;) to tak trochę jakby nie mieli swojego zdania;) A jeśli o trójkę przyjaciółek chodzi, to ta ich różność jest właśnie świetna;) Ja też polubiłam Pansy z poprzedniego opowiadania, dlatego cieszę się, że teraz może wzbudzać tylko pozytywne wibracje;) Również ściskam, Justyna;*
UsuńJedno słowo wystarczyłoby by opisać ten rozdział: CUDO!
OdpowiedzUsuńNaprawdę, uwielbiam to, jak piszesz. Aż zrobiłam sobie krótką listę moich ulubionych fragmentów :)
,,Długo tłamszone uczucia uderzyły w nią ze zdwojoną mocą, lecz tym razem nie próbowała spychać ich na dno swojej podświadomości" - pięknie ujęte. Głębokie i życiowe.
,,Miliardy błyszczących, rozsianych punkcików, układających się w mozaikę odległych konstelacji przypominały srebrny brokat rozsypany na granatowym, atłasowym materiale." - uwielbiam takie opisy! Takie delikatne :)
Pięknie :)
Dziękuję!;*
UsuńTo bardzo wiele dla mnie znaczy.
Cieszę się, że Ci się podoba. Staram się, żeby wszystkie opisy były zjadliwe i lekkostrawne dlatego tym bardziej czuje się szczęśliwa, że je doceniłaś;)
Każdy komentarz czytam z wypiekami na twarzy po kilka razy i nie mogę uwierzyć, że Wam się podoba...:)
Ściskam,
V.
świetne opowiadanie, przeczytałam całe z zapartym tchem i jestem pod wrażeniem... wymyśliłaś naprawdę ciekawą i oryginalną historię, czekam na więcej
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za opinię;) Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną do końca i nie zawiedziesz się rozwojem akcji;)
UsuńPozdrawiam serdecznie,
V.
Hmm...co ja bym tu miała napisać...fantastycznie?cudownie? to banalne....
OdpowiedzUsuńZ każdym rozdziałem co raz ciężej mi jest cokolwiek napisać! ;D Nie ma takich słów, które opiszą Twój talent! I ten mrok i tajemnica, które wiążą się z Evą...Czekam na kolejny rozdział!
Chciałabym, żebyś zawsze była taka kochana;D
UsuńDziękuję<3
Ta Eva to naprawdę demoniczna baba jakich mało ;P Pewnie gorsza niż Voldemort ;P
OdpowiedzUsuńGinny i Pansy są genialne, świetne z nich przyjaciółki, mimo ich charakterków, dobrze, że odwiedziły Hermionę, po czymś takim człowiek różnie reaguje. No i niech ten Krum wreszcie wraca, co on tam robi tyle czasu? ;P Jak mu tak zależy na niej to niech do niej przyjedzie a nie tylko za piłeczkami się ugania ;P
Cudowna scena z Draco ;) Mimo, że moim faworytem jest oczywiście Wiktor, to w tej scenie Malfoy był po prostu cudowny, taki słodki ... Hermiona zresztą również ;P Fantastycznie dokonujesz przejścia pomiędzy ich nienawiścią, a kolejnymi etapami znajomości aż do miłości, nie ma ani pośpiechu, ani rozwlekania, bardzo płynnie to wygląda, masz niesamowite wyczucie.
Mam taką nadzieję;p
UsuńWłaśnie to chciałam pokazać- mimo, że inne tworzą piękną całość;)
I jak tu nie rozumieć Granger, prawda?;p
Cieszę się, że Ci się podobało;)
Dziękuję po stokroć za wszystko!!!
Ściskam;*
Pansy i Ginny są przezabawne jak się przegadują. Eva bardzo mnie intryguje, z niecierpliwością czekam na rozwinięcie jej postaci. Genialny rozdział, jak zwykle zresztą, pozdrawiam! :)
OdpowiedzUsuńTrochę komizmu nigdy nie zaszkodzi;) Obiecuję, że się doczekasz;)
UsuńDziękuję!;)
Pozdrawiam ciepło;)
Czy mi się wydaje czy naprawdę wszyscy chcą na siłę łączyć Hermionę z Draconem? Najpierw Ginny, a teraz matka Hermiony. Przecież ona ma narzeczonego. Czy nikt się nie liczy z jego uczuciami?
OdpowiedzUsuńWięc Jason chce zabić ministra za pomocą magicznych pcheł. Masz poczucie humoru xD
Eva, Eva, Eva. Ta kobieta jest masakryczna. Tylko co będzie dalej.
Z wcięciami czytałoby się tekst o wiele lepiej.
Czasami bywa i tak. Jednak nic nie dzieje się bez przyczyny. Wiem, że póki co mało informacji przekazuję na ten temat, ale wszystko w swoim czasie.
UsuńGinny nie stara się jej z nim swatać. Odradza jej małżeństwo z Wiktorem, ale nie wpycha jej w jego ramiona.
To Jason jest ministrem. Kingsley piastuje urząd Szefa Aurorów;)
One tylko wyglądają jak pchły. Nie są nimi;)
Wiem...Niestety blogspot uważa inaczej. Powinnam to poprawić ręcznie. Przepraszam za tę niedogodność.
Przepraszam z tym Jasonem. Przeczytałam jeszcze raz i teraz wszystko sobie ułożyłam.
UsuńHmmm, u mnie wszystko umieszcza się dobrze. Masz wyjątkowo oporną wersję blogspota :)
Zazdroszczę:) Mnie niestety blogspot nie ułatwia życia w blogosferze. Teraz też ma chyba focha, bo moje nowe posty nie aktualizują się na listach czytelniczych u innych i dostaje maile, że są problemy z dodawaniem komentarzy. Staram się to naprawić, ale chyba z marnym skutkiem.
UsuńAkurat u mnie jest z tym podobnie. Czasami jak wpadam przez przypadek na linki moich czytelników, to u większości się regularnie aktualizują. Natomiast u niektórych ostatnia aktualizacja była z 7 miesięcy -_-. No cóż, blogspot jest i tak lepszy od Filmwebu.
UsuńNo nieźle jestem ciekawa jaką mocą teraz będzie dysponowała Eva.
OdpowiedzUsuńUwielbiam rodziców Hermiony są po prostu kochani :)
Eva to kobieta...wielu talentów- że tak powiem;p
UsuńCieszę się, że zdobyli Twoją sympatię;)
Dziękuję;)
pozdrawiam ciepło!
Bardzo podobało mi się pożegnanie Hermiony i Dracona. Wyszło tak... no po prostu super. Ten rytuał też mega. Uwielbiam takie klimaty, ciekawa tylko jestem, jakie będą jego następstwa.
OdpowiedzUsuńDziękuję;*
UsuńDowiesz się tego już wkrótce;)
Ściskam!
to było opublikowane rok temu ? :O omg czemu ja wcześniej tego opowiadania nie odkryłam ?
OdpowiedzUsuńjestem zawiedziona moją postacią >.<
co do rozdziału jak zwykle niezwykły :D :*
Czas tak szybko leci. W zasadzie minęły dwa lata od publikacji prologu, a ja mam wrażenie, jakby to było wczoraj:)
UsuńNajważniejsze, że jesteś:)
Dziękuję!
Super rozdział który mnie rozwalił psychicznie. Eva i jej tajemne rytuały. Rewelacja. Blackwell który musi Zabić Kingsleya. Jeszcze lepiej :D W ogóle cały rozdział super, hiper wyczepisty w kosmos :P Jak zwykle dużo weny oraz miłego wieczorku :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Ksenia Kobelak
Ślicznie dziękuję za ten pozytywny akcent;) To bardzo motywujące;)
UsuńPozdrawiam!;)
Cudowne opowiadanie! Nie myślałam, ze znajdę gdzieś jeszcze naprawdę DOBRE Dramione ale twoje przeszło moje najśmielsze oczekiwania!
OdpowiedzUsuńDziękuję;) To bardzo budujące i motywujące słowa. Mam nadzieję, że dalsza część Cię nie zawiedzie;)
UsuńO NIE! Wiedziałam że to była cisza przed burzą! Ciekawa jestem co wyniknie z tego rytuału..
OdpowiedzUsuńA Ginn i Pansy! ich relacje są boskie :D w życiu bym nie pomyslała o pansy jako niezdarnej kobiecie :D wiesz, czarownica czystej krwi, zawsze idealna itd :D a tu prosze :D nie przestajesz mnie zaskakiwać :D
Myślę, że to pewien schemat myślowy, wynikający z innych opowiadań. Czysta krew = arystokracja, dobre maniery, opanowanie, kultura itp. Nie oceniam;) Proponuję coś innego, nie lepszego, nie gorszego. Po prostu innego. To moja wersja Pansy:)
UsuńI mam nadzieję, że nie przestanę:)
Z taką grupą wsparcia wszystko zawsze musi być cudowne ❤
OdpowiedzUsuń