poniedziałek, 19 czerwca 2017

Rozdział XXXV "Cel uświęca środki"

Witajcie Kochani!

Dawno mnie tu nie było. Ostatnio wiele się dzieje i z niedowierzaniem patrzę w kalendarz. Czasami mam wrażenie, że czas sobie a ja sobie. W rezultacie tracę kontakt z czasoprzestrzenią i gubię się już w tych wszystkich datach. Całe szczęście, że istnieje coś takiego jak organizer;)
A jak Wam mijają dni? Mam nadzieję, że wypoczęliście przez długi weekend? ;)
Taak, wiem, znowu przynudzam, zamiast od razu przejść do meritum;) W końcu tyle czekaliście. O ile Was to pocieszy, kolejne dwa rozdziały są już prawie gotowe. Wymagają kilku szlifów, ale sądzę, że do daty publikacji będą gotowe (więcej informacji na ten temat w zakładce Sowia Poczta).
Mam nadzieję, że mimo mojej długiej nieobecności wciąż ze mną jesteście i ciągle mogę liczyć na Wasze wsparcie i komentarze?;)
To zapewne się okaże pod aktualnym rozdziałem. Dlatego już nie odwlekam tej chwili i zapraszam do czytania;)
Ściskam mocno,
Wasza V.


Rozdział XXXV „Cel uświęca środki”


Przekraczając próg mieszkania miała mieszane uczucia. Nie przypuszczała, że jeszcze tu wróci. Westchnęła cicho i rozejrzała się po przedpokoju. Wszystko wyglądało tak, jak tamtego dnia, gdy w pośpiechu wybiegła z mieszkania, by ratować Dracona. A przynajmniej prawie wszystko. Zarówno firanka, którą zerwali, jak i biały koszyczek z kwiatkiem od jej mamy znalazły się z powrotem na swoim miejscu. Objęła się ciasno ramionami i przymknęła powieki, gdy fala wspomnień zalała jej umysł. Silne ramiona zamknęły ją w opiekuńczym uścisku. Jej mięśnie rozluźniły się na moment. Draco przytulił ją mocno i pocałował w skroń. Od chwili, gdy się obudziła, nie opuścił jej na krok. Był niczym jej cień. Tarcza, gotowa przyjąć na siebie każdy cios, byleby zapewnić jej bezpieczeństwo. Odwzajemniła uścisk i wtuliła się ufnie w ramiona mężczyzny, chłonąc jego ciepło i zapach.
- Wszystko ok? – Zapytał cicho, nie wypuszczając jej z ramion i opierając podbródek na czubku jej głowy.
Nie wiedząc jak ubrać swoje myśli i uczucia w słowa, jedynie pokiwała w milczeniu głową. Przymknęła powieki, opierając się o tors mężczyzny i zacisnęła dłonie na obejmujących ją przedramionach. Była wdzięczna Draconowi za jego milczącą obecność i wsparcie. Ostatnim, czego jej było teraz trzeba, to przesłuchanie i nieudolne próby skłonienia do zwierzeń.
- Zostaniesz ze mną? – Zapytała niepewnie, mając nadzieję, że obecność mężczyzny odgoni wszystkie demony przeszłości nękające jej wycieńczony umysł.
Draco odwrócił ją w swoją stronę i położył dłoń na jej policzku, skłaniając by na niego spojrzała. Wstydziła się swojej słabości. Tak bardzo chciała być teraz dzielna. Niestety nie potrafiła. Wciąż czuła strach. Lęk ten wypełniał wszystkie zakamarki jej ciała. Zakorzenił się w niej głęboko i wiedziała, że potrzebuje dużo czasu, by go oswoić i wrócić do normalności.
Spojrzała niepewnie na mężczyznę. Patrzył na nią z tak wielkim oddaniem, że w tej chwili nie musiał nic mówić. Wiedziała, że zostanie przy niej.
- Zawsze – zapewnił z delikatnym uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.
Odwzajemniła uśmiech, czując ogromną ulgę i chwilę później z powrotem zatonęła w jego opiekuńczych ramionach. Przylgnęła do niego i przymknęła powieki opierając policzek na torsie mężczyzny. Jego miarowy oddech i rytmiczne bicie serca uspokajały ją. Były najpiękniejszą melodią, jaką znała.
- Kocham cię – wyznała cicho i uśmiechnęła się, czując jak w odpowiedzi Draco wstrzymuje oddech.
- Ja ciebie też – westchnął, przytulając mocniej i pocałował w czubek głowy. – Bardziej niż jestem w stanie wyrazić – dodał szeptem, zaciskając palce na jej plecach.
Jej uśmiech poszerzył się mimowolnie. Miała wrażenie, że przygoda z Evą wiele zmieniła w ich stosunkach. Całe zło, którego doświadczyli, zbliżyło ich do siebie. W jakiś nieokreślony sposób czuła, że stali się silniejsi. I nie chodziło tu wyłącznie o uczucie, jakim siebie darzyli. To było coś więcej. Coś, co czuła, a czego nie potrafiła zdefiniować. Brzmiało to irracjonalnie, lecz w tej chwili Hermionie to nie przeszkadzało. Nie chciała niczego analizować i zmieniać. Nawet, jeśli w przyszłości miałaby spłonąć za tą miłość, to nie miała zamiaru się wycofać.
- Hermionka?
Wstrzymała oddech i zastygła w ramionach mężczyzny, słysząc głos, którego myślała już nigdy nie usłyszeć.
- Kochanie…
Odwróciła się, a na widok łez w oczach swojej mamy, wszystko w niej pękło.
- Mamo… - urwała, czując jak głos odmawia jej posłuszeństwa.
W następnej chwili zatonęła w czułym, matczynym uścisku. Nie potrafiła dłużej panować nad sobą. Fala emocji, jaka w nią uderzyła, zburzyła misternie zbudowaną tamę, za którą chowała się od tak dawna. Jane uśmiechała się przez łzy i tuliła swoje jedyne dziecko.
- Córeczko…
Hermiona podniosła wzrok wprost na bladą, poruszoną twarz swojego taty, który wyglądał, jakby miał stan przedzawałowy. Uśmiechnęła się przez łzy i wyciągnęła dłoń w jego kierunku. W następnej chwili cała rodzina tonęła w czułym uścisku, ciesząc się swoja bliskością.
- Draconie – zdławiony głos jej matki, odwrócił jej uwagę od rodziców i odwróciła się w kierunku mężczyzny.
Draco stał w progu kuchni, zamierzając najwidoczniej dać rodzinie chwilę prywatności, by nacieszyła się sobą. Mężczyzna odwrócił się w kierunku Jane, patrząc na nią z uprzejmym zainteresowaniem.
- Oddałeś nam naszą córkę. Nigdy ci się nie odwdzięczymy – powiedziała głosem, nabrzmiałym od emocji, stając naprzeciwko blondyna. – Dziękujemy ci – dodała, zerkając na męża, który na potwierdzenie jej słów mocniej przytulił córkę i skinął wzruszony głową.
Draco wyglądał na zaskoczonego. Skinął głową i uśmiechnął się niepewnie do jej matki, na co ta zaniosła się kolejną falą płaczu i nie dając mu czasu na reakcję, przytuliła mocno.
Hermiona uśmiechnęła się, obserwując tę scenę i oparła się na ramieniu ojca, doskonale wiedząc, że wylewność jej matki, najzwyczajniej krępuje mężczyznę. Draco był powściągliwy w okazywaniu emocji. Nie przywykł do wdzięczności ze strony obcych ludzi, dlatego na początku zastygł niczym spetryfikowany, gdy Jane uwiesiła się na jego szyi, nie wiedząc nawet, jaką burzę wywołała w jego głowie. W końcu, po długiej chwili wahania, Draco nieporadnie odwzajemnił uścisk kobiety i uśmiechnął się delikatnie.
Hermiona spojrzała na swojego tatę i napotkała jego zaszklony wzrok, w którym tliła się iskierka rozbawienia. Wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami i jej tata skinął głową, całując ją w czoło.
- Jane – upomniał delikatnie żonę i pani Granger w końcu odsunęła się od Dracona.
Była zapłakana, lecz uśmiech nie schodził jej z ust. Ostatni raz spojrzała z wdzięcznością na młodego Malfoya i nim ktokolwiek ją powstrzymał, zamknęła jego twarz w swoich dłoniach i pocałowała go w policzek. Mina Dracona była tak bezcenna, że Hermiona nie była w stanie zachować powagi. Słysząc jej śmiech, blondyn spojrzał na nią z pobłażaniem, starając się nie pokazać, jak niewinny gest wdzięczności jej rodzicielki wytrącił go z równowagi. Pan Granger podszedł do mężczyzny i położył dłoń na jego ramieniu, jednocześnie ratując go przed kolejną falą czułości ze strony swojej żony.
- Zwróciłeś nam świat. Dziękuję – powiedział z powagą i wyciągnął dłoń w kierunku blondyna.
Draco szybko wziął się w garść i uścisnął dłoń starszego mężczyzny. Hermiona z rozbawieniem zauważyła, że dużo lepiej radzi sobie z męską wdzięcznością. Postanowiła jednak zachować tą informację dla siebie. Jej matka ponownie zalała się łzami i pan Granger przytulił ją szepcząc pocieszające słowa. Hermiona wykorzystała ten moment i podeszła do Dracona.
- Byłeś bardzo dzielny – powiedziała przekornym tonem, ujmując jego przedramię, a widząc jak mruży oczy i walczy z uśmiechem, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
Draco westchnął ciężko i pokręcił głową. Bez słowa ujął jej dłoń spoczywającą na jego barku i pocałował ją, a następnie splótł ze sobą ich palce. Uśmiechnęła się, obserwując jego poczynania i pozorny spokój. Miała wrażenie, że coś go trapi. Nie pokazywał tego, zapewne nie chcąc jej martwić. Dodatkowo pewnie chciał sam rozwiązać swój problem i łudził się, że ona niczego nie zauważy. Nie wiedziała, czy jego ślizgoński upór bardziej ją bawi, czy irytuje. Wiedziała natomiast na pewno, że nie zostawi go z tym samego.
- Draco? – Zaczęła, starając się złapać jego spojrzenie, co przy różnicy ich wzrostu nie było wcale takie łatwe.
- Później – uciął stanowczo i by złagodzić ton wypowiedzi, uśmiechnął się delikatnie.
Ściągnęła brwi, przyglądając się mu uważniej. Widząc jej minę, położył dłoń na jej policzku i spojrzał prosto w oczy z szelmowskim uśmiechem.
- Naciesz się rodzicami – wyjaśnił z nutą nostalgii i musnął kciukiem jej kość policzkową. – Zrobię kawę – oznajmił, gdy Hermiona ujęła jego nadgarstek i otworzyła usta, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć.
Ostatecznie szatynka westchnęła tylko ciężko i skinęła głową. Draco posłał jej łobuzerski uśmiech i ruszył do kuchni. Odprowadziła go zatroskanym spojrzeniem. Drgnęła, czując dłoń taty na ramieniu. Mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem, zupełnie jakby znał jej myśli.
- Nie naciskaj – poradził jej ze stoickim spokojem, na co uniosła brwi.
- Słyszałeś?
- Nie muszę podsłuchiwać, żeby wiedzieć, co dzieje się w twojej głowie. Znam tą minę od ponad dwudziestu lat – zaśmiał się, targając jej włosy.
- Już prawie zapomniałam, jak za tym tęskniłam – burknęła z przekąsem, poprawiając bałagan, jaki Alan zrobił na jej głowie.
- Musisz nauczyć się odpuszczać, kochanie. Nie zawsze masz rację…
- Ale często – weszła mu w zdanie, uśmiechając się pod nosem.
- Ale nie masz monopolu na wiedzę – odparł jej tata pobłażliwym tonem.
- Jeszcze – dodała, drocząc się, a Alan roześmiał się, kręcąc głową.
- Już prawie zapomniałem, jak za tym tęskniłem – zacytował jej własne słowa, dając jej pstryczka w nos i obydwoje roześmieli się, zwracając uwagę jej mamy.
- Mam wrażenie, że nigdy z tego nie wyrośniecie – westchnęła Jane z czułym aczkolwiek pobłażliwym uśmiechem.
Hermiona i Alan wymienili się porozumiewawczym spojrzeniem i obydwoje odpowiedzieli śmiertelnie poważnym tonem „Nigdy”, by chwilę później roześmiać się głośno.
Pani Granger pokręciła jedynie głową, lecz z jej ust nie schodził szeroki uśmiech. Widząc to, Alan przyciągnął ją do siebie i zburzył harmonijny ład na głowie swojej żony.
- Zobacz, jakiego bałaganu mi narobiłeś na głowie – fuknęła kobieta, starannie poprawiając włosy i, ku rozbawieniu Hermiony, zerkając nerwowo w kierunku kuchni.
- Jak dla mnie to najpiękniejszy bałagan, jaki w życiu widziałem – oznajmił z powagą Alan, patrząc z czułością na żonę, która pod wpływem jego słów i spojrzenia zarumieniła się niczym nastolatka.

***
- Pansy…
Słysząc czuły szept przy uchu otworzyła leniwie powieki i spojrzała prosto w szmaragdowe tęczówki Harry’ego. Wstrzymała oddech, a jej serce zabiło szybciej, widząc go żywego. W pierwszym odruchu chciała rzucić się mu na szyję i zapomnieć o ostatnich godzinach tortur, jakie zapewniała jej własna wyobraźnia. Za każdym razem tworzyła coraz to nowszy scenariusz, gdy dowiadywała się o śmierci Harry’ego i za każdym razem jej serce pękało w tak samo bolesny sposób, pogrążając jej świat w wiecznej zimie.
Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie i wyciągnął rękę, by pogładzić ją po policzku. Uchyliła się przed jego dotykiem i nie patrząc na niego podniosła się do pozycji siedzącej. Nie była w stanie wrócić do ich sypialni, dlatego położyła się na kanapie. Książka, którą czytała dla zabicia czasu i myśli, leżała zrzucona niedaleko stolika. Przez chwilę przyglądała się jej, by odwlec moment, kiedy spojrzy na narzeczonego. Wiedziała, że nie może odwlekać tej chwili w nieskończoność. Odetchnęła głęboko i podniosła głowę. Harry przyglądał się jej ze smutkiem i skruchą. Był brudny, posiniaczony i podrapany, lecz wrócił do niej żywy. Przynajmniej tym razem.
- Pansy…
- Jak mogłeś mi to zrobić, Harry? Czy aż tak mało dla ciebie znaczę? – Zapytała z bólem w oczach.
- Zrozum…
- Co mam zrozumieć, Harry? Co?! Pomyślałeś, co będę czuć wchodząc do pustej sali? Patrząc na puste łóżko? Nie wiedząc, gdzie jesteś? Pomyślałeś? – Wyrzuciła z siebie. - Nie… Bo w chwili podejmowania decyzji, myślałeś tylko o ratowaniu świata – dodała już spokojniej, patrząc na niego z żalem.
- Jesteś częścią świata, za który walczę – powiedział łagodnym tonem, chcąc ująć dłoń kobiety, lecz nie pozwoliła mu na to, zrywając się z kanapy.
- Widocznie jakąś mało znaczącą częścią, skoro zostawiasz mnie bez słowa wyjaśniania, by iść na pewną śmierć – powiedziała, stając w pozycji defensywnej i powiększając dystans między nimi.
- Wróciłem…
- Tak – zaśmiała się, bliska płaczu. – Wróciłeś. Odniosłeś kolejne wielkie zwycięstwo, które zapisze cię w historii magii, jako wybitego czarodzieja.
- Dobrze wiesz, że mi na tym nie zależy – zaoponował zniecierpliwionym tonem, a widząc minę kobiety, wziął głęboki oddech i spojrzał na nią udręczonym wzrokiem. - Pansy… Nie kłóćmy się – powiedział zmęczonym głosem, a ona poczuła się tak, jakby dostała tłuczkiem w głowę.
- Ty naprawdę niczego nie rozumiesz, prawda? – Zapytała z niedowierzaniem, a gdy nie otrzymała odpowiedzi, zamknęła oczy i kręcąc głową, uśmiechnęła się przez łzy. - Wyjdź, Harry – powiedziała cicho, aczkolwiek stanowczo.
- Pansy…
- Wyjdź – zażądała już pewniejszym głosem, patrząc prosto w jego zszokowaną twarz.
- Nie mówisz tego poważnie. Rozumiem, że jesteś na mnie zła – zaczął spokojnym tonem, lecz Pansy nie dała mu skończyć.
- Ale oczywiście nie wiesz, dlaczego jestem zła?! – Wybuchnęła, robiąc krok w jego stronę.
- Powinienem był z tobą porozmawiać, masz rację. Ale nie było czasu do stracenia. Każda sekunda była na wagę złota…
- A gdybyś zginął?! Gdybyś nie wrócił?! To mogło być nasze ostatnie spotkanie!  - Krzyknęła, trącając jego tors palcem. - Czy nie było warte choćby minuty? – Zapytała, ponownie go szturchając. - Może ty byłeś gotowy, by umrzeć, ale ja nie jestem gotowa, żeby cię stracić! – Wyrzuciła z siebie, tracąc panowanie i uderzając kolejny raz w tors mężczyzny. - Mam dość bycia na drugim planie. Mam dość strachu i niepewności. Mam dość drżenia o twoje życie – wyrzucała z siebie, a każdemu słowu towarzyszyło uderzenie. - Zbawiaj sobie ten swój świat, ale beze mnie i bez naszego dziecka. Ganiaj za tymi psycholami, skoro jest to dla ciebie ważniejsze od rodziny…
Pansy wiedziała, że rani go każdym słowem. Jednak nie miała zamiaru się cofnąć. Wiedziała, że jeśli teraz nim nie potrząśnie, jeśli teraz tego nie przerwie, to w końcu go straci. A tego nie była w stanie znieść. Harry z pokorą i w milczeniu przyjmował każdy jej cios. Jego stoicki spokój rozbudzał w niej jeszcze większy gniew. Chciała, by poczuł tą samą bezradność i wściekłość, jaką poczuła ona, gdy weszła do pustej, szpitalnej sali. 
- Dziecka? – Zapytał poruszony jej słowami i spojrzał z nadzieją na kobietę, która w końcu przestała krzyczeć. - Będziemy mieć dziecko? – Zapytał wzruszony, patrząc na nią z nadzieją, która na moment ją rozbroiła. - Będziemy rodzicami? – Ponowił pytanie, a ona niechętnie skinęła głową.
Eksplozja radości, jaką poczuł była nie do opisania. Uśmiechnął się szeroko i porwał kobietę w objęcia, okręcając ich kilka razy. Następnie postawił ją delikatnie i pocałował krótko, by chwilę później przytulić głowę do jej brzucha.
- Cześć. Jestem twoim tatą – wyszeptał wzruszony i położył dłoń na płaskim brzuchu narzeczonej.
Radość Harry’ego i jego zachowanie stopiły jej złość. Gest mężczyzny wzruszył ją. Gdy ponownie przytulił policzek do jej brzucha, obejmując ją mocno, nie mogła dłużej udawać niewzruszonej i pogłaskała go czule po włosach. Tak bardzo go kochała. Wiedziała, ile znaczy dla niego, że będzie ojcem. Bardzo przeżył poronienie Ginny i informacje, że kobieta nigdy nie będzie mieć już dzieci. Dla niego to również był cios, który przyjął i z którym się pogodził. Wówczas jednak był z Ginewrą. Nie wiedziała, czy Harry myślał o założeniu rodziny. Byli ze sobą, oświadczył się jej, lecz nie planowali dziecka. Widząc jego radość, czuła ulgę i szczęście. Jednocześnie nienawidziła się za to, co zamierzała zrobić.
Pod wpływem jej dotyku podniósł głowę i spojrzał na nią, jak na największy cud świata. Następnie wstał z klęczek i zamknął jej twarz w swoich dłoniach.
- Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi – wyznał, patrząc jej prosto w oczy. – Kocham cię…
- To koniec, Harry – weszła mu w zdanie, zdławionym głosem, a on spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Koniec samowolki i narażania się na niebezpieczeństwo. Nie przeżyje, jeśli coś ci się stanie. Ostatnie wydarzenia tylko mnie w tym utwierdziły. Nie jestem aż tak silna, by żyć z tą niepewnością. Zwłaszcza, że teraz chodzi o kogoś więcej niż my. Chodzi o nasze dziecko. Dlatego obiecaj mi, że to był ostatni raz – zażądała, głosem nabrzmiałym od emocji.
-Pansy… - zaczął Harry, autentycznie zszokowany słowami narzeczonej.
- Obiecaj… Albo odejdź – zażądała nieugięta, nienawidząc się za każde wypowiedziane słowo.
Harry wyglądał, jak spetryfikowany. Patrzył na nią z niedowierzaniem, zupełnie jakby miał nadzieję, że Pansy cofnie własne słowa. Ona jednak nie miała zamiaru odpuścić. Kiedyś obiecała sobie, że nigdy nie postawi mu ultimatum. Nigdy nie każe mu wybierać. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Teraz odpowiadała nie tylko za siebie, ale i za rozwijające się w niej maleństwo.
- Ty mówisz poważnie – powiedział Harry, lustrując jej twarz, a ona patrząc mu hardo w oczy, skinęła głową.
Coś w oczach mężczyzny zmieniło się. Stały się chłodne i niedostępne. Zupełnie jak w dniu, gdy go zdradziła. Miała wrażenie, jakby zrobiła to ponownie. Tym razem nie żałowała jednak swoich słów. Misje Harry’ego zbyt dużo ją kosztowały. Nie chciała go ograniczać i zmieniać. Pragnęła tylko, by żył. Nic innego się nie liczyło. Czekając na jego reakcję, zastanawiała się, czy dla mężczyzny jest równie ważna, jak on dla niej. Wiedziała, że istniał tylko jeden sposób, by to sprawdzić.
Nie spuszczając wzroku z jego oczu, z szybko bijącym sercem zdjęła pierścionek zaręczynowy. Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy, lecz nie uroniła ani kropli. Harry śledził jej ruchy beznamiętnym spojrzeniem. Jedyna zmiana, jaka zaszła na jego twarzy, widoczna była w jego oczach, które pociemniały.
- Błagam, Harry… Nie zmuszaj mnie do tego – poprosiła, łamiącym głosem, a gdy nie zareagował, wyciągnęła w jego kierunku dłoń z pierścionkiem.
Harry podszedł do niej, nie spuszczając wzroku z jej zaszklonych oczu. Wstrzymała oddech, gdy zerknął na jej dłoń, na której leżał pierścionek, a następnie ponownie przeniósł nieprzenikniony wzrok na twarz kobiety. Westchnęła z ulgą, gdy Harry zamknął jej dłoń na pierścionku, uważnie lustrując jego twarz.
- Kocham cię, Pansy. Zarówno ty, jak i nasze dziecko jesteście i będziecie dla mnie zawsze najważniejsi – wyznał tak spokojnym tonem, jakby narzeczona wcale nie wbiła mu sztyletu w plecy.
Pansy poczuła się jeszcze gorzej. Nie chciała traktować mężczyzny w ten sposób. Nie chciała, żeby rozmawiali ze sobą tak jak teraz. Nade wszystko pragnęła go przytulić i usłyszeć, że wszystko się ułoży. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Harry wciąż patrzył na nią tym przerażająco obcym wzrokiem, jakby ważył kolejne słowa. Zerknęła niepewnie na swoją dłoń, zamkniętą w jego uścisku i po raz pierwszy przeszło jej przez myśl, że tym razem przesadziła. Osiągnęła cel, lecz jeszcze nie znała ceny, jaką przyjdzie jej zapłacić. Spojrzała z nadzieją na twarz mężczyzny i niepewnie położyła dłoń na jego pościeranym policzku.
- Kochanie, zrozum…
-To był ostatni raz, gdy pozwoliłem ci mną manipulować, Pansy – wyznał, a ona pierwszy raz od dłuższego czasu dostrzegła strzęp emocji w jego oczach.
Namacalny żal w szmaragdowych tęczówkach był niczym cios w twarz. Wiedziała, że ten wzrok będzie ją prześladował do końca życia. Nim zdołała jakkolwiek zareagować, Harry wyminął ją bez słowa i ruszył w stronę wyjścia z domu. Nie zatrzymywała go. Stała skamieniała, zaciskając dłoń na pierścionku i słuchając jego oddalających się kroków i trzasku zamykanych drzwi. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na słabość. Zamknęła oczy, uwalniając długo powstrzymywane łzy i zaniosła się płaczem. Otworzyła dłoń, na której spoczywał pierścionek i przez chwilę przyglądała się mu. Ostatecznie wsunęła go na palec i opadła na kanapę, zanosząc się głośniejszym płaczem.


***
Wtuliła się w poduszkę ze zdziwieniem odkrywając, że nie jest tak miękka, jak pamiętała. Uśmiechnęła się i przytuliła bardziej do Dracona. Tuż po wyjściu rodziców, rozbolała ją głowa i postanowiła położyć się na chwilę. Draco dał jej eliksir przeciwbólowy i niewielką dawkę eliksiru słodkiego snu. Uchylając powieki uświadomiła sobie, że musiała zasnąć na dłużej niż chwilę. Sypialnia była pogrążona w mroku, a ona czuła się tak, jakby przespała całą noc.
- Jak się czujesz? – Zapytał zachrypniętym głosem, gładząc jej ramię.
- Lepiej – odparła zgodnie z prawdą. – Długo spałam?
- Z trzy godziny – odparł, a ona przekręciła się, opierając brodę na jego torsie, by spojrzeć w jego pogrążoną w mroku twarz.
- Byłeś przy mnie cały czas – bardziej stwierdziła niż zapytała, lecz Draco i tak skinął głową. – Dziękuję, że ze mną zostałeś.
Draco w milczeniu pogładził jej policzek. Przez to, że w pokoju było ciemno nie mogła dostrzec jego twarzy, przez co nie wiedziała, co dzieje się w jego głowie. Co prawda mężczyzna wciąż pozostawał dla niej zagadką, jednak potrafiła już odróżnić niektóre zmiany mimiczne, które trwały zaledwie ułamek sekundy, by zniknąć za maską obojętności i stoickiego spokoju.
- Jesteś jakiś nieswój odkąd wróciliśmy – zauważyła, wpatrując się w ciemniejszy zarys jego głowy. – Co cię martwi? Chodzi o Narcyzę? – Dociekała, gdy odpowiedziało jej milczenie. – Coś nie tak z eliksirem?
- Wszystko w porządku. Blaise robi ostatnie testy i jak będzie dobrze pod koniec tygodnia podadzą mamie twoje lekarstwo – wyjaśnił uspokajająco, gdy Hermiona podniosła się do pozycji siedzącej.
- W takim razie o co chodzi? – Zapytała, siadając naprzeciwko mężczyzny, a gdy cisza się przedłużała, zapaliła lampkę. – Draco – ponagliła go, ujmując jego dłoń, i czekając aż na nią spojrzy.
Nie potrafiła nic wyczytać z jego szarych tęczówek. Zupełnie jakby burzowe chmury zasłoniły niebo. Zastanawiała się, jaki sztorm tym razem będą musieli pokonać i kiedy w końcu wypłyną na spokojne wody.
Draco w milczeniu lustrował jej twarz, zupełnie jakby szukał odpowiedzi na dręczące go pytania. Wyglądał tak, jakby bił się z samym sobą. Natomiast ona trwała w tym milczeniu i czekała. Z jednej strony ciekawość rozpierała ją od środka, z drugiej bała się tego, co się wydarzy, gdy uderzy w nią pierwsza fala. Draco spuścił głowę na ich złączone dłonie i musnął palec, na którym widniał pierścionek zaręczynowy od Wiktora. Przez chwilę przyglądał się mu w ponurym milczeniu, jakby walcząc z samym sobą, by ostatecznie spojrzeć znów na jej twarz. Tym razem jednak w jego spojrzeniu dostrzegła determinację i coś na kształt niepewności pomieszanej ze złością.
- Jest coś, o czym powinnaś wiedzieć – powiedział, siadając i przyglądając się jej z napięciem.
- Dlaczego mam wrażenie, że chodzi o Wiktora?
Draco uśmiechnął się cierpko i przez chwilę Hermiona miała wrażenie, że chce coś powiedzieć. Ostatecznie zacisnął usta w wąską linię i wyciągnął z kieszeni spodni wygniecioną kopertę. Tę samą, którą Wiktor przekazał jej za pośrednictwem Ginny w dniu pogrzebu Kingsleya. Szatynka patrzyła na kopertę jak zahipnotyzowana. Tysiące myśli przewijało się przez jej umysł, a ona nie była w stanie skoncentrować się na żadnej z nich.
- Powinnaś to przeczytać – powiedział Draco, wkładając w jej dłoń kopertę.
Dopiero jego dotyk przywrócił ją do rzeczywistości. Podniosła na niego wzrok, doszukując się jakichkolwiek śladów emocji. Na próżno jednak, ponieważ jego mina była nieprzenikniona.
- Zostawię cię – oznajmił suchym tonem, ostatni raz muskając jej nadgarstek i podnosząc się z łóżka.
- Draco… - zatrzymała go, łapiąc za rękę, gdy przechodził obok.
Spojrzał na nią zaskoczony, a widząc jej zagubione spojrzenie, uśmiechnął uspokajająco i przykucnął, tak by ich twarze znajdowały się na tej samej wysokości.
- Nigdzie się nie wybieram. Dam ci odrobinę prywatności – wyjaśnił już łagodniejszym tonem, gładząc jej dłoń. – Wyjdziemy coś zjeść? – Zapytał, a ona skinęła w głową. – W takim razie zaczekam w salonie – powiedział, muskając przelotnie jej usta.
Hermiona jednak nie pozwoliła mu się odsunąć. Zacisnęła dłonie na jego błękitnej koszuli i pocałowała mocno. Na odpowiedź nie musiała długo czekać. Draco całował ją z równym zaangażowaniem. Zarzuciła dłonie na jego szyję, pogłębiając tym samym pocałunek i zmniejszając do minimum dystans miedzy ich ciałami. Draco objął ją w talii, a drugą dłoń zamknął na jej karku. Wkładała w ten pocałunek całą siebie, dzieliła się swoimi uczuciami i pragnieniami, spychając ich lęki na samo dno podświadomości. Ostatni raz musnęła czule jego wargi i objęła mocno stykając ze sobą ich czoła. Przez chwilę trwali tak w ciszy, chłonąc swoją bliskość i ciepło.
-  Nie znoszę myśli, że mógłbym cię stracić – wyznał cicho.
- Draco, to tylko list. Obydwoje wiemy, że nie da się uciec przed przeszłością. Trzeba się z nią rozliczyć i zamknąć, by móc ruszyć naprzód – powiedziała, odwzajemniając jego spojrzenie. – Cokolwiek Wiktor napisał…. – zaczęła i urwała widząc jego minę. – Ty wiesz, co znajduje się w liście, prawda? – Zapytała, choć w głębi przeczuwała, jaka będzie odpowiedź mężczyzny.
Draco pokręcił przecząco głową, odgarniając jej włosy i unikając spojrzenia jej w oczy. Jego ponura mina przeczyła jego słowom i Hermiona odsunęła się, by zebrać myśli.
- Domyślam się – powiedział, nie pozwalając jej się odsunąć. – Jednak to nie ode mnie powinnaś się dowiedzieć – dodał, gdy otworzyła usta, by drążyć temat.
Ostatecznie skapitulowała i skinęła głową, przenosząc spojrzenie na kopertę, leżącą obok niej. Wiedziała, że nie może dłużej tego odwlekać. Musiała stawić czoła konsekwencjom swojego tchórzostwa.
- Cokolwiek postanowisz, nie zrezygnuje z ciebie – powiedział Draco, nim wykonała jakikolwiek ruch. - Nie pozwolę ci odejść – dodał, gdy spojrzała na niego zaskoczona nutą zaborczości w głosie.
Przez chwilę przyglądała mu się uważnie. Uśmiechnęła się delikatnie i przeczesała palcami jego włosy, zastanawiając się, jak ktoś o tak silnym i dominującym charakterze, może być tak niepewny siebie.
- Tym razem nie oddam cię mu tak łatwo – powiedział ze stalową nutą w głosie i zacisnął dłonie na jej talii.
- Tym razem nigdzie się nie wybieram, Draco – zapewniła, gdy w końcu zrozumiała kierujące nim motywy. – Zostaję z tobą – dodała, kładąc dłoń na jego policzku, by następnie znaleźć się tam, gdzie było jej miejsce – w jego ramionach.

***

Wciągnął rześkie powietrze i odchylił głowę, starając się zebrać rozbiegane myśli. Świeże powietrze było tym, czego w tej chwili potrzebował. Spojrzał na zamknięte drzwi wahając się, czy aby nie wrócić. Przez chwilę walczył sam z sobą. Ostatecznie włożył dłonie do kieszeni i ruszył przed siebie. Myśli w jego głowie wirowały bezwładnie, za każdym razem wracając do jedynej osoby, przy której teraz tak bardzo chciał być. Wciąż nie potrafił zrozumieć, jak Pansy mogła zagrać tak nieczysto. Jak mogła używać ich dziecka, jako karty przetargowej i to w dodatku przeciwko niemu. Rozumiał jej lęk i uzasadnioną złość. Żałował, że postąpił w ten sposób. Nie mógł cofnąć czasu. Chciał naprawić swój błąd. Był gotów odpokutować za swoje zachowanie. Był przygotowany na wrzaski, płacz, fochy i liczne ustępstwa. Znał swoją narzeczoną i wiedział, że tak łatwo mu nie odpuści. Wiedział jednak, że zasłużył. Żałował, że naraził Pansy na stres i nerwy. Chciał ją chronić. Zapomniał tylko o tym, że niewiedza jest najgorszą formą ochrony, jaka istnieje. Sam jej doświadczył więc powinien pamiętać, że w ten sposób nikomu nie pomaga.
Przeczesał palcami włosy i westchnął ciężko, pozwalając by nogi same go prowadziły, kierując nim w stronę parku. Wciąż do niego nie docierało, co właściwie się stało. Domyślał się, że Pansy da mu ultimatum. Miał świadomość, że życie w ciągłej niepewności wiele ją kosztuje. Dlatego nie miał do niej o to żalu. Tym, co go wstrząsnęło, było manipulowanie ich nienarodzonym dzieckiem. Nie mógł zgodzić się na to, by Pansy za każdym razem wykorzystywała jego słabość do niej i dziecka, by osiągnąć swoje cele. Prawdę mówiąc nie spodziewał się tak wyrafinowanej zagrywki ze strony narzeczonej. Przez moment nawet miał wrażenie, że to nieporozumienie, lecz, gdy zdjęła pierścionek, dotarło do niego, że Pansy jest gotowa odejść.
Zatrzymał się, gdy doszedł pod znajomą kamienicę i pokręcił głową, nad miejscem, gdzie przyprowadziła go jego podświadomość. Wyglądało na to, że tylko tu mógł otrzymać odpowiedzi na dręczące go pytania. Spojrzał na okna i znalazł właściwe. Paliło się światło więc lokatorka była w mieszkaniu. Wahał się przez chwilę, zastanawiając czy nie jest za późno. Ostatecznie ruszył w kierunku głównego wejścia i rozpoczął wspinaczkę po schodach. Stanął pod drzwiami, nasłuchując, czy aby czasami nie będzie przeszkadzał. Nie docierały do niego żadne głosy więc postanowił zaryzykować. Zapukał trzykrotnie i w oczekiwaniu na otwarcie się drzwi, włożył dłonie do kieszeni.
- Harry? – Zaskoczony głos kobiety i jej zaniepokojone spojrzenie spoczęło na nim.
Zmusił się do uśmiechu i wzruszył ramionami.
- Mogę wejść? – Zapytał, a kobieta westchnęła ciężko i ze zrozumieniem wypisanym w brązowych tęczówkach uchyliła szerzej drzwi.
Gdy przechodził obok, zatrzymała go i spojrzała badawczo w oczy. Nie wiedział, czy coś z nich wyczytała. Nie powiedziała nic. Jedynie wspięła się na palce i mocno go przytuliła. Odwzajemnił uścisk, wdychając znajomy kwiatowy zapach perfum. Nie umknęło jego uwadze, że od wielu lat pachniała tak samo.
- Serwuje specjalność szefa kuchni, co ty na to? – Zażartowała, wciąż tkwiąc w jego ramionach.
- Czyli znowu zamówiłaś pizze? – Upewnił się, uśmiechając delikatnie, za co trzepnęła go lekko w plecy.
- Nie wybrzydzaj, bo nie dostaniesz deseru? – Zagroziła, marszcząc nos.
- Deser?  - Zapytał z powątpiewaniem, odsuwając ją delikatnie i patrząc z rozbawieniem na jej wyniosłą minę.
- Co, szczęka opadła, prawda? – Zapytała, a on uniósł ręce w geście kapitulacji. – W takim razie rozbieraj się, myj ręce i siadamy – zarządziła, a widząc jak zdejmuje kurtkę, przyjrzała się mu uważnie.
- Umyję ręce i ci pomogę – zaczął, odwracając się i urwał napotykając jej poważne spojrzenie.
- Wyglądasz okropnie. Ale cieszę się, że jesteś cały, Harry – oznajmiła z ciepłym uśmiechem, który odwzajemnił.
Kobieta jeszcze przez chwilę mu się przyglądała, jakby chciała o coś zapytać, po czym jedynie pokręciła głową, rezygnując i ruszyła w kierunku kuchni.
- Ginny – zawołał za nią, a gdy rzuciła mu spojrzenie przez ramię, dodał – dziękuję – powiedział szczerze, a rudowłosa uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
- Wiesz, że u mnie goście zmywają? – Upewniła się z szelmowskim uśmiechem, czym rozładowała napięcie.

W odpowiedzi roześmiał się i pokręcił z pobłażaniem głową. Zaczynał rozumieć, dlaczego jego podświadomość przyprowadziła go pod drzwi Ginny Weasley…