czwartek, 20 kwietnia 2017

Rozdział XXXIV "Wiara"



Kochani Moi,
przepraszam Was bardzo za opóźnienie publikacji. Jest mi z tego powodu bardzo przykro. 
Dziękuję za słowa wsparcia, motywację i wszystkie cenne komentarze pod każdym z rozdziałów. Dziękuję, że jesteście.
Mam nadzieję, że spędziliście święta w gronie najbliższych i choć trochę naładowaliście akumulatory pozytywną energią. Pozwólcie, że nadrobię to, co uniemożliwiła mi usterka techniczna. Życzę Wam, aby każdy nadchodzący dzień wypełniały Wam wiara, nadzieja i miłość. W dosłownym i metaforycznym znaczeniu. To trzy wartości, które pozwolą Wam przetrwać każdy sztorm dlatego pielęgnujcie je, doceniajcie i nie zatraćcie ich w codziennym biegu ku przyszłości. 
Aby nie przedłużać, bez zbędnych słów, zapraszam do lektury nowego rozdziału. Zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i przemyśleniami pod postem. Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad, Czytelniku;)
Ściskam Was mocno,
Wasza V.
 
Rozdział XXXIV Wiara

- Nie ma mowy, Pan – powiedziała zdecydowanym tonem, na co brunetka westchnęła z frustracji.
- Ale dlaczego? – Drążyła z zawodem wymalowanym na twarzy.
- Tłumaczyłam ci to milion razy - wyjaśniła cierpliwie, choć tylko ona wiedziała, jak dużo ją to kosztuje.
- Daj jej spokój, Pansy. Nie…
- ZAMKNIJ SIĘ, MALFOY! Powiedziały obie panie, na co blondyn uniósł ręce w geście kapitulacji i upił łyk piwa, które postawił przed nim Michael.
- Potrzebujemy inwestorów. Dzieciaki ich potrzebują. Wiesz, ile te snoby są w stanie zapłacić za jeden dzień w towarzystwie TEJ Hermiony Granger? To tylko jeden dzień przekonywała brunetka, odwołując się do dobrego serca przyjaciółki.
- Chcesz wystawić LUDZI do licytacji – powiedziała dobitnie szatynka, na co jej towarzyszka wzruszyła bezradnie ramionami.
- W szczytnym celu – odparła Parkinson, a widząc piorunujące spojrzenie Hermiony, zrobiła błagalną minę.
- Dobrze wiesz, że nie lubię być w centrum uwagi. A ty oprócz tego, że chcesz mnie tam umieścić, to jeszcze zamierzasz to transmitować na żywo! Jest wiele sposobów na pozyskanie sponsorów i darczyńców. Sama chętnie się zaangażuję i pomogę, ale nie w ten sposób. To, co robisz, jest jak handel niewolnikami…
- Teraz to już naprawdę wyolbrzymiasz. Tu nie chodzi o handel ludźmi, tylko o możliwość spędzenia z nimi czasu – oburzyła się brunetka. -  Jasne, mogłabym zrobić standardową licytację, na którą i tak nikt by nie przyszedł. Gdy tylko słyszą nazwisko Malfoy lub Parkinson przestają słuchać. Wiesz tak samo dobrze jak ja, że większość osób ciągle patrzy na nas, jak na wyrzutków. W dalszym ciągu widzą w nas Śmierciożerców i obwiniają za stratę najbliższych. I nie interesuje ich, że nikogo nie zabiłam, a na przedramieniu nie mam wypalonego Mrocznego Znaku. Owszem, moi rodzice byli Śmierciożercami, a ja stałam u ich boku. Wówczas tam było moje miejsce. Na Salazara, byłam dzieckiem! Zrozum…Ta fundacja to moja szansa na odkupienie…– wyrzuciła głosem nabrzmiałym od emocji. – Nasza szansa – dodała ciszej, zerkając na obserwującego ją Malfoya. - Jeśli ktoś ma w nas uwierzyć, to tylko dzięki naszym konsekwentnym działaniom i waszemu wsparciu. Proszę cię, Hermiono – powiedziała, łapiąc kobietę za rękę i patrząc na nią z napięciem.
- Pansy… - zaczęła poruszona słowami brunetki.
Jeszcze nigdy nie widziała, żeby Parkinson zależało na czymś tak bardzo, jak na tej fundacji. Hermiona zastanawiała się, czy gdyby Ron odmówił uczestnictwa w całym przedsięwzięciu, to czy dalej upierałaby się tak bardzo przy swoich argumentach. Wiedziała, że zachowuje się jak tchórz. Jednak sama myśl o spotkaniu z mężczyzną, wywoływała uczucie paniki. Nie była gotowa na konfrontację ani z Ronaldem, ani z własnymi uczuciami. Nie wiedziała, czy zniesie widok jego u boku Gabrielle. Była zbyt niepewna własnych reakcji. Miała świadomość, że dziennikarze będą śledzić każdy ich krok. Tuż po ich rozstaniu fotoreporterzy, złaknieni informacji na temat powodu rozpadu ich związku, nie dawali jej spokoju. Jednak prawdziwe piekło rozpętało się, gdy świat obiegła wiadomość o zaręczynach Rona z Gabrielle. Tamten okres wspominała, jak najgorszy koszmar, który otwierał zabliźnione rany i przywoływał echo cierpienia. Raz nawet Ginny potraktowała jednego z paparazzich, który osaczył ją przed wejściem do Ministerstwa Magii, swoim mistrzowskim upiorogackiem. Nigdy potem już nie widziała tamtego mężczyzny. Żałowała, że nie opanowała tej umiejętności tak dobrze, jak przyjaciółka. Wtedy miałaby szanse na zapewnienie sobie spokoju. Nie mogła też wymazać z pamięci wsparcia i pomocy Malfoya, który kilka razy pomógł jej opędzić się przed wścibskimi dziennikarzami, przez co sam stał się celem ich niezbyt pochlebnych artykułów i komentarzy w prasie.
Rzuciła ukradkowe spojrzenie w kierunku blondyna, a widząc jego badawcze spojrzenie, szybko uciekła wzrokiem w stronę Pansy. To, co ujrzała w oczach kobiety, sprawiło że uległa. Nie mogła dłużej opierać się jej prośbom. Tu nie chodziło wyłącznie o fundację. Dla brunetki było to również rozliczenie się z przeszłością. Mimowolnie zerknęła na Dracona, zastanawiając się, czym dla niego jest Fundacja Rozbitków im. Narcyzy Malfoy. Odwzajemnił jej spojrzenie, lecz nie była w stanie niczego wyczytać z jego szarych tęczówek. Wiedziała, że blondyn wciąż walczy z własnymi demonami. Zastanawiała się, czy on również traktuje działalność fundacji, jak pokutę za całe zło, jakie wyrządził innym. W przeciwieństwie do Parkinson był Śmierciożercą. Świadczył o tym mroczny znak na lewym przedramieniu mężczyzny. Tatuaż symbolizował przeszłość, której, mimo rozliczenia, nie potrafił zamknąć.
Hermiona uświadomiła sobie, że nie może myśleć tylko o swoim komforcie psychicznym. Tu chodziło o coś więcej niż jej duma i strach przed wyimaginowanym upokorzeniem na oczach całej społeczności magicznej. Pansy na nią liczyła, a biorąc pod uwagę fakt, że Malfoy nie odezwał się ani słowem, przypuszczała, że i jemu nie jest to obojętne. Obydwoje stali się dla niej ważni. Nie chciała ich zawieść. I nie miała zamiaru tego zrobić nawet, jeśli oznaczało to konfrontację z Ronaldem i jego nową narzeczoną.
- Poradzisz sobie – powiedziała cicho brunetka, jakby czytając jej w myślach i uścisnęła mocniej jej dłoń.
Hermiona uśmiechnęła się blado. Nie wiedziała, czy ich obecność i wsparcie wystarczą do tego, by ludzie uwierzyli w metamorfozę przyjaciół. Bo nimi właśnie się stali mimo wszystkich przeciwności losu. Dlatego postanowiła zachować się tak, jak prawdziwy przyjaciel. Miała zamiar dołożyć wszelkich starań, by ludzie ponownie uwierzyli w Dracona, Pansy i Blaise’a, który wraz ze Szpitalem Świętego Munga dołączył do akcji.  Z tą myślą szatynka uśmiechnęła się pewniej i skinęła głową na znak zgody. Pansy, widząc jej gest, spojrzała na nią z wdzięcznością i chwilę później rzuciła się jej na szyję, ściskając mocno. Uwadze Hermiony nie umknęło jednak, że Malfoy zacisnął usta w wąską linię, jakby niezadowolony z jej decyzji, co zbiło ją nieco z tropu. Ze zdziwieniem odkryła, że reakcja blondyna sprawiła jej przykrość. W końcu chodziło także o niego. Gdy mężczyzna zorientował się, że szatynka przygląda się mu, szybko wrócił do codziennej maski obojętności i ironii.
- Jeśli aż tak bardzo boisz się, że wylicytuje cię jakiś psychopata, poświęcę się i wygram to zakpił z prowokującym uśmieszkiem pod nosem.
- Draco! – Jęknęła Pansy, patrząc na przyjaciela karcącym wzrokiem.
- Ja akurat nie widzę różnicy sarknęła Hermiona, na co stojący za barem Michael parsknął śmiechem. – Powinieneś martwić się o to, kto wylicytuje dzień z tobą? – Zripostowała z godnością, starając się wyrzucić z głowy obraz jego u boku jakieś bogatej, zjawiskowej kobiety.
Bo nawet nie łudziła się, że ktoś poza paniami stanie do rywalizacji o wygranie dnia w towarzystwie blondyna. Hermiona sama przed sobą musiała przyznać, że Draco stanowił intrygującą zagadkę. Posiadał mroczną przeszłość, za którą teraz próbował się zrehabilitować. Za jego atrakcyjnym wyglądem kryło się znacznie więcej niż przypuszczała na początku. Wcześniej była zbyt uprzedzona, by dostrzec jego zalety. Zbyt skoncentrowana na jego wadach i grzechach młodości, by zobaczyć coś więcej niż maska, za którą ukrywał się prawdziwy Draco Malfoy. Zresztą mężczyzna niechętnie dopuszczał innych do siebie. Zazwyczaj trzymał ludzi na dystans i tylko nielicznym udało się zyskać jego zaufanie na tyle, by przebić się przez mur, którym się otoczył.
Zmarszczyła czoło niepewna, co myśleć o swoich uczuciach. Frustrował ją fakt, że w ogóle obchodzi ją wynik tej aukcji. Powinna bardziej martwić się o swój los i o nadchodzącą konfrontację z Ronaldem. Malfoy nie był jej problemem, a przynajmniej usilnie starała się wmówić sobie, że nim nie jest.
- Nie sądzę, żebym był aż tak interesujący, jak Złota Trójca Hogwartu, która uratowała świat przed samym Lordem Voldemortem – zironizował, na co Granger ściągnęła brwi i przyjrzała się mu uważniej. – Dlatego skoro nie potrzebujesz ratunku, moja rola, jako udziałowca, będzie polegała na przywitaniu gości, wygłoszeniu powalającego przemówienia, czuwaniu nad przebiegiem wydarzenia i pożegnaniu tych, którzy zdecydują się przyjść – dodał beznamiętnym tonem, nawet na nią nie patrząc i upijając łyk piwa.
Po jego słowach zapadła krępująca cisza. Pansy patrzyła na niego z mieszaniną frustracji oraz pobłażania i Hermiona mogła przysiąc, że kobieta ma ochotę wylać na niego kufel piwa, którym był tak zajęty. Ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu i, obdarzając go ostatnim dezaprobującym spojrzeniem, zwróciła się do szatynki.
- Mam nadzieję, że w jego przemówieniu będzie więcej zapału, bo inaczej nawet wasza obecność nie pomoże, a prasa nie zostawi na nas suchej nitki – podsumowała z cierpkim uśmiechem, co Draco zignorował. – Najlepiej nie zwracajmy na niego uwagi – dodała poirytowana zachowaniem przyjaciela. - Nie wiedzieć czemu, jemu też nie podoba się pomysł z licytacją. Do tej pory nie miał żadnych obiekcji. Zachowuje się w ten sposób od czasu, gdy poznał listę osób, które chcę zaprosić do wzięcia udziału w akcji – wyjaśniła i pokazała jej wspomniany dokument.
- Myślę, że może być zazdrosny o to, że nie uwzględniłaś jego osoby – szepnęła konspiracyjnie szatynka, zapoznając się z listą, jednak zrobiła to na tyle głośno, by usłyszał ją zarówno Draco, jak i uśmiechający się pod nosem Michael.
Nie widząc na niej nazwiska mężczyzny, poczuła irracjonalną ulgę i nie mogła powstrzymać uśmiechu cisnącego się jej na usta. Pansy parsknęła śmiechem, natomiast Malfoy zmierzył ją znudzonym wzrokiem.
- Widzisz? Jak nic jest zazdrosny – kontynuowała rozbawiona, czując że wraca jej dobry humor.
Sama myśl, że blondyn mógłby obrażać się o to, że Parkinson nie uwzględniła jego osoby był tak prawdopodobny, że nawet nie przyszło jej do głowy, by szukać powodu złego humoru byłego Ślizgona. Co prawda, jego zachowanie przypominało bardziej reakcje pięciolatka, niż dorosłego mężczyzny, lecz Hermiona przyzwyczaiła się do jego zmiennych nastrojów i wrażliwego ego.
Michael uśmiechnął się szeroko, patrząc na zdenerwowanego blondyna, który z kolei piorunował go ostrzegawczym wzrokiem. Natomiast reakcja Pansy była z goła inna, niż przypuszczała szatynka. Parkinson przyglądała się przyjacielowi w zamyśleniu, jakby dokładnie analizowała jej słowa.
- Tak… To możliwe – odparła, mrużąc oczy i kiwając głową, jakby właśnie się w czymś upewniała, co zbiło Hermionę z tropu.
Widząc jednak postawę blondyna, który wyglądał tak, jakby miał za chwilę wybuchnąć, postanowiła nie brnąć w to dalej. Obrzuciła go ostatnim zaintrygowanym spojrzeniem i, by dać mu czas na ochłonięcie, postanowiła zmienić tor rozmowy.
- Swoją drogą, jestem ciekawa, co na to Harry? Bo jakoś trudno mi uwierzyć, że jest zachwycony pomysłem wystawienia go na licytację rzuciła, przyglądając się podejrzliwie przyjaciółce.
- Właściwie to… - zaczęła Pansy, starannie składając listę i Hermiona z niedowierzaniem zauważyła zmieszanie na jej twarzy.
- Tylko mi nie mów, że mu nie… - zaczęła, lecz urwała widząc swojego przyjaciela.
- Co mnie ominęło?
Pansy drgnęła, słysząc głos Harry’ego, który stanął za nią i objął w talii. Hermiona przygryzła dolną wargę, by nie parsknąć śmiechem na widok spanikowanej miny przyjaciółki, a widząc jak blondyn ze złośliwym błyskiem w oku otwiera usta, by, jak przypuszczała, uświadomić Harryego w zamiarach jego dziewczyny, kopnęła go dyskretnie w kostkę i uśmiechnęła się do przyjaciela.
- Takie tam babskie gadanie – odparła z czarującym uśmiechem, który poszerzył się, gdy dotarło do niej prychnięcie Malfoya.
Na potwierdzenie jej słów Pansy pokiwała głową i posłała kobiecie wdzięczny uśmiech, który szatynka odwzajemniła.
- Powiedz mi Harry, jak to jest, że ty ZAWSZE siedzisz po godzinach, a Malfoy ZAWSZE ma na wszystko czas? Zapytała, skutecznie odwracając uwagę mężczyzny od Pansy.
- Po prostu lepiej go sobie organizuję odgryzł się blondyn, na co Granger spojrzała na niego z powątpiewaniem, a Harry pokręcił z politowaniem głową.
- W zasadzie to nie praca mnie zatrzymała odparł lakonicznie z delikatnym półuśmiechem, wzbudzając zainteresowanie u całej trójki.
- W takim razie, mam nadzieję, że masz dobre usprawiedliwienie, bo spóźniłeś się ponad czterdzieści minut zaznaczyła Pansy, odchylając się w jego ramionach i patrząc z ukosa.
- To już sama ocenisz, bo w tej chwili mam zamiar uwolnić cię od towarzystwa tej wiecznie kłócącej się dwójki – oznajmił wspaniałomyślnym tonem, niczym rycerz ratujący swoją damę z opałów.
- Hej! – Sprzeciwiła się Hermiona, śmiejąc z komicznej miny Pottera, natomiast Draco prychnął pod nosem.
Wzięła uspokajający oddech, starając się nie zwracać uwagi na blondyna, którego zachowanie zaczynało ją denerwować.
- Mój bohaterze – zaśmiała się Pansy, patrząc na mężczyznę z czułością i całując linię jego żuchwy.
Malfoy na widok manifestacji uczuć pary, skrzywił się z niesmakiem i wrócił do swojego piwa, co cała trójka zgodnie zignorowała.
- Wybaczcie, ale muszę porwać moją damę serca powiedział ze skruchą.
- Bawcie się dobrze zaśmiała się Hermiona, żegnając z parą, a pochylony nad swoim piwem Malfoy, odprawił ich niedbałym gestem.
Obrzuciła Dracona skonsternowanym spojrzeniem, postanawiając sobie, że postara się przeczekać jego dziwny nastrój i odprowadziła wzrokiem przemieszczającą się w stronę wyjścia parę. Zawsze zastanawiała się, jak to się stało, że ta dwójka zeszła się ze sobą. Różnili się od siebie jak ogień i woda, dzień i noc. A mimo tego wszystkiego odnaleźli wspólny rytm, w którym zgodnie się poruszali.
- A jak randka? – Zagadnął ją Michael z wesołym błyskiem w oku, wyrywając jednocześnie z zamyślenia.
- Nie nazwałabym tego randką odparła, wzruszając ramionami i upijając łyk wina. Było w porządku. A przynajmniej było tak do momentu pojawienia się Cormaca dodała na w pół zirytowana na wpół rozbawiona, odpowiadając na znaczące spojrzenie Michaela.
- To ten twój adorator, który zamienił twój gabinet w kwiaciarnię i wszczął burdę w moim klubie, gdy zobaczył, jak rozmawiasz z Seamusem? – Upewnił się, dolewając jej wina.
- Z Finniganem? – Zainteresował się Malfoy, ściągając brwi, jakby myślał nad czymś intensywnie.
Hermiona ponownie skinęła głową, udzielając twierdzącej odpowiedzi na obydwa pytania. Draco zasępił się jeszcze bardziej i upił łyk piwa. Szatynka przyjrzała się mu z ukosa, analizując jego dziwne zachowanie, po czym spojrzała na Michaela, który zadał kolejne pytanie, skutecznie odwracając jej uwagę od osoby blondyna.
- Pech chciał, że Cormac wybrał się na randkę do tej samej knajpy i, gdy zobaczył mnie z Branem, zapomniał o swojej partnerce oraz celu, w jakim tam przyszedł, i urządził przedstawienie godne Oscara za pierwszoplanową rolę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio paliłam się tak ze wstydu westchnęła, kręcąc głową, jakby chciała pozbyć się wspomnień tamtego wieczora z głowy. Pewne jest to, że już nigdy tam nie wrócę zaśmiała się, starając rozładować dziwne napięcie wiszące w powietrzu i zerknęła ukradkiem na wciąż pochmurnego Malfoya.
- A co Brandonem? – Dopytywał niby od niechcenia Michael, choć Hermiona mogłaby przysiąc, że uśmiecha się pod nosem i rzuca prowokujące spojrzenia w kierunku pijącego w milczeniu Dracona.
- I tak nic by z tego nie było wzruszyła ramionami, bawiąc się kieliszkiem. To miły facet, tylko…nie dla mnie.
- Czyli nie będzie kolejnego spotkania? Zapytał, gdy przez dłuższy czas milczała.
Rzuciła mu zdawkowe spojrzenie i pokręciła głową, ponownie wzruszając ramionami. Czuła się dziwnie skrępowana myślą, że Malfoy przysłuchuje się ich rozmowie. Najdziwniejszy jednak był brak kąśliwych komentarzy i jakiejkolwiek reakcji ze strony blondyna.
- Czasami to, czego szukamy, znajduje się na wyciągnięcie ręki podsumował Michael z dwuznacznym uśmiechem, a Draco poruszył się niespokojnie na krześle i rzucił mu trudne do rozszyfrowania spojrzenie.
- Wiecie, że obydwaj zachowujecie się dziwnie? Upewniła się, przyglądając podejrzliwie mężczyznom.
- Co masz na myśli? Zapytał Michael z tak niewinną miną, że gdyby go nie znała, dałaby się nabrać.
- Na przykład to, że ty cały czas rzucasz aluzjami i wymieniasz się z Malfoyem dziwnymi spojrzeniami. Natomiast ty – zwróciła się w kierunku zasępionego blondyna. – Najpierw burczałeś na wszystkich niczym obrażona primadonna, a teraz milczysz, jakbyś zamiast piwa opił się eliksiru uciszającego.
- Tobie to się nie dogodzi, Granger – powiedział z ironicznym półuśmiechem nawet na nią nie patrząc. - Nie sądziłem, że wśród tylu spotkań towarzyskich odczujesz brak mojej skromnej osoby sarknął z ledwo słyszalną nutą goryczy w głosie. – Zabrakło chwilowo adoratorów? – Zakpił, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Faktycznie, to idiotyczny pomysł – odparła, biorąc się w garść. - Jak mogłoby mi brakować obecności tak rozkapryszonego, egoistycznego buca. Takie towarzystwo to nic innego jak strata czasu - odcięła się zirytowana jego postawą.
Na twarzy Dracona pojawiło się coś pomiędzy uśmiechem, a grymasem i już wtedy wiedziała, że przegięła. Wiedziała to już w chwili, gdy z jej ust wypłynęło ostatnie słowo i żałowała, że nie ugryzła się w język. Niestety było już za późno. Bardziej czuła niż widziała dezaprobujące spojrzenie Michaela. W tym momencie całą uwagę skupiła na Malfoyu. Blondyn przechylił głowę w jej stronę i zmierzył ją beznamiętnym, aczkolwiek zimnym spojrzeniem. Czuła, że jej słowa go zraniły, choć niczego po sobie nie pokazał. Przybrał tą swoją nieprzeniknioną maskę, z której nie potrafiła nic wyczytać. Fakt ten zarazem ją fascynował i doprowadzał do szału. Zwłaszcza, że w konfrontacji z nim, była z góry skazana na porażkę. On czytał z niej jak z otwartej księgi, podczas gdy jego emocje były dla niej jedną wielką niewiadomą.
Chciała przeprosić, lecz pod wpływem spojrzenia mężczyzny słowa utknęły jej w gardle. Chłód w jego oczach mroził i paraliżował. Jak w zwolnionym tempie zarejestrowała, że blondyn reguluje rachunek, żegna się z Michaelem i podnosi z krzesła. Odprowadziła go wzrokiem, gdy posuwał się w stronę wyjścia z baru i dopiero pełne rezygnacji westchnienie Michaela wyrwało ją z tego dziwnego otępienia. Z ociąganiem podniosła wzrok na mężczyznę, wstydząc się swojego dziecinnego zachowania i czekając na naganę. Nic podobnego jednak nie usłyszała. Michael nie musiał nic mówić. Wystarczyło samo jego wymowne spojrzenie, które znaczyło to samo, co „napraw to”. Sapnęła ze złością, doskonale wiedząc, co musi zrobić. Przeklinając swój temperament i chowając dumę do najgłębszego zakamarka umysłu, zerwała się z miejsca i ruszyła śladem blondyna, odprowadzana pełnym nadziei spojrzeniem Michaela.
Nie wiedziała, czy wolałaby złapać Dracona przed deportacją, czy spóźnić się. Była na siebie zła, że doprowadziła do tej sytuacji. Wiedziała jednak, że musi ponieść konsekwencje swoich słów. Chcąc nie chcąc, musiała przeprosić Malfoya. Wychodząc na zewnątrz uderzyła w nią fala chłodnego powietrza, która nieco ją otrzeźwiła. Otuliła się szczelniej kurtką i objęła ramionami, rozglądając dookoła. Niestety wśród tłumu nigdzie nie dostrzegła sylwetki mężczyzny. Westchnęła ciężko, niepewna czy jest zawiedziona, czy może czuje ulgę i pokręciła głową, odgarniając rozwiane włosy z twarzy i zgarniając je na ramię. Przez chwilę stała bezczynnie, pozwalając by wyrzuty sumienia bombardowały jej umysł, po czym zdecydowanie odwróciła się z zamiarem powrotu do baru. Na widok Malfoya nonszalancko opierającego się o ścianę budynku, stanęła jak spetryfikowana. Draco przyglądał się jej z nieodgadnioną miną, jakby szukał odpowiedzi na swoje pytania w jej twarzy. Hermiona czuła jak ze zdenerwowania zasycha jej w gardle, a niechciane rumieńce wstydu i zażenowania palą jej policzki.
- Zostałeś - zaczęła niepewnie, badając jak bardzo jest na nią zły, a on pokiwał w milczeniu głową.
I mimo, że nie powiedział ani słowa, gest ten sprawił, że zrobiła krok w stronę mężczyzny, zmniejszając powoli dystans między nimi.
- Mal… Draco… – zaczęła, lecz w połowie urwała, poprawiając się, przez co blondyn spojrzał na nią z zainteresowaniem. Ja nie Nie to miałam na myśli. Nie chciałam zrobić ci przykrości. To znaczy… Sama już nie wiem, co chciałam osiągnąć. Te twoje zmienne nastroje i obojętność są tak dezorientujące, że już nie wiem, co myśleć, gdy zachowujesz się w ten sposób lub rozmawiasz ze mną jak przed chwilą. Zupełnie jakbyś…jakbyś celowo mnie odpychał. Zawsze, gdy zrobimy krok do przodu i myślę, że wszystko między nami jest w porządku, nagle cofamy się do punktu wyjścia wyrzuciła z siebie i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć mu w twarz.
Nie wiedziała, dlaczego tak się denerwuje. Było jej wstyd za swoje zachowanie i ciężko było przyznać się do winy, ale miała świadomość, że to nie powód do tych wszystkich emocji, które targały nią w tym momencie, gdy czekała na jakąkolwiek reakcję mężczyzny.
- Przepraszam – wyszeptała ze skruchą, zmuszając się, by nie spuścić wzroku.
Hermiona dawno już nie czuła się tak bezradnie, jak teraz. Cała sytuacja i towarzyszące jej emocje były dezorientujące. Podobnie jak przenikliwe spojrzenie Dracona, który bez słowa lustrował jej twarz.
- Chciałem zobaczyć, czy wyjdziesz za mną odparł zdawkowym tonem, gdy już myślała, że cisza między nimi będzie trwać wieczność.
- Testowałeś mnie? Upewniła się, mrużąc oczy i nie wiedząc czy ma większą ochotę, aby go przekląć, czy aby się roześmiać z absurdalności tej sytuacji.
- Coś w tym rodzaju odparł z delikatnym uśmiechem, który był tak niecodzienny, że nie potrafiła go nie odwzajemnić.
- Zdałam? Zapytała z nutą przekory, a Malfoy posłał jej zadziorny uśmiech i pokonał ostatni oddzielający ich odcinek.
- Wybitnie, panno Granger – powiedział łagodnym tonem, zakładając jej zbłąkany kosmyk za ucho i muskając przy tym delikatnie jej policzek, czym nieświadomie wywołał szybsze bicie serca. Jak zawsze dodał ze znajomą nutą uszczypliwości, która rozładowała wiszące między nimi napięcie.

Czuła delikatne muśnięcie na policzku, a potem ciepły pocałunek na dłoni, która po chwili została zamknięta w dodającym sił uścisku. Draco. To była jedyna myśl, jaka przeszła jej przez głowę i bardzo chciała w jakikolwiek sposób odpowiedzieć na jego obecność. Potem poczuła, jak ktoś wlewa do jej ust jakiś gorzki, ziołowy napar i zmusza ją, by przełknęła. Poddała się. Jakaś jej cząstka podpowiadała nieśmiało, że żyje, a ciepło bijące od Dracona podsycało tą myśl. Chciała żyć i pragnęła z całego serca pokazać gładzącemu jej dłoń mężczyźnie, że ciągle jest przy nim. Niestety napierająca senność osłabiła jej wolę, ponownie pogrążając jej umysł w ciemności.

***
Pokonując ostatnie stopnie prowadzące na szczyt Wieży Astronomicznej, poluzował krawat i wciągnął rześkie wieczorne powietrze. Oparł się łokciami o metalową barierkę i przymknął powieki, starając się odzyskać kontrolę nad szalejącymi w jego głowie myślami. Czuł gorzki posmak upokorzenia i odrzucenia. Coś mu podpowiadało, że choćby starał się jeszcze bardziej i tak nigdy nie odkupi swoich win. Zacisnął palce na metalowej obręczy, starając się zagłuszyć echo słów nieznajomej kobiety, która zastąpiła mu drogę i obrzuciła najgorszymi znanymi jej obelgami. Zarówno słowa, jak i udręczony wzrok czarownicy prześladowały go przez całą paradę na cześć wygranej Drugiej Wojny z Voldemortem. Dopiero tu, na błoniach Hogwartu, gdzie odbyło się ostateczne starcie i gdzie wszystko się zakończyło, stracił nad sobą panowanie. Tuż po końcowej przemowie Harryego, wymknął się niepostrzeżenie i skrył na dachu Wieży Astronomicznej. Było to miejsce, które na ostatnim roku nauki, stało się zarówno jego azylem, jak i przekleństwem związanym z zadaniem od Czarnego Pana, któremu nie podołał. Nie wiedział, czy nie potrafił zabić Dumbledorea przez strach, czy przez to, co dostrzegł w jego oczach. W błękitnych tęczówkach dyrektora po raz pierwszy otrzymał zrozumienie, nadzieję i wiarę w niego. Mieszanka tych uczuć sprawiła, że coś w nim pękło. To w tamtym momencie zawrócił i uświadomił sobie, że nie chce stać się kopią swego ojca. Wiara Albusa Dumbledorea rozpaliła w nim nadzieję, która nie zgasła nawet po jego śmierci.
Zacisnął zęby, słysząc kroki. Nie był w nastroju na czyjeś towarzystwo. Prawdę mówiąc liczył na to, że nikt nawet nie zauważy jego nieobecności na bankiecie w Wielkiej Sali.
-  Nie musisz mnie niańczyć, Zabini sarknął, gdy odgłos kroków ucichł, a nie słysząc odpowiedzi odwrócił się. Granger Nie wiedziałem, że to ty wypalił, zaskoczony widokiem uważnie przyglądającej się mu kobiety.
- Coś mi mówiło, że cię tu znajdę powiedziała, robiąc niepewny krok w jego stronę i zatrzymała się zachowując odpowiedni dystans, zupełnie jakby nie chciała naruszać jego strefy komfortu.
- A szukałaś mnie, bo? Zapytał obcesowo.
Ostatnimi czasy nie czuł się przy niej pewnie. Obecność Hermiony wywoływała w nim sprzeczne uczucia i bał się własnych reakcji. Niestety im bardziej się starał, aby trzymać kobietę na dystans, tym większą potrzebę bycia obok niej czuł. Rozsądek podpowiadał mu, że nie powinien angażować się w to bardziej. I naprawdę starał się słuchać jego głosu. Głosu, który z dnia na dzień stawał się coraz cichszy w porównaniu z tym, czego potrzebowało jego serce. Serce, które zamknął za lodowym murem, by już nigdy nie pozwolić na to, by ktoś go zranił.
- Chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku odparła szczerze, co sprawiło, że wszelkie złośliwe riposty, które miał na końcu języka, uleciały mu z głowy.
Zamiast tego w jego wnętrzu rozpaliło się przyjemne ciepło, którego dawno już nie czuł, a które pogłębiło wyrwę w jego murze. Przez chwilę przyglądał się kobiecie w milczeniu, doszukując oznak kpiny lub współczucia na jej twarzy, lecz niczego takiego nie znalazł. Z jej oczu biła autentyczna troska, która na swój sposób go rozbrajała, czyniąc zaskakująco bezbronnym.
- Po prostu musiałem odpocząć od tego całego zamieszania -  odparł wymijająco, na co Hermiona uśmiechnęła się nieznacznie, a następnie wyminęła go i oparła się o barierkę.
Przez chwilę obydwoje milczeli, każde pogrążone w swoich myślach.
- Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tęskniłam za tym miejscem westchnęła i przeniosła wzrok na Malfoya. Choć paru rzeczy mi nie brakuje wytknęła z zadziornym uśmiechem, na co pokręcił jedynie głową z rezygnacją i poddając się, stanął obok szatynki. Byłeś strasznym dupkiem.
- A ty byłaś strasznie irytującym kujonem odgryzł się z delikatnym półuśmiechem, podejmując grę. Gdybyś nie była tak przemądrzała
- A ty gdybyś panował nad swoim przerostem ego…
- Gdybyś
-…był taki jak teraz, może nawet bym cię polubiła weszła mu w słowo, przerywając ich dziecinne droczenie.
Draco uniósł lewą brew i przez chwilę analizował jej słowa w milczeniu. Słowa, które rozbudzały w nim nadzieję. Nadzieję, w którą tak bardzo obawiał się uwierzyć.
- Czego ty ode mnie chcesz, Granger? – Zapytał zmęczonym tonem, wiedząc że szatynka i tak nie odpuści dopóki nie dostanie tego, czego chce.
- Wróć ze mną do Wielkiej Sali powiedziała bez ogródek.
- Myślę, że moja obecność jest tam zbyteczna. Więc jeśli nie masz nic przeciwko, pobawię się w swoim towarzystwie odparł z ironicznym uśmiechem.
- Chowając się tu niczego nie osiągniesz powiedziała zniecierpliwiona, a on spojrzał na nią chłodno.
- Nic nie wiesz, Granger.
- Czyżby? W takim razie mnie oświeć. Chciałabym wiedzieć, jaka jest prawda?
- Prawda?
- Tak. Prawda. Prawda, o której niby nic nie wiem. Prawda, której tak zazdrośnie strzeżesz. Prawda, której tak bardzo się boisz i odpychasz każdego, kto próbuje się do niej zbliżyć.
- Prawda… A czy jesteś na nią gotowa? Czy wiesz, co z nią zrobisz, jak już ją poznasz? Zapytał z przekąsem, wiedząc że gdyby pozwolił sobie na szczerość, straciłby ją.
- Przestań – powiedziała, nie chcąc widzieć tej upiornej maski, jaką włożył, aby ją odstraszyć.
- Jesteś gotowa, by stanąć z moimi demonami oko w oko?
W odpowiedzi Hermiona posłała mu harde spojrzenie. Bardzo starała się ukryć wszystkie targające nią emocje, lecz on już dawno nauczył się czytać z jej twarzy jak z otwartej księgi. Dostrzegł w jej oczach zawahanie, które trwało tylko kilka sekund. Wyciągnęła rękę i położyła dłoń na jego nieogolonym policzku. Otworzył szerzej oczy, zaskoczony ale i zaintrygowany jej ruchem.
- Przestań mnie w końcu odpychać, Draco – zganiła go łagodnym tonem. - Nie boję się ciebie wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy.
- A ja się boję odparł szeptem, odwzajemniając jej spojrzenie. Boję się, że stanę się demonem, który siedzi we… - zaczął, lecz nie pozwoliła mu skończyć, kładąc dłoń na ustach.
- Ja w ciebie wierzę, Draco – powiedziała, ujmując jego twarz w swoje dłonie, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Po jej słowach zapadła między nimi cisza. Patrzył na kobietę, nie potrafiąc odwrócić wzroku od jej oczu. Było w nich tyle ciepła, troski i wiary. I to ta wiara, z jaką na niego patrzyła, sprawiła że przepadł. Jej wiara była niczym lina rzucona topielcowi. I to jej się uchwycił, aby nie zatonąć. Była nadzieją.
Hermiona chciała cofnąć dłoń, lecz powstrzymał ją, ujmując jej nadgarstek i składając na nim delikatny pocałunek. Uśmiechnęła się delikatnie na ten gest, jakby rozumiała, co chciał jej przekazać. Zmrużyła oczy, jakby rozważała coś w myślach, a następnie wspięła się na palce i przytuliła go. Nie mógł nic poradzić na to, że pod wpływem jej niespodziewanego gestu jego ciało spięło się. To był chyba pierwszy raz, gdy to Hermiona wyszła naprzeciw niemu. Czuł jej ciepło, oddech na szyi, niepewny dotyk. Zupełnie, jakby miała świadomość, że weszła na kruchy lód, który w każdej chwili mógł się pod nią zarwać. Wiedział, że teraz ruch należał do niego. Bo to od niego zależało, czy ten lód utrzyma jej ciężar. W jego głowie toczyła się prawdziwa wojna pomiędzy uczuciami, a zdrowym rozsądkiem. Wahał się jednak tylko chwilę, nim objął ją delikatnie. Uśmiechnął się mimowolnie, gdy zauważył, że pod wpływem jego dotyku Granger rozluźnia się. Przesunął dłonią po jej plecach, badając ich fakturę i zamknął oczy, zanurzając twarz w jej włosach. Hermiona pogładziła jego kark i oparła podbródek na barku. Trzymając ją w ramionach i mając ją tak blisko siebie czuł się tak, jakby po bardzo długim czasie wszystko zalazło się na swoim miejscu. To był pierwszy raz, gdy pozwolił komuś przejść za mur, którym otoczył swoje uczucia i myśli. Pierwszy, gdy zechciał, aby ktoś został tam na dłużej.
Poczuł, jak Hermiona delikatnie odsuwa się od niego. Spojrzała na niego niepewnie z pewną dozą ciekawości, zupełnie jakby starała się odgadnąć jego myśli.
- Dziękuję – powiedział cichym aczkolwiek zdecydowanym głosem, odgarniając jej z czoła zbłąkany kosmyk i zakładając jej go za ucho.
Uśmiechnął się widząc zaskoczenie, ale i iskierkę ciepła w jej oczach, gdy odwzajemniła uśmiech. Nie spodziewał się, że ta mała iskierka ciepła, jaką rozpaliła kobieta jakiś czas temu, zamieni się w tak silny płomień, który gotów był spalić cały świat, gdyby ona zniknęła z jego życia.
- Gdziekolwiek jesteś, wracaj… Wróć do mnie, jak wróciłaś po mnie tamtego dnia – powiedział cicho, będąc na skraju przepaści. – Pamiętasz, jak powiedziałem, że boję się samego siebie? Ten strach był niczym w porównaniu z tym, co czuję w tej chwili. Teraz boję się znacznie bardziej. Bez ciebie zostanie już tylko ciemność – wyznał szeptem, zamykając oczy i tuląc bezwładną dłoń Hermiony

***

To było jak przebudzenie po długiej chorobie. Wiele razy podejmowała próbę uchylenia powiek, ruszenia ręką, wypowiedzenia słowa. Niestety każda kończyła się niepowodzeniem. Bodźce z zewnątrz dochodziły do niej, lecz nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Zawsze w tych krótkich chwilach wyczuwała czyjąś obecność. Czasami czuła przyjemne ciepło rozlewające się po jej ciele. Ciepło to wlewało w nią siłę, dodawało otuchy i pozwalało utrzymać na powierzchni. Tym razem było inaczej. Po raz pierwszy udało jej się uchylić ciężkie powieki. Zamrugała kilka razy, by przyzwyczaić się do światła i rozejrzała po skromnym wnętrzu. Nie miała pojęcia, gdzie jest. Wszystko wydawało się obce. Do jej uszu, jakby z opóźnieniem dotarł świergot ptaków zza uchylonego okna i ciche pochrapywanie. Powoli przekręciła głowę w kierunku źródła i uśmiechnęła się delikatnie. Czuła suchość w gardle i bolały ją mięśnie. Wszystko jednak wskazywało na to, że przeżyła. Nie miała pojęcia, jakim cudem jest wśród żywych, lecz była wdzięczna Bogu, że dał jej tę szansę. Odruchowo przesunęła dłoń w miejsce, gdzie powinna być rana po sztylecie i wstrzymała oddech, gdy nie odnalazła nawet blizny. Ściągnęła brwi, gdy jej umysł zalała fala pytań, na które nie znała odpowiedzi. Ponownie spojrzała na przyjaciela, który wyglądał na wyczerpanego, lecz poza siniakami i zadrapaniami, nie odniósł żadnych poważniejszych ran.
- Harry – skrzywiła się, gdy z jej ust wydobyło się coś na podobieństwo skrzeku i ponowiła próbę. Harry.
Tym razem jej się udało. Mężczyzna drgnął i podniósł gwałtownie głowę, poprawiając okulary i prostując się. Rozejrzał się po pokoju i przeniósł wzrok na nią. Widząc, że jest przytomna, otworzył szeroko oczy i pobiegł do drzwi, robiąc mnóstwo hałasu. Następnie dobiegł do łóżka i ujął jej rękę, składając pocałunek.
- Obudziłaś się, Herm wyszeptał, a w jego oczach pojawiły się łzy ulgi i szczęścia. Myślałem, że cię straciliśmy - urwał wzruszony, lustrując niespokojnie jej twarz.
W odpowiedzi uścisnęła delikatnie jego dłoń i uśmiechnęła się sennie. Miała tyle pytań i wątpliwości, że nie wiedziała, o co zapytać w pierwszej kolejności. Już otwierała usta, by rozwiać pierwszą z nich, gdy drzwi do pokoju uchyliły się i do środka weszła jedna z kapłanek. Starsza kobieta uśmiechnęła się ciepło i położyła dłoń na czole Hermiony. Znajome ciepło rozlało się po jej ciele, wlewając w nią nowe siły. Przymknęła powieki i westchnęła z ulgą, gdy zniknął ból mięśni.
- Witaj wśród żywych, Hermiono – powiedziała kapłanka z łagodnym uśmiechem. – Jak się czujesz? – Zapytała, podając jej ziołowy napar i szklankę wody.
- W porządku. Jak na kogoś, kto przeżył własną śmierć – próbowała żartować i skrzywiła się mimowolnie po wypiciu lekarstwa. – Jestem tylko zdezorientowana – wyznała, z wdzięcznością odbierając od kobiety szklankę wody i pozbywając się gorzkiego smaku ziół.
- To naturalne. Wkrótce odzyskasz pełnię sił – uspokoiła ją łagodnym tonem. -Przekażę Danielle, że odzyskałaś przytomność. Ucieszy się. Jak my wszyscy – powiedziała kapłanka z dobrodusznym uśmiechem.
- Danielle? Przeżyła? – Zapytała z napięciem, patrząc z nadzieją na kobietę.
- To ona cię sprowadziła – odparła życzliwie. – Byłaś bardzo dzielna, kochanie. Odpoczywaj. Zajrzę do ciebie później – dodała, obdarzając ją ciepłym uśmiechem i ruszyła w stronę wyjścia.
- Jak? – Zapytała Hermiona, kierując pytanie do swojego przyjaciela.
- Ollivander – odparł krótko, a widząc uniesione wysoko brwi przyjaciółki, dodał – Jego i Danielle łączy coś więcej niż służba dla Zakonu. Okazuje się, że Karma jest ich córką. Danielle zaraz po jej urodzeniu oddała ją Garricowi, by zabrał ją jak najdalej od Stella Mortis. Chciała lepszego życia dla swojej córki. Ollivander spełnił jej prośbę i sam wychował Karmę. W oficjalnej wersji jej matka zmarła w czasie porodu. Obydwoje wiedli spokojne życie do czasu pojawienia się Evy – wyjaśnił, a Hermiona z niedowierzaniem starała się poukładać wszystkie fakty w logiczną całość. - Gdy Danielle i Garric spotkali się po latach i gdy Eva porwała Karmę, by manipulować Ollivanderem, postanowili działać. Na początku robili to na własną rękę jednak szybko się okazało, że Eva jest zbyt potężna, by zabić ją w bezpośrednim starciu. Wtedy pojawiłaś się ty i stałaś się częścią tego planu. To, co zrobiłaś… - urwał, zaciskając zęby i patrząc na nią z mieszaniną różnorodnych uczuć. – Nigdy więcej nie waż się posunąć tak daleko, Herm – powiedział śmiertelnie poważnym głosem, który słyszała po raz pierwszy. – To, co zrobiłaś było odważne i szlachetne, to prawda. Ale gdy pomyślę o tym, jak mogło się skończyć… Mogliśmy nie zdążyć…
- Ale zdążyliście – przerwała mu, odwzajemniając udręczone spojrzenie. – Zdążyliście – powtórzyła łagodnie i ujęła jego dłoń, którą uścisnął.
- Do teraz nie było to tak oczywiste – wyznał cierpko, po czym zwiesił głowę. – Przepraszam, że nie zdołałem cię ochronić. Gdybym…
- Hej… - przerwała mu, przesuwając się bliżej i kładąc dłoń na jego pościeranym policzku. – Spójrz na mnie, Harry – poprosiła, chcąc uchwycić jego wzrok. – To nie twoja wina. Chroniłeś mnie najlepiej jak potrafiłeś, zapewniłeś bezpieczeństwo moim rodzicom i poświęciłeś się, by uratować Molly. W dodatku uratowałeś mi życie. Jesteś przyjacielem, o którym zawsze marzyłam – wyznała, gdy po długiej chwili wahania podniósł na nią pełne poczucia winy spojrzenie. – Jesteś niesamowitym czarodziejem, Harry. Odważnym, szlachetnym, sprawiedliwym, współczującym. I kocham cię za to, jaki jesteś – wyznała, a on posłał jej blady uśmiech.
- Ja też cię kocham, Herm – odparł, a ona przytuliła go mocno.
 - Nikt nie miał szans z Evą – powiedziała wciąż tkwiąc w ramionach przyjaciela. - Jej magia…Ona była jak ogień. Bezlitośnie i bez skrupułów niszczyła wszystko, co stanęło jej na drodze – dodała martwym głosem i odsunęła się na tyle, by spojrzeć w oczy mężczyźnie. – Czy ona nie żyje? – Zapytała z namacalnym napięciem w głosie.
Harry westchnął ciężko i pokręcił głową.
- Nie wiem – odparł zmęczonym głosem. – Wszystko potoczyło się tak szybko. Zamknęliśmy ją w krypcie, odciętą od swoich mocy, ale nie mamy pewności, że zginęła.
- Jak? – Zapytała, nie odrywając oczu od strapionej twarzy mężczyzny.
- Wypiłem eliksir wielosokowy i pod postacią Dracona udałem się na rytuał. Malfoy ukryty pod peleryną niewidką miał przedostać się do ciebie i utrzymać przytomną do czasu uwolnienia Danielle przez Karmę. Dzięki Ollivanderowi wiedzieliśmy, gdzie będziesz i jak rozlokowani będą strażnicy. Tuż przed rytuałem Garric wpuścił Dracona do zamku. Jednocześnie przesłał nam instrukcje, dzięki którym mogliśmy ustawić poszczególne grupy Aurorów. Gdy Eva weszła do krypty, znalazła się w polu magnetycznym i straciła dostęp do swoich mocy. Wtedy zawaliłem wejście, a Ollivander zerwał połączenie z kotwicami i razem z Danielle i Karmą ruszyli do ciebie – wyjaśnił bezbarwnym, spokojnym głosem.
- To znaczy, że wygraliśmy – powiedziała cicho, nie mogąc uwierzyć, że to koniec tego koszmaru.
Sama nie wiedziała, co czuje. Była to na pewno wielka ulga. Nie śmiała nawet marzyć o tym, że wszyscy wyjdą cało z tego koszmaru. Czując pod powiekami napływające łzy, zamrugała kilka razy, nie chcąc się rozkleić.
- Wygraliśmy – przytaknął Harry zmęczonym tonem. – Ale jakim kosztem – dodał z goryczą, a ona nie wiedząc jak dodać mu otuchy, ponownie go przytuliła.
- Przetrwamy to, Harry. Jak zawsze – wyszeptała, wsłuchując się w jego miarowy oddech i rytmiczne bicie serca. – Razem – zapewniła już pewniejszym głosem.
- Razem – odparł, głaszcząc ją uspokajająco po plecach i całując w czubek głowy.
Przymknęła powieki i uśmiechnęła się na ten czuły gest ze strony Harry’ego. Był jej największym prezentem od losu. Wsparciem i pocieszeniem. Bratem, którego kochała bezgranicznie i przyjacielem na całe życie.
- Najważniejsze, że żyjesz, a Eva jest tam gdzie jej miejsce i skąd już nigdy nikogo nie skrzywdzi – dodał z osobliwą  nutą w głosie. – Osobiście tego dopilnuję – zapewnił, a ona przeniosła na niego zaniepokojone spojrzenie, znając go na tyle, by wiedzieć, że coś planuje.
- Harry… - zaczęła, lecz nie dał jej skończyć.
- Pójdę po Malfoya. Obiecałem, że jak tylko otworzysz oczy, przyjdę po niego – wszedł jej w słowo, zmieniając temat i wywołując szybsze bicie serca. – Musiałem mu to obiecać, żeby dał się zacerować – dodał z rozbawieniem, a widząc jak oczy szatynki otwierają się szeroko, dodał uspokajającym tonem – Nic mu nie jest. Choć nie jest już taki przystojny – dodał konspiracyjnym szeptem, a ona uśmiechnęła się z pobłażaniem.
- I tak wyglądam lepiej od ciebie, Potter.
Zachrypnięty, kpiący głos zwrócił ich uwagę na to, że nie są już sami. Hermiona wstrzymała oddech, uważnie lustrując sylwetkę Dracona i upewniając się, że nic mu nie jest. W tym momencie cała reszta przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Harry widząc, że i tak już nikt nie zwraca na niego uwagi, uśmiechnął się ze zrozumieniem i całując przyjaciółkę w czoło, wstał z fotela.
- Przygotuję wszystko do naszego wyjazdu powiedział i ruszył w stronę wyjścia.
Mijając Dracona, położył mu dłoń na barku i uścisnął lekko, a następnie zostawił ich sam na sam.
- Draco…
Jego imię wyrwało go z letargu. W błyskawicznym tempie znalazł się przy jej łóżku i ujął jej twarz w dłonie błądząc niespokojnym wzrokiem po twarzy, jakby nie mogąc uwierzyć, że znów ma ją obok siebie.
- Wróciłaś – powiedział i bez zbędnych słów pocałował.
Jego pocałunki były gwałtowne i zachłanne. Pełne pasji i zaborczości. Zupełnie tak, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystkie emocje, z jakimi nie potrafił sobie poradzić.  Poddała się jego ustom i dotykowi, odpowiadając na nie równie żarliwie. Westchnęła cicho, gdy Draco musnął jej wargi ostatni raz. Potrzebowała go tak samo, jak on jej. Niepewność jutra i strach, jaki towarzyszył jej w ciągu ostatnich miesięcy sprawiały, że bliskość Dracona wlewała w nią płomień nadziei. To właśnie jego miłość dawała jej siłę, by doprowadzić wszystko do końca.
- Wróciłaś do mnie wyszeptał, przytulając ją mocniej i wdychając znajomy zapach, a ona wtuliła się ufnie w jego ramiona. - Kocham cię wyznał cicho, odsuwając ją nieznacznie i złączając ze sobą ich czoła.
Słowa mężczyzny wywołały czuły aczkolwiek smutny uśmiech na jej twarzy. Ujęła delikatnie jego twarz w swoje dłonie, gładząc nieogolony policzek. Wzrok Dracona był zmęczony, lecz nawet wtedy potrafiła dostrzec w spojrzeniu mężczyzny strach, tęsknotę, udrękę i miłość. Rzadko miała okazję oglądać go tak obnażonego, bez masek i poza kontrolą. Bez słowa przytuliła go, wtulając twarz w zagłębieniu szyi i wsłuchując się w miarowy oddech. Wplotła palce w jego włosy i gładziła go czule, dając mu czas na uspokojenie się. Czuła, jak bardzo jest spięty i rozstrojony emocjonalnie. Znała Dracona na tyle, by wiedzieć, że potrzebuje czasu, aby oswoić się z tym, co go dręczy. Potrafiła go zrozumieć, ponieważ sama postępowała identycznie. Byli tak różni, a jednocześnie tak podobni do siebie. Przez zbyt długi czas pozwoliła na to, by te różnice przechylały szalę i dzieliły ich od siebie. Potrzebowała wielu lat, by to zrozumieć. Zbyt wielu.
- Kocham cię, Draco wyszeptała. Bez względu na to, co się wydarzy. Bez względu na to, co każde z nas będzie musiało zrobić. Nic nie zmieni mojego uczucia do ciebie dodała, powstrzymując łzy i mocniej wtulając się w jego ramiona.
Czuła, jak pod wpływem jej słów mięśnie mężczyzny spinają się. Wiedziała, że zrozumiał. Nie musiał nic mówić, nie oczekiwała wyjaśnień. Czuła jednak, że nie może pozwolić, by Draco czuł się winny. Od początku była świadoma ceny, jaką zapłacił Evie za te krótkie chwile, które mogli spędzać razem. Wiedziała i nienawidziła jej za to całym sercem. Nie potrafiła jednak potępić Dracona za jego wybory. Ona też zrobiłaby wszystko, by go nie stracić i wiedzieć, że jest bezpieczny. Była nawet gotowa oddać w ręce wroga broń masowej zagłady, byleby ochronić bliskich. Draco był zarówno jej siłą, jak i słabością. Eva była tego świadoma. To dlatego wybrała właśnie jego. Chciała, aby Hermiona była od niej zależna. Wiedziała, że jest zbyt słaba, by poświęcić miłość. Kapłanka nie przewidziała tylko tego, że ta karta przetargowa może się odwrócić na jej niekorzyść.
- Hermiona… – zaczął, odsuwając ją delikatnie od siebie i niepewnie zaglądając w oczy.
Zupełnie jakby doszukiwał się w nich oznak potępienia, zawodu lub złości. Dotarło do niej, że mężczyzna najzwyczajniej w świecie boi się, że go odtrąci. Był tak niepewny, tak inny od mężczyzny, którym był na co dzień. Zastanawiała się, dlaczego nie zauważyła tego wcześniej. Wolała koncentrować się na jego wadach, bo tak było łatwiej go nienawidzić i uciekać. Była zbyt dumna, by dostrzec to, jaki Draco jest naprawdę. Ignorowała wszystkie jego przyjazne i dobre gesty, wmawiając sobie, że to gra. Dziś żałowała, że duma zaślepiła jej osąd i nie zamierzała pozwolić, by historia zatoczyła koło.
- Hermiono, ja… - zaczął, jakby chcąc się upewnić, że ma ona świadomość tego, co zrobił, lecz kobieta nie dała mu skończyć.
- Wiem, Draco – weszła mu w słowo, cały czas patrząc prosto w oczy, które w tej chwili patrzyły na nią nieufnie z pewną dozą niepewności i strachu. To nic. To niczego nie zmienia – zapewniła stanowczo, zamykając jego twarz w swoich dłoniach.  Chciała, żeby uwierzył, że nic nie zniszczy jej miłości do niego. Wiem, że się bałeś. I wiem, do czego ten strach może doprowadzić, gdy chodzi o życie kogoś, kogo się kocha. Ale to niczego nie zmienia – przekonywała, a gdy wciąż dostrzegła niepewność mężczyzny, dodała - Pamiętasz, o co mnie kiedyś zapytałeś? Pamiętasz naszą rozmowę na Wieży Astronomicznej?
W odpowiedzi Draco powoli skinął głową, lecz z całej jego postawy ciągle biło napięcie.
- Jesteś gotowa, by stanąć z moimi demonami oko w oko?
- Nie boję się ciebie wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy.
- A ja się boję – odparł szeptem, odwzajemniając jej spojrzenie. – Boję się, że stanę się demonem, który siedzi we… - zaczął, lecz nie pozwoliła mu skończyć, kładąc dłoń na ustach.
- Ja w ciebie wierzę, Draco…
Uśmiechnęła się czule i wygładziła podłużną zmarszczkę, jaka powstała pomiędzy jego ściągniętymi brwiami.
- Nie boję się ani ciebie, ani twoich demonów. Nie jesteś potworem. Wierzę w ciebie całym sercem. Tak jak wierzę w nas wyszeptała patrząc w ukochane szare tęczówki mężczyzny. Oczy, z których tak długo uczyła się czytać.
- Ostatnie godziny były najgorszą torturą, jaką przeżyłem. Kiedy twoje serce przestało bić… Kiedy przestałem je czuć… Myślałem, że cię straciłem… Nawet nie potrafię opisać tego, co czułem… - zaczął nieskładnie, a ona słuchała w milczeniu, poruszona intensywnością jego uczuć. – Zupełnie, jakby ktoś rzucił mnie w ciemną otchłań bez dna. Jakbym wdychał żar, który trawił moje wnętrzności… - powiedział z trudem dobierając słowa, a ona poczuła, że nie jest w stanie już powstrzymywać łez. – Ja… – urwał, nie wiedząc jak wyrazić słowami to, co czuł.
- Wiem – zapewniła zdławionym głosem, a on spojrzał na nią z mieszaniną różnorodnych uczuć.
- To, co do ciebie czuję, przeraża mnie wyznał, ujmując jej twarz w dłonie. Jeszcze nigdy nie byłem od nikogo tak zależny wyszeptał, patrząc niespokojnie w jej zaszklone oczy, a ona pomyślała, że słowa Dracona idealnie odzwierciedla jej uczucia. – Jest w tobie coś…co sprawiło, że odnalazłem w sobie to, co według mnie było już stracone. Jesteś moim światłem, Hermiono Granger. Moją nadzieją…