piątek, 15 września 2017

Rozdział XXXVII "Dlaczego nie ja?"

Kochani,
witam Was ciepło i przychodzę z nowym rozdziałem.
Mam świadomość, że pojawiam się z poślizgiem, a część z Was (patrząc na liczbę komentarzy) straciła chyba nadzieję albo cierpliwość. Tym bardziej dziękuję tym, którzy mimo wszystko trwają przy mnie i czekają na nowe odsłony Rozbitków. Dziękuję!;* Bez Was nie miałabym motywacji, by mimo wszystkich obowiązków i spraw, wracać tu z nowymi rozdziałami. 
Przepraszam Was za opóźnienie i brak jakichkolwiek informacji. Jest mi naprawdę bardzo przykro.
Rozdział wyjątkowo trudny ze względu na emocje, jakie mu towarzyszą. I to chyba konfrontacja z tymi emocjami poza zmęczeniem była najtrudniejszym wyzwaniem. Wybaczcie proszę ewentualne literówki i niewyłapane błędy oraz samowolkę worda. Starałam się wszystko wychwycić i poprawić, jednak i mnie zdarzają się niedopatrzenia;)
Zapraszam do lektury.
Ściskam Was ciepło!;*
Wasza Villemo.



Rozdział XXXVII  „Dlaczego nie ja?”


Spiął się, słysząc echo odbijających się o kamienną posadzkę kroków. Zsunął się z niewygodnej pryczy, podzwaniając ciężkimi kajdanami, i zacisnął pięści z napięciem wsłuchując się w coraz wyraźniejszy dźwięk. Zastanawiał się, czy dzisiejsza wiadomość była prawdziwa, czy to nie wytwór jego zgnębionej podświadomości. Bądź gotów. Dwa z pozoru nic nieznaczące słowa, skreślone starannym pismem, ukryte w bochenku chleba, jaki dostał na śniadanie. Nim zdążył przetrawić ich znaczenie, niewielki pergamin spłonął na jego oczach, pozostawiając po sobie nikły zapach spalenizny. Zapach tak wyraźny, że nie śmiał wątpić w realizm tego, co miało się wydarzyć. Od tamtego momentu podrywał się za każdym razem, gdy przy jego celi pojawiał się strażnik lub gdy ktoś wchodził do podziemnych korytarzy, gdzie na proces czekali potencjalni skazańcy. Tak było i tym razem. W tej chwili, tak jak poprzednio, znów był gotów. Adrenalina krążąca wraz z krwią w jego żyłach obudziła w nim pokłady sił, które stracił razem z utratą Evy.
Zamknął oczy, a wtedy znów ujrzał jej pełne niezrozumienia spojrzenie, które uchwycił na ułamek sekundy przed tym, nim grota zawaliła się. Spojrzenie, które w przypływie zrozumienia spoczęło na nim. W jej wzroku nie było strachu o siebie. Eva była nieustraszona. To o niego się bała. Zamiast podjąć próby ratunku, upewniła się, że nic mu nie jest. Nie bała się, bo wiedziała, że on zrobi wszystko, by wydostać ją z tej przeklętej groty. Merlin mu świadkiem, że nie pragnął niczego innego. Wydając polecenia, sam ruszył w kierunku rumowiska i przebił się przez pierwszą linie gruzu. Rzucał zaklęciami na oślep, byleby wydostać kobietę z tej śmiertelnej pułapki. Nie zauważył jednak, że jego armia zaczyna przegrywać, a Olivander zdradził ich, przerywając połączenia z kotwicami i przechodząc na stronę wroga. Nie zauważył, że gdy on desperacko walczył z żywiołem, Potter z łatwością zakradł się do niego i pokonując barierę ochronną, rozbroił go. Stojąc naprzeciw dawnego kompana, poczuł taką wściekłość, że bez zastanowienia rzucił się na mężczyznę z gołymi rękoma. Jeszcze nigdy nie czuł takiej chęci mordu jak wtedy. Poprzysiągł sobie, że jeśli jakimś cudem, uda mu się kiedyś uciec, to osobiście zabije Pottera. Żałował, że nie pozwolił Evie pozbyć się mężczyzny, gdy był w ich rękach. Gdyby nie sentymenty, Eva byłaby bezpieczna.
Kroki stały się bardziej wyraźne. Blask pochodni rozświetlił ciemny korytarz, a długie cienie wypełniły wnętrze jego celi, gdy strażnik wraz z uzdrowicielem stanęli przed drzwiami. Zmrużył przekrwione oczy, obserwując jak mężczyzna przekręca klucz i wpuszcza do środka jednego z magomedyków.
- Mógłby pan go rozkuć? – Pytanie brzmiące jak polecenie najwidoczniej nie spodobało się oddziałowemu, ponieważ auror ściągnął brwi i spojrzał z konsternacją na towarzysząca mu kobietę.
- To groźny przestępca…
- W tym momencie to mój pacjent – zaoponowała ze zniecierpliwieniem, wchodząc mu w zdanie. - Nie zbadam go, jeśli będzie obwiązanym tym żelastwem – dodała chłodno, a strażnik rzucił jej podejrzliwe spojrzenie. – Na słodką Morganę, to tylko jeden, w dodatku ranny więzień. Jeden silny, zdrowy auror chyba wystarczy, żeby go obezwładnić? A jeśli nie, to na drodze ucieczki czeka kolejnych dziesięciu – zauważyła poirytowanym głosem.
Strażnik nachmurzył się jeszcze bardziej, ale bez słowa wyjął pęk kluczy i podszedł do Oliwera. Mało delikatnym ruchem zdjął magiczne kajdany z jego nadgarstków i kostek. Dźwięk upadających obręczy był jak zwiastun nadchodzącej wolności. Wolności, która była na wyciągnięcie dłoni.
- Nie myśl nawet, żeby coś wywinąć, bo z miejsca potraktuję cię avadą – zagroził auror, łypiąc na niego groźnie.
Kobieta prychnęła pod nosem, a Oliwer odpowiedział mu beznamiętnym spojrzeniem. Wiedział, że gdyby chciał, z łatwością zabiłby mężczyznę. Zastanawiał się, czy kobieta również miała taką świadomość i dlatego ostrzegła go, że na górze czeka dziesięcioosobowy patrol. W pojedynku z trzema aurorami miałby jeszcze szansę. W obecnej sytuacji, był jednak z góry skazany na klęskę i utratę i tak nadwątlonych sił. 
- Skończył pan? – Ponagliła go uzdrowicielka i nie czekając na odpowiedź wepchnęła się między mężczyzn, rozstawiając obok podręczny kuferek z eliksirami i potrzebnymi narzędziami. – Proszę się położyć i podwinąć bluzkę – rozkazała łagodniejszym tonem.
Bez słowa spełnił polecenie, uważnie skanując twarz magomedyczki. Obserwował jej skupienie, gdy przemywała i opatrywała jego ranę, jaką odniósł w walce z Potterem oraz podłużną zmarszczkę na środku czoła, gdy nakładała maść i opatrunek.
- Proszę usiąść – powiedziała i sięgnęła po bandaż. – Ręce na bok – poleciła, a on z lekkim grymasem zastosował się do niego. – Dziś w nocy – cichy szept był najsłodszym dźwiękiem, jaki słyszał od wielu dni. – Wyciągnę cię stąd. Maść, którą cię posmarowałam zawiera eliksir spowalniający funkcje życiowe. Niedługo zacznie działać – dodała, nachylając się tak, że kurtyna włosów zasłoniła jej twarz.- Możesz mi zaufać. Portal do Munga przeniesie cię do kryjówki i tam podam ci antidotum – wyjaśniła pospiesznie ledwo słyszalnym szeptem, ponownie okręcając bandażem jego żebra, a on zmarszczył czoło, niepewny, czy może ufać nieznajomej. – Eva żyje. Czuję ją przez łączącą nas runę. Uwolnimy ją – oznajmiła, a jej słowa rozwiały wszystkie wątpliwości i podszepty zdrowego rozsądku. – Będę na ciebie czekać.
Żyła. Dla Oliwera tylko to się liczyło. Nawet, gdyby miał umrzeć, był gotów zaryzykować. Czuł, jak wielki głaz miażdżący jego serce pęka pod naporem nadziei, jaką rozbudziły w nim słowa kobiety.
- Może pan swobodnie oddychać? – Zapytała, a gdy skinął głową, zawiązała opatrunek i spakowała swoje rzeczy. – Gdyby poczuł pan ból w klatce piersiowej lub problemy z oddychaniem nasiliły się, proszę natychmiast zgłosić to strażnikowi – poleciła, zamykając kuferek i zwracając się w kierunku obserwującego ich czujnie aurora. – Proszę zaglądać tu co godzinę i w razie komplikacji natychmiast przenieść pacjenta do Munga – powiedziała surowym tonem, a mężczyzna mimo że niechętnie, skinął głową na znak zgody. – A i jeśli już musicie go skuć, to zostawcie mu wolne ręce. Biedak i tak ma problemy z oddychaniem, a to żelastwo waży tonę – dodała, ignorując nieprzychylne spojrzenie strażnika.
Oliwer nawet nie zwrócił uwagi na rozdrażnionego mężczyznę, który zakuwał go ponownie w kajdany. Jego myśli krążyły już wokół wolności i Evy. Ponownie spojrzał na stojącą przy drzwiach celi kobietę. Jej twarz była znajoma, jednak nie potrafił z odmętów wspomnień wyłowić jej imienia. Magomedyczka odwzajemniła jego spojrzenie. Chłód i determinacja w jej błękitnych oczach przypominały mu inne spojrzenie. Eva patrzyła w ten sam sposób, gdy była gotowa spalić wszystko, co stało jej na drodze, byleby osiągnąć cel. Wówczas go to przerażało. Tym razem jednak to spojrzenie go uspokoiło. Bo wszystko wskazywało na to, że obydwoje byli w stanie zrobić wszystko, by wydostać Evę z tej przeklętej groty.

***

Z westchnięciem zamknęła drzwi i odłożyła klucze na komodzie. Ściągnęła buty i kurtkę, którą odwiesiła na miejsce. Przeniosła wzrok na swoje odbicie w lustrze wiszącym nad komodą i wzięła głęboki oddech. Chciała być silna i spokojna, a przynajmniej chciała tak wyglądać. Jednak blada cera, cienie pod oczami oraz strach i niepewność bijące z jej oczu, psuły ten efekt. I nie chodziło o zarwaną noc, jaką spędziła u Hermiony. Cieszyła się, że przyjaciółka wróciła do nich w jednym kawałku i jednocześnie martwiła. Bo mimo okropieństw, jakie przeszli z Draconem i przeszkód, jakie pokonali, by dojrzeć do bycia razem, nie mogli zaznać spokoju. Widziała, jak przyjaciółka przejmuje się stanem Wiktora i jak obwinia się o to, jak go potraktowała. Trójkąt, w jakim tkwiła pomiędzy Draconem, a Wiktorem, był tak bardzo skomplikowany, że trudno było znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie dla wszystkich. W takich chwilach żałowała, że życie nie może być prostsze. Wystarczyło spojrzeć na nią i Harry’ego. Przymknęła powieki, a słowa Ginny ponownie uderzyły ją prosto w serce.

- Ty wiesz, gdzie był Harry – dobitne słowa Hermiony, były bardziej stwierdzeniem, niż pytaniem.
Pansy wstrzymała oddech i przystanęła przy uchylonych drzwiach, nasłuchując z napięciem przyciszonej rozmowy kobiet.
- Ginny…
- Był u mnie – poddała się rudowłosa z namacalnym wręcz poczuciem winy w głosie.
- Czy wy… - zaczęła Hermiona z napięciem i urwała zapewne pod wpływem niewerbalnej odpowiedzi przyjaciółki.
- Zrobiłam coś strasznego, Herm – wyznała zdławionym głosem rudowłosa. – Wyznałam mu prawdę – dodała, a szatynka westchnęła ciężko.
- Ginny… Ale dlaczego akurat teraz?
- Nie wiem. Może pomyślałam sobie, że teraz to bezpieczny moment, żeby pozbyć się tego ciężaru? W końcu skąd mogłam przypuszczać, że rozmowa potoczy się w tym kierunku? Nie powiedziałam tego, żeby stawać między nimi…
- Ginny… - zaczęła delikatnie Hermiona, ale rudowłosa nie pozwoliła wejść sobie w zdanie.
- Harry był tak zdołowany i załamany, szukał odpowiedzi. Chciałam tylko, żeby przestał zadręczać się przeszłością, żeby przestał karać się za coś, co nie było jego winą. To, co stało się między nami, to w dużej mierze moja wina. Gdybym…Sama nie wiem, jak dałam się podejść. Rozmowa potoczyła się tak szybko, że nawet nie zauważyłam, gdy przyparł mnie do muru. Spanikowałam i… i powiedziałam, że zjawiłam się na tym cholernym spotkaniu i że chciałam, żebyśmy naprawili to wszystko….
- Ginny…- Szatynka bezskutecznie próbowała przerwać chaotyczny słowotok przyjaciółki.
- Merlin mi świadkiem, że nie chciałam nikogo skrzywdzić. Chciałam dać nam szansę, żebyśmy uczciwie, bez obwiniania rozpoczęli nowe życie. Naprawdę chciałam… Tylko…- rudowłosa urwała i zaniosła się zduszonym płaczem
- O rany…Ginny…Ty go ciągle kochasz – przerażenie i niedowierzanie w głosie Hermiony, było niczym w porównaniu z tym, co Pansy poczuła w tamtym momencie.

Żałowała, że podsłuchała ich rozmowę. Żałowała, że potraktowała Harry’ego w tak oschły sposób i dała mu ultimatum, które popchnęło go w ramiona pierwszej miłości. Zamrugała kilka razy, chcąc przegonić wzbierające łzy i wypuściła wolno powietrze, chcąc uspokoić buzujące emocje. Niepewnie pokonała odcinek z przedpokoju do salonu. Jej uwagę zwrócił dogasający kominek i zgarbiona postać w fotelu. Poczuła częściową ulgę widząc, że Harry wrócił i najwidoczniej czekał na nią. Okulary zsunęły się na czubek jego nosa, gdy zasnął, a głowa zwisała pod dziwnym kątem i wiedziała, że Harry przypłaci noc w fotelu bólem mięśni. Podeszła do mężczyzny, niepewna, czy powinna go obudzić. Przykucnęła na kanapie i przyglądała się w milczeniu jego spokojnej twarzy. Twarzy, której rysy znała na pamięć. Twarzy, której widok od kilku lat witał ją każdego ranka i usypiał każdej nocy. Nie wyobrażała sobie, że ten stan mógłby się zmienić. Nie przeżyłaby tego. Sama myśl była nie do zniesienia.
Harry poruszył się niespokojnie, a ona otarła twarz z łez, które nieposłusznie wypłynęły wbrew jej woli. Z napięciem obserwowała jak Harry uchyla powieki, marszczy czoło i zaspany krzywi się poprawiając w fotelu. Jednak, gdy dostrzegł ją, po śladach znużenia nie było śladu.
- Nie powinieneś spać w fotelu – powiedziała cicho, byleby przerwać tę niezręczną ciszę.
- Czekałem na ciebie – wyjaśnił, spoglądając na nią niepewnie.
- Byłam u Hermiony. Nie chciałam siedzieć w pustym domu – powiedziała, nie patrząc na mężczyznę.
Nie chciała, by jej słowa zabrzmiały jak wyrzut. Jednak ostatnie wydarzenia i podsłuchana rozmowa zatruły jej umysł. Strach przed możliwością utraty Harry’ego i zazdrość o Ginny były silniejsze niż zdrowy rozsądek.
- Powinniśmy porozmawiać – zaproponował Harry, a ona zgodziła się z nim skinieniem głowy, choć nie była pewna czy jest gotowa na to, co usłyszy.
- Masz rację, powinniśmy – wydusiła, a czując jak emocje zaczynają brać górę, dodała – najpierw jednak chciałabym odpocząć. Nie… - zaczęła, podnosząc się i szykując do ucieczki, lecz przeszkodziła jej w tym silna, ciepła dłoń, chwytająca jej rękę.
- Pansy – powiedział łagodnie, kładąc drugą dłoń na jej ramieniu i zmniejszając dystans między nimi. – Spójrz na mnie – poprosił, a gdy nie zareagowała, uniósł jej podbródek, starając się nawiązać kontakt wzrokowy. – Nie uciekaj ode mnie, proszę.
Pod wpływem jego słów i sposobu, w jaki je wypowiedział, podniosła wzrok. Próbowała wyczytać coś z twarzy mężczyzny, lecz w tej chwili nie potrafiła jasno myśleć. Zupełnie jakby strach przed tym, co może usłyszeć, paraliżował jasny osąd sytuacji. Nigdy nie podejrzewałaby siebie o to, że będzie uciekać zamiast szukać rozwiązań. Nie wiedziała, dlaczego nie potrafi zawalczyć o Harry’ego. Miała świadomość, że powinna coś zrobić. Te lata, które spędzili razem, musiały znaczyć coś dla mężczyzny. Miała do niego większe prawo niż Ginny, która odtrąciła jego miłość. Weasley miała swoją szansę, lecz ją zmarnowała. Pansy powinna uczyć się na jej błędach. Myśl ta sprowokowała ją do działania.
- To ty uciekłeś, Harry – zaoponowała, czując jak coś boleśnie zaciska się na jej sercu.
- Nie uciekłem…
- Wobec tego, gdzie byłeś? – Zapytała, przechodząc do ataku.
Doskonale wiedziała, że od odpowiedzi, jakiej udzieli jej mężczyzna, zależy wszystko. Harry długo milczał, patrząc jej prosto w twarz. Oddałaby wszystko, byleby wiedzieć, jakie myśli krążą teraz w jego głowie. Żałowała, że nie nauczyła się leglimencji, choć może i dobrze, że nie znała jej zasad, ponieważ była pewna, że Harry nie wybaczyłby jej, gdyby wdarła się w ten sposób do jego głowy.
- U Ginny – powiedział, a ona dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wstrzymywała powietrze.
Nie wiedziała, czy czuje ulgę, czy żal. Jeśli miała szukać jakiś pozytywów, to przynajmniej wiedziała, że Harry jej nie okłamał. Jednak mimo jego uczciwości, nie potrafiła odnaleźć się w tej sytuacji. Wręcz przeciwnie. Była zagubiona i czuła się jak dziecko błądzące samotnie we mgle.
- Usiądźmy – zaproponował, a ona automatycznie przytaknęła i usiadła z brzegu kanapy. – Jest coś, o czym powinnaś wiedzieć – zaczął, a ona poczuła przeraźliwe zimno wewnątrz.
- Ciągle ją kochasz, prawda? – Bardziej stwierdziła niż zapytała, przeszywając go zrezygnowanym spojrzeniem.
- Słucham? – Zapytał, ściągając brwi i patrząc na nią z niezrozumieniem.
- Ginny. Ciągle ją kochasz – uściśliła, uśmiechając się z goryczą. – Nigdy nie przestałeś, prawda? Przez te wszystkie lata. Nawet, gdyby minęła wieczność, zawsze będziesz ją kochał…
- O czym ty…
- Nie udawaj – przerwała mu, a z jej oczu wypłynęły słone łzy, których już nie starała się powstrzymywać. – Wiem o wszystkim. Słyszałam, co Ginny mówiła Hermionie – dodała z bólem serca. – Nie musisz się martwić. Ani ja, ani dziecko nie staniemy po raz drugi na drodze do waszej miłości – oznajmiła, starając się zachować resztki godności i ignorując wstrząśnięta minę mężczyzny, wstała, ścierając łzy i pociągając nosem. – Spakuję się...
- O czym ty mówisz? – Wszedł jej w słowo, również wstając i łapiąc za nadgarstek.
- Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię, Harry – powiedziała, zmuszając się do krzywego uśmiechu. – Powinnam być mądrzejsza i wiedzieć, że to zawsze będzie ona…
-Pansy…
- Dawno temu moim jedynym pragnieniem była wolność. Wolność wyboru, wolność od Czarnego Pana, wolność od tych wszystkich okropieństw, w jakich dorastałam. A gdy już to dostałam, pojawiłeś się ty, a razem z tobą szansa na nowe życie. Przez ciebie, Harry, zapragnęłam życia, o którym wcześniej w ogóle nie myślałam. Pragnęłam bezpieczeństwa, stabilizacji, spektakularnej kariery i zrehabilitowania się w oczach społeczeństwa. Dom, dziecko, rodzina…Nigdy mi na tym nie zależało. Ty jednak to zmieniłeś. Sprawiłeś, że zapragnęłam zostać żoną i matką. A wiesz, dlaczego? – Zapytała, a on niepewnie pokręcił głową. – Bo uwierzyłam, że mnie kochasz. Sprawiłeś, że uwierzyłam, że nie jestem lekarstwem na złamane serce ani przerywnikiem między tym, co było między tobą a Ginny. Oddałam ci wszystko, co mam. Postawiłam w centrum swojego świata. Zaufałam i pokochałam miłością, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała. Zrobiłabym dla ciebie wszystko – wyjaśniła, drżącym z emocji głosem. – Dlatego muszę wiedzieć... Dlaczego ci nie wystarczam? Dlaczego to nie ja mogę być tą, do której uciekasz, gdy jest ci źle? Dlaczego nie ja? Czy ty mnie w ogóle kochałeś? - Zapytała z desperacją w głosie.
Harry przyjrzał się jej uważnie, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Myślał, że jego narzeczona już niczym go nie zaskoczy. Znał jej wszystkie szaleństwa i wariactwa. Tym razem jednak przeszła samą siebie. Ujął jej twarz w dłonie i nachylił się, tak by ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- Przestań mówić i posłuchaj – powiedział stanowczo. - Nie wiem, co znowu sobie wymyśliłaś. Każde kolejne twoje wariactwo jest testem dla mojej cierpliwości. Za każdym razem, gdy myślę, że nie jesteś w stanie zrobić nic gorszego, ty udowadniasz, że jestem w błędzie i ponownie wywracasz mój świat do góry nogami – powiedział, cały czas utrzymując kontakt wzrokowy. – Jesteś kompletną wariatką, która ma skłonności do dramatyzowania, doprowadzania mnie do szału, obrażania się o głupoty i manipulowania – wyrzucił z siebie, a ona szarpnęła się, chcąc odejść, lecz nie pozwolił jej, wzmacniając uścisk. - Ale mimo tego wszystkiego, kocham cię – wyznał, a ona spojrzała na niego zaszklonymi, szeroko otwartymi oczami. - Kocham wszystkie twoje szaleństwa, fochy i paranoje, które zapewne i mnie w końcu doprowadzą na skraj szaleństwa – dodał, a ona parsknęła śmiechem, by chwilę później rozpłakać się.
- Nie chcesz odejść? – Zapytała, patrząc na niego z mieszaniną nieufności ale i nadziei.
- A gdzie miałbym odejść? – Zapytał z pobłażaniem.
- Ginny…
- Dość – uciął, stanowczym tonem i ku jego zdziwieniu, Pansy zamilkła, choć po jej nieszczęśliwej minie domyślił się, że nie uniknie wyjaśnień. – Powiem to tylko raz i chcę, żeby ten temat pozostał zamknięty – zaznaczył i poczekał aż Pansy przyjmie jego warunki. Dopiero, gdy skinęła głową, dodał - Ginny jest dla mnie ważna. Jest ważną częścią mojej przeszłości i tego nikt ani nic nie zmieni. I tak, zawsze będzie dla mnie ważna – wyjaśnił ze stoickim spokojem, a widząc smutek w jej oczach, dodał z czułym uśmiechem. – Moja miłość do ciebie jest prawdziwa, Pansy. To ty jesteś moją teraźniejszością i przyszłością. Ty i rodzina, którą założymy. Nie chcę tego zmieniać – zapewnił, zaglądając jej prosto w oczy. – Poszedłem do Ginny, ponieważ tylko ona mogła powiedzieć mi, co robię nie tak. Ultimatum, jakie mi postawiłaś, i sposób, w jaki to zrobiłaś zaskoczyły mnie, ale i przeraziły. Byłaś gotowa odejść, Pansy… Zrozumiałem, że jeśli niczego nie zrobię, to stracę ciebie, stracę was. Kiedyś popełniłem podobny błąd, który wiele mnie kosztował. Nie chcę przechodzić przez to drugi raz – powiedział, a Pansy zawstydzona spuściła wzrok. - Rozmowa z Ginny uświadomiła mi coś jeszcze. A raczej przypomniała o tym, co jest dla mnie najważniejsze, a co ostatnio zaniedbałem – wyznał, a widząc niezrozumienie malujące się na twarzy Pansy, wyjaśnił - O nas. Wiem, że nawaliłem. Wiem, że naraziłem cię na stres i sprawiłem ci przykrość. Przepraszam. Bardzo cię przepraszam… - powiedział ze skruchą, łącząc ze sobą ich czoła.
- To ja przepraszam, Harry. Nie chcę cię ograniczać. Po prostu bardzo się boję, że cię stracę. Te tygodnie, gdy byłeś nieprzytomny były niekończącą się torturą. A gdy zobaczyłam puste łóżko…- urwała, zaciskając dłonie na materiale jego bluzki.
- Wiem – zapewnił, gładząc uspokajająco jej plecy. – Przepraszam. Jeśli tak bardzo ci na tym zależy, porozmawiam z ministrem i poproszę o przeniesienie – dodał, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Nie patrz tak. Chcę żebyś była szczęśliwa i chcę żebyśmy razem stworzyli naszemu dziecku kochający dom – powiedział z delikatnym uśmiechem, a ona pokręciła głową.
- Powinno mi ulżyć – zaczęła, przeczesując włosy i pociągając nosem. – Ale tak nie jest – powiedziała, kręcąc głową i wzruszając ramionami. – Czy tego chcę, czy nie, jesteś bohaterem. Nie mogę prosić cię o to, żebyś odwrócił się do świata plecami. Nawet jeśli egoistycznie pragnę mieć cię tylko dla siebie…
- Nie musisz mnie prosić – powiedział łagodnie. – To ty i nasze dziecko jesteście na szczycie mojej listy – zapewnił, gdy spoglądała na niego niepewnie. – Czas zejść ze sceny i dać szansę wykazać się innym. Poza tym, kto powiedział, że zawieszę walkę? – Zapytał zaczepnie, a widząc jak kobieta marszczy czoło, dodał z rozbrajającym uśmiechem. - Będę walczył o nas i nasze szczęście.
Pansy uśmiechnęła się czule. Słowa Harry’ego wzruszyły ją. Mogła się tylko domyślać, ile kosztowała go ta decyzja. Praca aurora była jego marzeniem, ale i dopełnieniem przeznaczenia. Była częścią jego samego, z której chciał zrezygnować dla niej. Gdyby jej nie kochał, gdyby mu nie zależało, nie zdecydowałby się na to.
- Kocham cię, Harry – wyznała, głaszcząc jego policzek, a on uśmiechnął się i pocałował ją w czubek nosa.
- A czego tu nie kochać? – Zapytał, drocząc się, by poprawić jej humor i rozładować napięcie między nimi.
Udało mu się. Pansy roześmiała się i pokręciła głową z pobłażaniem.
- Masz rację. Nie ma ani jednej rzeczy, której bym w tobie nie kochała – zapewniła z uśmiechem.
– Wiesz, nie miałbym nic przeciwko, gdybyś częściej była tak uległa i zgodna – zażartował, a Pansy parsknęła śmiechem i przewróciła oczami.
- Nie przyzwyczajaj się, kochanie – rzuciła, patrząc na niego ostrzegawczym wzrokiem.
– Moja złośnica – zaśmiał się, przygarniając ją do siebie i przytulając mocno.

***

Niczym w letargu wyszła na taras przylegający do sali, w której leżał Wiktor. Przesunęła nieobecnym wzrokiem po ośnieżonych świerkach i objęła się ciasno ramionami, gdy otuliło ją mroźne, zimowe powietrze. Klinika, w której przebywał Wiktor znajdowała się w cichym zakątku Bułgarii, w pobliżu którego znajdował się las i termy. Było to malownicze miejsce, które dobrze wpływało nie tylko na stan zdrowia pacjentów, ale i na ich samopoczucie. Przez moment zastanawiała się, czy i Wiktor potrafił dostrzec piękno krajobrazu wiedząc, że to może być ostatnia rzecz, którą zobaczy. Zamknęła oczy i zdusiła szloch. Czuła, jak jej ciało kostnieje od chłodu, jakie zmroziło ją od wewnątrz odkąd trzy dni temu poznała diagnozę.

- Rak – te dwa słowa zabrzmiały w ustach magomedyka jak wyrok.
- Musi być jakiś sposób…
- Wyczerpaliśmy już wszystkie opcje, panno Granger. Pan Krum zgłosił się do nas zbyt późno. Zdiagnozowaliśmy chorobę, gdy nastąpiły już przerzuty do kości – oznajmił starszy mężczyzna, patrząc na nią ze współczuciem. – Proszę wykorzystać ten czas, by przygotować się na to, co nieuchronne – dodał ciepło, a ona pokręciła przecząco głową. – Naprawdę bardzo mi przykro…
- Musi istnieć rozwiązanie – zaoponowała z naciskiem. – Żyjemy w świcie magii – dodała, patrząc na mężczyznę z desperacją.
- Owszem – zgodził się z nią uzdrowiciel. – I wykorzystaliśmy cały jej potencjał. Lecz nawet magia jest bezsilna w starciu ze śmiercią – powiedział ze smutkiem i położył dłoń na jej ręce spoczywającej na biurku.

Gorące łzy ponownie wypłynęły z jej oczu. Nie potrafiła zaakceptować diagnozy uzdrowicieli. Jeszcze tego samego dnia rozesłała kopie wyników Wiktora do znanych jej autorytetów z prośbą o opinię. Cztery z dziewięciu sów wróciło, krusząc po kawałku mur nadziei, jakim się otoczyła, nie przyjmując do świadomości, że Wiktor miałby umrzeć. Sama ta myśl mroziła jej krew w żyłach i utrudniała złapanie oddechu.
Zerknęła dyskretnie na pogrążonego we śnie mężczyznę i ponownie zaniosła się płaczem. Nie była w stanie dłużej nad sobą panować. Zbyt dużo kosztowało ją trzymanie emocji na wodzy przy Wiktorze. Poza pierwszym spotkaniem, starała się być dzielna i silna. Jednak, gdy zostawała sama, emocje przytłaczały ją do tego stopnia, że nie była w stanie z nimi walczyć.
Nie pozwolono jej zobaczyć Wiktora od razu. Poproszono, by poczekała w sali odwiedzin. Dopiero później dowiedziała się, że to Wiktor nie chciał przyjmować jej w stanie niemocy i osłabienia. Z pomocą pielęgniarek doprowadził się do w miarę zadowalającego stanu. Hermiona nigdy nie zapomni minut oczekiwania, które dłużyły się niczym godziny, ani uczuć, jakie jej towarzyszyły, gdy jedna z pielęgniarek wprowadziła wózek inwalidzki, na którym siedział on.

- Wiktor…
Jej cichy, drżący głos nasycony był gamą różnorodnych emocji, których nie potrafiła ukryć. Mężczyzna uśmiechnął się ciepło, zupełnie tak jakby w ogóle się nie rozstawali, jakby nie dzielił ich mur nieporozumień i kłamstw. Jakby nie wisiało nad nimi widmo w postaci pukającej do drzwi śmierci. I tylko bladość jego skóry, zapadające policzki i duże cienie pod oczami zdradzały faktyczny stan jego zdrowia.
- Żyjesz – westchnął z taką ulgą, że nie była w stanie dłużej utrzymywać pozorów normalności.
W kilku krokach znalazła się przy nim i przytuliła, zaciskając mocno powieki, by nie uronić ani jednej łzy. Przytulając go, zauważyła jak bardzo schudł. Miała wrażenie, jakby nikł w oczach. 
- Przepraszam – wyszeptała, gdy Wiktor objął ją delikatnie. – Tak bardzo cię przepraszam…
- Za co ty mnie przepraszasz, głuptasie? – Zapytał łagodnie, odsuwając ją nieznacznie i kładąc dłoń na jej policzku.
- Za to, że nie było mnie przy tobie… - zaczęła i urwała zmieszana, gdy mężczyzna pokręcił głową z uśmiechem.
- Byłaś ze mną przez cały ten czas. Tu – wyjaśnił, przytulając jej dłoń do klatki piersiowej. – I tu – dodał wskazując na głowę. – Zarówno we wspomnieniach, jak i myślach o przyszłości – powiedział, a ona poczuła się tak, jakby ktoś wbił sztylet w jej serce. – I jesteś tu teraz. Teraz, gdy jesteśmy razem, wszystko jest na miejscu – powiedział, patrząc na nią z miłością i głaszcząc czule policzek.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – Zapytała zmieszana, spychając wyrzuty sumienia na dno podświadomości.
Wiedziała, że powinna wyznać Wiktorowi prawdę. Nie miała jednak serca gasić tych iskierek radości, jakie błyszczały w jego czarnych tęczówkach. Nie potrafiła znaleźć w sobie odwagi i siły, by wyznać mu że pomyliła przyjaźń z miłością. Nie chciała dokładać mu cierpień. Jeśli uzdrowiciel miał rację i to miały być jego ostatnie chwile, chciała, żeby był szczęśliwy i spokojny. Chciała, by czuł, że jest kochany.
- Bałem się – wyznał, gładząc kciukiem jej kość policzkową, a widząc niezrozumienie na jej twarzy, dodał. – Że wszystko się zmieni - wyjaśnił, a widząc zagubioną minę kobiety dodał. - Właśnie tego chciałem uniknąć – powiedział z bladym uśmiechem, wskazując na jej twarz. – Współczucia, smutku i strachu w twoich oczach – wyjaśnił z bladym uśmiechem.
- Nie umrzesz – wydusiła, przegrywając z samą sobą. - Nie mogę cię stracić.
- Nie stracisz mnie – zapewnił. – Zawsze będę żył w twoich wspomnieniach – obiecał, przeczesując jej splątane włosy i przytulił ją, głaszcząc uspokajająco dopóki się nie uspokoiła.
- Znajdę lekarstwo – powiedziała, zachrypniętym głosem, wsłuchując się w rytmiczne bicie jego serca. – Musisz dać mi tylko jeszcze trochę czasu – poprosiła, a on ujął jej dłoń, na którym tkwił pierścionek zaręczynowy i musnął ją spierzchniętymi wargami.
- Ty jesteś moim lekarstwem, Hermiono – zapewnił z uśmiechem, a gdy na niego spojrzała nachylił się, najpierw badając jej reakcję, i musnął delikatnie jej usta.
Wstrzymała oddech, sparaliżowana jego pocałunkiem. Wiedziała, że powinna się odsunąć i wyznać mu prawdę. Jednak nie potrafiła wykonać żadnego ruchu. Nie potrafiła być tak okrutna, by go odtrącić. Niepewnie odwzajemniła pocałunek, mając nadzieję że Draco będzie potrafił jej wybaczyć.

Wiele razy doświadczała w swoim życiu bezradności. Jednak tym razem było inaczej. Tym razem bezradność była gorsza, ponieważ dotykała wymiaru, do którego nie miała wstępu. Ten rodzaj bezradności miażdżył jej serce. Przyglądanie się, jak śmierć zabiera bliską jej osobę, sprawiało że rozpadała się na miliony części. Zupełnie jak Wiktor, który nikł w oczach. Miała wrażenie, jakby śmierć zabierała go ze świata żywych kawałek po kawałku. On też miał tego świadomość. Widziała to w sposobie, w jaki na nią patrzył i bólu, który pozbawiał go przytomności. Przestrzeń pomiędzy nimi stawała się coraz większa, a ona nie potrafiła jej zatrzymać. Świadomość tego paliła ją od środka. Każdy grymas cierpienia na twarzy Wiktora, gdy przestawały działać środki przeciwbólowe, tylko podsycały ten żar, pozostawiając po sobie zgliszcza. Za każdym razem, gdy mężczyzna zamykał oczy, drżała o to, czy jeszcze je otworzy. Zupełnie, jakby śmierć zastanawiała się, czy udzielić mu kredytu na kolejny dzień
- Pomóż mi… Pozwól mi go uratować. Proszę… - wyszeptała zdławionym głosem, wznosząc głowę ku górze. – Pomóż Wiktorowi… Pozwól mu żyć…

***

- Steve! – Zawołała, dostrzegając znajomą sylwetkę i lawirując między ludźmi, by dogonić mężczyznę.
- Pani doktor, jaka to ulga dla oczu po całonocnym dyżurze – uśmiechnął się szeroko na widok kobiety, na co ona odpowiedziała tym samym.
- Cieszę się, że jeszcze cię złapałam.
- Domyślam się, że to coś pilnego?
- Czytasz mi w myślach – odparła ze skruchą. – Odwdzięczę się jednak. Mogę wziąć za ciebie piątkowy dyżur – zaproponowała z kokieteryjnym uśmiechem i położyła dłoń na ramieniu mężczyzny.
- Gdyby to tylko było możliwe – westchnął z autentycznym żalem. – W piątek muszę być na miejscu.
- W takim razie poniedziałek? I dołożę do tego lunch lub kolację – zaproponowała, a mężczyzna westchnął ciężko i, kręcąc głową nad brakiem swojej asertywności, przyjął propozycję kobiety.
- To, co tam masz? – Zapytał wyciągając rękę po plik faktur, które trzymała pod pachą.
- Jesteś cudowny, Steve – zapewniła z wdzięcznością. – Martha zapomniała złożyć zamówienia na eliksiry. Nasze zapasy wystarczą do piątku. Nie chcę iść z tym do Blaise’a, bo nie chcę, żeby Martha miała problemy za niedopilnowanie terminów – wyjaśniła ze skrępowaniem.
- Czyli mam to przemycić i zaksięgować z datą wsteczną? – Droczył się z pobłażliwym uśmiechem.
- Mógłbyś? – Zapytała z nadzieją. – Bardzo cię przepraszam i zapewniam, że to ostatni raz. Więcej taka sytuacja się nie powtórzy – zapewniła stanowczym tonem.
- Szkoda – westchnął z żalem. – Wtedy miałbym kolejny pretekst, żeby spędzić z tobą popołudnie lub wieczór – dodał, a ona, by ukryć błysk satysfakcji, spuściła wzrok i uśmiechnęła się delikatnie, co zapewne zostało odebrane jako oznaka zawstydzenia lub nieśmiałości.
- Nie potrzebujesz do tego pretekstu, Steve. Wystarczy, że wyjdziesz z propozycją – powiedziała, na co mężczyzna rozpromienił się.
- Uważaj, bo mam zamiar często powoływać się na ten argument – zaśmiał się serdecznie.
- Mam taką nadzieję – odparła z uśmiechem.
- Wpadnij po eliksiry w piątek rano. Wszystko będzie gotowe – zapewnił i żegnając się, ruszył w kierunku wyjścia.
Odpowiedziała mu uśmiechem, odprowadzając wzrokiem jego sylwetkę aż do kominków. Gdy zielone płomienie przeniosły go do domu, jej uśmiech zniknął, ustępując wyrazowi ponurej determinacji. Nim ruszyła do swojego gabinetu, w holu wybuchł harmider. Zmarszczyła czoło i zatrzymała jednego z biegnących uzdrowicieli, żeby zapytać, co się dzieje.
- Jeden z więźniów dostał ataku. Aurorzy za chwilę go tu przetransportują – wyjaśnił i pognał w kierunku wind.
Odpowiedź uzdrowiciela była tym, na co czekała. Trucizna zaczęła działać. Wobec tego nadszedł czas, by przystąpić do kolejnej części planu. Z tą myślą, uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła śladem swojego poprzednika. Musiała pozbyć się aurorów i zająć się Oliwerem, nim będzie za późno.