niedziela, 10 grudnia 2017

Rozdział XXXVIII Pomiędzy światami

Witajcie Kochani!

Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze tu zagląda. Patrząc na przeraźliwie małą liczbę komentarzy podejrzewam, że są to jednostki... Jest mi z tego powodu bardzo przykro. Ale zasłużyłam sobie:) Zaniedbałam Was ostatnio. I z tego powodu jest mi jeszcze bardziej przykro. Ostatnio słabo wychodzi mi zarządzanie sobą w czasie...Dlatego przepraszam Was za tak późną publikację, za opóźnienia w odpisywaniu na Wasze komentarze. Przepraszam...
Nie będę się usprawiedliwiać. Doskonale wiecie, jakie jest życie :) Nie po to tu dzisiaj jestem. Mam dla Was nowy rozdział. Tak samo niedoskonały, jak ja i moje umiejętności zarzadzania czasem;) Mam jednak cichą i nieśmiałą nadzieję, że przyjmiecie go i że część z Was zechce podzielić się ze mną swoimi wrażeniami. 
Noszę się z zamiarem zawieszenia historii do czasu jej skończenia. Chcę zamknąć "Rozbitków". Dlatego niewykluczone, że jest to przedostatnia publikacja przed zawieszeniem. Spokojnie, nie macie halucynacji, dobrze czytacie. Przedostatnia, ponieważ planuję małą niespodziankę na święta:) Długo o tym myślałam i sądzę, że to najlepsze rozwiązanie. Ciężko jest sprawiać Wam zawód długimi odstępami pomiędzy publikacjami, a patrzenie na spadek komentarzy i odwiedzin bloga również nie jest motywująca. Mam nadzieję, że zrozumiecie. 
Ale ostateczną decyzję przekażę Wam w najbliższym czasie przy okazji świątecznej niespodzianki:)
Tymczasem oddaje w Wasze łapki ciepły jeszcze rozdział "Rozbitków".
Ściskam Was bardzo mocno!
Dziękuję tym, którzy cały czas są ze mną:)
Buziaki,
Wasza V. 


 
ROZDZIAŁ XXXVIII „Pomiędzy światami”



Poprawiła torbę zsuwającą się jej z ramienia i opuściła windę, kierując się do sali, w której leżał Wiktor. Stan mężczyzny ustawicznie pogarszał się. Powstały kolejne ogniska zapalne, a organizm przestawał reagować na leki. Wczorajsza noc przypominała jeden z koszmarów, które dręczyły ją od czasu, gdy dowiedziała się o chorobie mężczyzny. Magomedycy walczyli wiele godzin, żeby ustabilizować jego stan, po tym, jak dostał ataku padaczki, a później gdy jego serce stanęło. Hermiona czuwała pod salą, modląc się o cud. Dopiero nad ranem, gdy uzdrowicielom udało się ustabilizować stan pacjenta, uległa namowom pielęgniarek i wróciła do hotelu tylko po to, by sprawdzić czy otrzymała odpowiedź na zapytanie o konsultacje magomedyczną dla Wiktora. Niestety ostatnia z sów, na którą czekała, nie wróciła. Zrezygnowana wzięła prysznic i przebrała się w ciepły, rozciągnięty sweter i jeansy. W drodze do kliniki wypiła kilka łyków kawy i odebrała książkę z księgarni, która opisywała eksperymentalną magomedycynę i ciężkie przypadki, które ta wyleczyła. Miała zamiar zapoznać się z jej treścią, gdy Wiktor zaśnie.

Zatrzymała się pod drzwiami i zawahała, słysząc stłumione głosy. Wstrzymała oddech rozpoznając w jednym z nich głos Theresy Krum. Matka Wiktora była arystokratką z krwi i kości. Ciężko zniosła informację, że jej jedyny syn, o którego tak długo się starała, zamierza związać się z mugolaczką. Z biegiem czasu obydwie kobiety nauczyły się ze sobą obchodzić i wspólne zjazdy rodzinne nie były tak nieznośne jak początkowo.

Zastygła w bezruchu i przygryzła wargę, bijąc się z myślami. Do tej pory udawało jej się unikać rodziców Wiktora. Sama przed sobą musiała przyznać, że bała się konfrontacji z nimi. Nie była pewna, jak dużo wiedzą i czego może spodziewać się po porywczej pani Krum. Ostatecznie doszła do wniosku, że rozsądniej będzie poczekać aż wyjdą. W tym czasie mogła przestudiować raporty magomedyczne, opisujące przypadki wyleczenia odmiany choroby, na którą zapadł Wiktor. Z tą myślą odwróciła się na pięcie i już miała odejść w ustronne miejsce, gdy drzwi otworzyły się i stanęła oko w oko ze swoją niedoszłą teściową.

Matka Wiktora była średniego wzrostu kobietą o zaokrąglonych kształtach, krótkich miedzianych włosach i przenikliwym spojrzeniu czarnych oczu, które jej syn odziedziczył po niej. Z tą różnicą, że Wiktor patrzył na nią łagodnie i z miłością, natomiast wzrok jego matki był lodowaty i przeszywający. Na widok Hermiony Theresa zbladła, a w czarnych tęczówkach zapłonął gniew. Zamknęła pospiesznie drzwi i ruszyła w jej stronę, zaciskając usta w wąską linię.

- Jak śmiesz tu przychodzić?!  - Wycedziła podniesionym tonem. - Jak możesz patrzyć mojemu synowi w twarz, po tym jak go potraktowałaś?! – Zapytała, a Hermiona spojrzała na nią z niezrozumieniem.

- Pa… - urwała pod wpływem siły siarczystego policzka wymierzonego jej przez matkę Wiktora.

- Wynoś się i nie waż pokazywać mi na oczy – wycedziła, patrząc na Hermionę z nienawiścią. – Nie masz prawa tu być. Wystarczająco długo mydliłaś oczy mojemu synowi. Był gotów wyrzec się własnej rodziny dla ciebie, a ty zostawiłaś go w najtrudniejszym okresie. Wracaj skąd przyszłaś i nie waż się zbliżać do mojego dziecka, zrozumiałaś? – Wyrzuciła z siebie, patrząc z pogardą na zdezorientowaną szatynkę.

- Chcę tylko pomóc…

- To znajdź kogoś, kto tego potrzebuje i przestań zadręczać mojego syna w ostatnich chwilach jego życia – weszła jej w słowo kobieta.

- Pani nie rozumie….

- Doskonale rozumiem! – Krzyknęła, żywo gestykulując. – Doskonale znam takie jak ty! Doskonale wiem, co cię tu sprowadziło! – dodała, mrużąc oczy i oskarżycielsko wskazując na nią palcem.

- Proszę pozwolić mi wyjaśnić…

- Nie masz prawa prosić mnie o cokolwiek – wycedziła roztrzęsiona. - Jak mogłaś zostawić mojego umierającego syna i zabawiać się z tym plugawym śmierciożercą?! – Wykrzyczała, wyprowadzona z równowagi, a widząc szok na twarzy Hermiony, uśmiechnęła się z odrazą i zmierzyła ją kpiącym spojrzeniem. – Myślałaś, że nikt się nie dowie o twoim paskudnym postępowaniu? Zapewniam cię, że gdyby to tylko zależało ode mnie, cały świat dowiedziałby się o twojej dwulicowości Hermiono Granger – powiedziała, mierząc młodszą kobietę z pogardą.

- Pani Thereso, przysięgam, że…

- Twoje przysięgi nic dla mnie nie znaczą! Przestań udawać niewinną dziewczynkę, bo mdli mnie od tego fałszu – przerwała jej i zrobiła krok w kierunku szatynki. – Radzę ci, żebyś zeszła mi z oczu, bo Merlin mi świadkiem, że nie ręczę za siebie. Nie mam już nic do stracenia – wycedziła lodowatym tonem, zaciskając boleśnie palce na jej przedramieniu.

- Thereso - Nikołaj Krum podszedł do swojej małżonki i objął jej ramiona, odsuwając od spetryfikowanej szatynki. – Wystarczy. Dziewczyna zrozumiała. Nie ma potrzeby robić scen – powiedział cicho, lecz z naciskiem, zwracając tym samym uwagę żony na przyglądający się im ciekawie personel kliniki.

- Ja nie mam się czego wstydzić – odparła dumnym tonem.

- Chodźmy – powiedział z naciskiem, popychając delikatnie swoją żonę, lecz ta ani drgnęła.

- Jeśli pozostały ci jeszcze jakiekolwiek strzępy godności i honoru, przestaniesz dręczyć moje dziecko – powiedziała, zwracając się do młodszej kobiety i obrzucając ją ostatnim przeszywającym spojrzeniem, pozwoliła poprowadzić się mężowi w kierunku gabinetu uzdrowiciela, zajmującego się Wiktorem.

Hermiona nie wiedziała, jak długo stała w tym samym miejscu. Bezduszne słowa Theresy bombardowały jej umysł, dokarmiając wyrzuty sumienia i potęgując poczucie winy. Ciężko było jej przetrawić słowa kobiety, które mimo że powodowane bólem wynikającym z perspektywy straty dziecka, raniły. Nie potrafiła odeprzeć jej zarzutów, bo jakaś część niej wiedziała, że Theresa ma rację. Nie była warta jej syna. Nie mogła jednak spełnić jej żądania i zniknąć bez słowa. Gdyby to zrobiła, wówczas by go porzuciła, a matka Wiktora miałaby rację. Nie po to tu przyjechała. Chciała walczyć i wyznać prawdę. Póki co nie zrealizowała żadnego z tych celów. Do walki zabrakło jej narzędzi, a do prawdy odwagi. Jedyne, co jej pozostało, to nadzieja, której trzymała się kurczowo.  

Wiele razy przymierzała się do szczerej rozmowy z Wiktorem. Za każdym razem jednak coś ją powstrzymywało. I nie chodziło tu o nią, jak sugerowała Theresa Krum. Owszem, zależało jej na uczciwości. Utrzymywanie Wiktora w niepewności i odgrywanie roli kochającej narzeczonej było złe. Zamiast przeciąć nić kłamstwa, ona dalej ją tkała, naciągając do granic możliwości. Bała się jednak, że prawda mogłaby przynieść więcej szkód niż pożytku. Bo co z tego, że postąpiłaby zgodnie ze swoim sumieniem, jeśli tym samym uczyniłaby ostatnie chwile życia Wiktora nieznośnymi. A przecież przyjechała tu właśnie dla niego. Chciała mu pomóc a nie zranić. Czuła się zagubiona i przytłoczona zarazem. Wiedziała, że aktualna sytuacja wynika z jej błędów. Nie chciała jednak, żeby teraz za te błędy płaciła bliska jej osoba. Bo to była wyłącznie jej wina. Miała świadomość, że sprzeciwiając się Theresie narazi się na kolejne ataki z jej strony, lecz nie mogła ulec i opuścić Wiktora w tych ostatnich dniach. Wiedziała, że popełniła wiele błędów i zawiodła go. Tym razem jednak chciała postąpić w zgodzie z własnym sumieniem. Mężczyzna wycierpiał już wystarczająco. Nie mogła dołożyć mu bólu tylko po to, by z egoistycznych pobudek pozbyć się ciężaru kłamstwa.

Uniosła drżącą dłoń, na której znajdował się pierścionek zaręczynowy i przez chwilę przyglądała się mu intensywnie, jakby szukając w sobie pokładów sił, by odeprzeć wszystkie wątpliwości. Tym, co zatrzymywało ją w Bułgarii, było przywiązanie do bliskiej osoby. Przywiązanie, które wynikało z miłości. I choć nie kochała Wiktora w taki sposób, jak Dracona, to bez wątpienia mogła nazwać uczucia zaadresowane do Bułgara właśnie miłością.

Pozbierała się na tyle, by niezdarnie ruszyć w kierunku sali, gdzie leżał Wiktor. Starła łzy i wzięła kilka głębszych oddechów, po czym nacisnęła klamkę i uchyliła lekko drzwi. Jak zawsze uderzył w nią widok aparatury, do której podłączony był mężczyzna. Biel jego skóry wręcz zlewała się ze szpitalną pościelą, a liczne kable i rurki oplatały jego wątłe ciało, monitorując parametry życiowe. W niczym nie przypominał pełnego energii, silnego i pewnego siebie mężczyzny jakiego znała. Gdyby nie wiedziała, że to on, nie rozpoznałaby w tym kruchym, bezbronnym mężczyźnie swojego narzeczonego.

Wiktor na dźwięk kroków uchylił powieki i przekręcił głowę w stronę kobiety. Jego zamglone i przepełnione bólem spojrzenie rozbłysło na jej widok. Zmusiła się do szczerego uśmiechu, lecz ze wzbierającymi w oczach łzami, nie potrafiła walczyć. Na drżących nogach podeszła do mężczyzny i przysiadła na skraju krzesełka. Ujęła jego dłoń i zamknęła w swoich dłoniach. Wciąż były ciepłe i odwzajemniały jej uścisk. Uderzyła w nią myśl, że przyjdzie chwila, gdy jego dłonie staną się lodowate i sztywne. Wiktor, ściągnął maskę z tlenem i spojrzał na nią z czułością.

- Wybacz mojej mamie. Straciła kontrolę, bo nie potrafi poradzić sobie z nadchodzącą stratą – powiedział słabym głosem, oddychając płytko.

Poczuła zimne ciarki na plecach, gdy dotarł do niej sens słów mężczyzny. Nie powinno jej dziwić, że Wiktor słyszał krzyki Theresy. Jej niedoszła teściowa zadbała o to, by cała klinika dowiedziała się o jej grzechach. Przy okazji zrobiła to, na co szatynka nie mogła się zdobyć.

 Hermiona tyle razy układała sobie w głowie to, co powie mężczyźnie, a gdy przyszło co do czego, słowa uleciały jej z głowy, topiąc się zapewne w jej wstydzie i wyrzutach sumienia. Dopiero po dłuższej chwili, odważyła się oderwać wzrok od ich złączonych dłoni i przenieść niepewny wzrok na spokojną twarz Wiktora. Uderzył w nią jego spokój, delikatny uśmiech i miłość z jaką na nią patrzył. Wszystko to, na co ona nie zasługiwała.

- Przepraszam… - wydusiła, przegrywając walkę ze łzami.

- Ciii…To nic – powiedział, gładząc kciukiem jej dłoń.  – W głębi serca zawsze wiedziałem, że go kochasz. To dlatego tak się wściekałem, gdy kręcił się koło ciebie – wyznał z krzywym uśmiechem. – Ma farta, bo gdyby nie zaistniałe okoliczności, nie poddałbym meczu walkowerem – próbował zażartować, chcąc rozładować atmosferę.

- Nie chciałam cię zranić – powiedziała nabrzmiałym od emocji głosem. – A już na pewno nie chciałam, żebyś dowiedział się w ten sposób – dodała, chcąc wszystko wyjaśnić, lecz on pokręcił głową z bladym uśmiechem.

- To już bez znaczenia. Może gdybym nie zachorował i nie wyjechał…Może wtedy potrafiłabyś mnie pokochać. Najwidoczniej jednak nie było nam zapisane – westchnął ze smutkiem, lecz szybko wziął się w garść i zmusił do uśmiechu.

- Wiem, że możesz w to wątpić, ale moja miłość do ciebie jest prawdziwa. Nie jestem tu z powodu wyrzutów sumienia i poczucia winy, a dlatego że zależy mi na tobie. – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. - Kocham cię, Wiktorze.

- Wiem – odparł z uśmiechem i uniósł dłoń do jej policzka. – I wiem, że to nie wystarczy. Żałuję tylko, że nie byłem pierwszy. Może gdybyśmy po wojnie spotkali się wcześniej…Może to właśnie miłość do mnie stałaby się silniejsza od tego, co czujesz do niego – wyznał z nostalgią, a ona wtuliła policzek w jego dłoń.

- Przepraszam. Gdybym… - zaczęła, lecz mężczyzna po raz kolejny nie pozwolił jej dokończyć, przykładając kciuk do jej ust.

- To już nieważne, Hermiono – wyjaśnił z czułym uśmiechem. – Jak już mówiłem, od początku wiedziałem, w co się pakuję. Nie żałuję jednak ani jednego dnia z tobą. Czas, jaki spędziliśmy razem, był najpiękniejszym momentem mojego życia – zapewnił, a ona nie będąc w stanie wykrztusić słowa, skinęła głową i zmusiła się do uśmiechu. – Doceniam, że jesteś tu przy mnie. Doceniam, że walczysz o mnie, ciągle szukając leku – powiedział, patrząc na nią z czułym pobłażaniem – I dziękuję za to wszystko. Myślę jednak, że czas się pożegnać – powiedział cicho, a widząc zaskoczenie, zmieniające się w bunt w jej oczach, dodał. -  Nie chcę, żebyś widziała mnie w stanie przedagonalnym. Pragnę, żebyś pamiętała mnie takiego jak wcześniej. Zdrowego, pełnego sił, nieustraszonego i kochającego cię całym sercem – wyjaśnił. – Miałem życie pełne przygód, sukcesów i miłości. Żyłem pełnią życia, spełniłem się zawodowo, ale i osobiście. I mimo licznych nagród, to ty jesteś moim największym życiowym sukcesem – wyznał.

- Wiktorze…

- To moje ostatnie życzenie – dodał stanowczym aczkolwiek łagodnym tonem.

- Nie możesz mnie o to prosić. Nie zostawię cię. Chcę być przy tobie… – zaoponowała.

- Hermiono, nie utrudniaj obojgu nam tego pożegnania – poprosił ze smutkiem.

- Nie jestem na nie gotowa – wyznała, starając się walczyć ze łzami cisnącymi się jej z oczu.

- Nigdy cię nie zostawię – zapewnił, gładząc jej kość policzkową. - Jesteś częścią mojej duszy, Hermiono. Zawsze, gdy będziesz mnie potrzebować, znajdziesz mnie w przestrzeni, która łączy te dwa światy. Do czasu ponownego spotkania, będę kręcił się w pobliżu – zażartował, wywołując na jej zapłakanej twarzy nikły uśmiech. – Obiecaj mi coś – dodał poważniejszym tonem, a widząc jak otwiera usta, przesunął kciuk na jej wargi i uśmiechnął się z czułością. – Daj sobie szansę na szczęście – powiedział, wywołując rumieniec wstydu na jej twarzy i falę palących wyrzutów sumienia. – Twoja twarz jest jak otwarta księga – powiedział z zafascynowaniem, uśmiechając się blado. – Przekaż temu tlenionemu draniowi, że urządzę mu piekło na ziemi, jeśli jeszcze raz cię skrzywdzi. Rozliczę go z każdej twojej łzy – dodał z powagą, a gdy zapłakana pokręciła przecząco głową, nie mogąc pogodzić się z jego prośbą i chcąc dalej go przekonywać, uśmiechnął się ciepło. – Pozwól mi, Hermiono – poprosił, patrząc jej prosto w oczy i, gdy po długiej chwili w końcu uległa, przytulił ją. - I pamiętaj o mnie, proszę – powiedział, przeczesując z czułością jej włosy.



***



Czując ostrą, drażniącą woń, poczuł, jak świat obraca się o trzysta sześćdziesiąt stopni, a nieugięta siła grawitacji ciągnie go w dół. Wraz z odchodzącym ospałym uczuciem lewitowania, wrócił rwący ból w piersiach i kwaśny posmak w ustach. Chciał wstać, lecz zesztywniałe mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Ktoś pomógł mu się podnieść w momencie gdy nadeszły torsje. Osoba, która mu pomogła, podstawiła miskę i trwała obok do momentu aż skończył. Skołowany odetchnął z ulgą i uchylił powieki. Wciąż nieco kręciło mu się w głowie, lecz obraz z każdą chwilą stawał się coraz bardziej wyraźny. Oparł się o zagłówek kanapy, na której dotychczas leżał i stęknął z bólu, gdy spróbował wziąć głębszy oddech.

- Wypij to – znajomy kobiecy głos, przebił się przez dudnienie w uszach.

Oliwer otworzył oczy i spojrzał na kobietę, którą niewątpliwie powinien znać, a której imienia jak na złość nie potrafił sobie przypomnieć. Od chwili, gdy pojawiła się w jego celi, starał się wyłowić z odmętów wspomnień jej postać, lecz wszystkie jego wysiłki szły na próżno.

Zignorował wyciągniętą w jego stronę szklankę i fiolkę z eliksirem, na co kobieta sapnęła z irytacją.

- Gdybym chciała cię zabić, już byłbyś trupem – powiedziała, a on niechętnie musiał przyznać jej rację.

Z ociąganiem przyjął szklankę z wodą i eliksir. Fiolkę przechylił jednym duszkiem i skrzywił się, gdy gorzka ciecz wypełniła mu usta. Natychmiast popił lekarstwo wodą.

- Znam cię – wydusił, gdy ponownie opadł na poduszki.

- Bez wątpienia, generale – odparła z uśmiechem pod nosem, podchodząc do kuchennego blatu i krzątając się w poszukiwaniu składników, które dodawała do kamiennego moździerza.

- Znam twoją twarz, ale… Dlaczego nie wiem, kim jesteś? – zapytał, podejmując kolejną próbę odkrycia tożsamości znajomej kobiety.

- To magia – wyjaśniła, a widząc jak Oliwer marszczy czoło, dodała. - Eva zadbała o to, żeby nikt mnie nie zdemaskował. A skoro jej magia ciągle działa, to najlepszy dowód na to, że moja siostra żyje – odparła sucho, rozcierając w moździerzu uprzednio dodane składniki.

- Eva nie ma siostry – zaooponował z coraz większą nieufnością.

- Doprawdy? – Zakpiła, a widząc twarde spojrzenie mężczyzny, dodała – jesteśmy siostrami krwi. To dzięki niej narodziłam się na nowo – wyjaśniła enigmatycznie, nie odwracając wzroku od rozcieranej mieszanki.

Oliwer wiedział, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Musiał zmienić strategię i podejść ją, żeby uzyskać więcej informacji.

- Gdzie jestem? – Zapytał, rozglądając się po skromnie urządzonym wnętrzu salonu połączonego z aneksem kuchennym.

- W dobrze strzeżonym miejscu w górach. Zostaniesz tu dopóki trucizna nie opuści twojego organizmu – odparła, nie zaszczycając go nawet przelotnym spojrzeniem.

- Trucizna… - powtórzył, starając się połączyć wszystkie fakty.

- Nikt nie mówił, że będzie przyjemnie, generale Wood – powiedziała z rozbawieniem.

- Jaki masz plan? – Zapytał, ignorując jawną zaczepkę i mając nadzieję na mniej enigmatyczną odpowiedź.

- W piątek zadbam o to, żeby aurorzy na czele z Potterem mieli co robić, a ty uwolnisz Evę – wyjaśniła, dosypując startą mieszankę do parującego kociołka.

- Co dziś mamy?

- Środę – odparła spokojnie, wlewając czarny wywar do fiolki.

- Ale to zbyt mało czasu, żeby się przygotować. Musimy mieć jakiś plan…

- Skąd pomysł, że go nie mam? – Zapytała, obchodząc kuchenny blat w kształcie litery L i kierując się do sąsiedniego pokoju.

W milczeniu obserwował jej ruchy, walcząc z pokusą zerwania się z kanapy i wyduszenia z kobiety całej prawdy. Zamiast tego przesunął się nieznacznie, starając zajrzeć do pomieszczenia, w którym zniknęła czarownica. Kobieta zadbała jednak o dyskrecję. Poza komodą i oknem wychodzącym na dużą drewnianą szopę, nie dostrzegł nic. Wytężył słuch, lecz jedynym co słyszał, był jego własny, urywany oddech. Zacisnął pięści i rzucił wściekłe spojrzenie w tym samym czasie, gdy kobieta wyszła z pokoju, trzymając w rękach tacę z nietkniętym jedzeniem. Oznaczało to, że nie był jej jedynym gościem. Zignorowała jego pytającą minę i ze stoickim spokojem odniosła tacę do kuchni.

- Jeśli mam ci pomóc, chce wiedzieć więcej – zażądał nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Jego autorytarny ton wywołał kpiący uśmiech na ustach kobiety. Posłała mu długie, przeszywające spojrzenie, które odwzajemnił. Nie wiedział, jak długo to trwało, nim czarownica w końcu zajęła fotel naprzeciwko kanapy i poświęciła mu uwagę.

- Odpowiem na twoje pytania – powiedziała polubownie, opierając się wygodnie i nie spuszczając z niego dumnego, zimnego spojrzenia błękitnych tęczówek. – Pamiętaj jednak, że siedzi przed tobą kapłanka Stella Mortis, a ty, generale, jesteś moim sługą – dodała władczym tonem, który skrywał zawoalowaną groźbę.

- Nie służę Stella Mortis – zaoponował beznamiętnym tonem, odwzajemniając spojrzenie. – I nie potrzebuję cię, by wyciągnąć Evę z tej groty. Dlatego albo zacznij traktować mnie jak partnera, albo nie wchodź mi w drogę – powiedział stanowczo.

Kapłanka przechyliła głowę i spojrzała na niego, jakby oceniając. Prowokowała go i czerpała satysfakcję z jego gniewu. Patrząc na nią Oliwer widział marną karykaturę Evy. Zastanawiał się, ile prawdy jest w słowach deklarujących chęć pomocy jego ukochanej, a ile chłodnej kalkulacji.

- Tak się składa, że potrzebujemy się nawzajem. Dlatego, generale, czy ci się to podoba czy nie, jesteś na mnie skazany – powiedziała ze stoickim spokojem, choć jej spojrzenie prowokowało.

- Zatem weźmy się do pracy, żeby ograniczyć sobie tej jakże wątpliwej przyjemności obcowania ze sobą – odparł z przekąsem, na co kobieta odpowiedziała zimnym uśmiechem.

- Zagrajmy wobec tego w otwarte karty…

- Oliwer Wood – powiedział, wyciągając dłoń w jej kierunku.

W oczach kapłanki rozbłysło rozbawienie, gdy odwzajemniała nieugięte spojrzenie mężczyzny.

- Amelia Malfoy…

***



Ogień. Pierścienie ognia wirujące wokół jej ciała.

Woda.  Wodny wir niewolący jej wolę.

Powietrze. Niewidzialne kajdany dla jej duszy.

Ziemia. Kamienne więzienie dla jej śmiertelnej powłoki.



Moc to władza, władza to potęga – mawiała jej matka. Wtedy pragnęła innych rzeczy. Buntowała się. Nie rozumiała.

W dniu przekroczenia pola magnetycznego przyszło oświecenie, klapki spadły z oczu. Tamtego dnia ostatecznie się poddała. Połączyła się ze swoim przeznaczeniem. Zrozumiała.

Moc to władza, władza to potęga, potęga to wrogowie – szeptał głos, gdy zawisła między jawą a snem. Wówczas myślała, że umarła. Sądziła, że wszystko skończone. Nie znała prawdy.

W dniu złączenia się z mocą, zrozumiała czym jest potęga. Maski opadły i zobaczyła swoich największych wrogów. Poznała prawdę.

Moc to władza, władza to potęga, potęga to wrogowie, wrogowie to zmierzch świtu – obiecywał głos, a ona wiedziała, że to prawda. Prawda, przed którą uciekała. Prawda, której się bała. Prawda, która ją wyzwoliła.

W dniu odrodzenia, zrozumiała, że znała prawdę od lat. Teraz jej przeszłość nabrała sensu. Zrozumiała, że jej teraźniejszość jest zmierzchem, a jej przyszłość jest świtem dającym nowy początek.

Pomiędzy tymi dwoma światami była ona - zmierzch teraźniejszego świtu. Świt teraźniejszego zmierzchu…