niedziela, 8 lipca 2018

Rozdział XLII Żniwa Śmierci



Witajcie Kochani!:)

Dziś bez zbędnych słów. Dziękuję wszystkim wspierającym dobrym słowem i zapraszam na jeden z ostatnich rozdziałów. Mam nadzieję, że te trzydzieści jeden stron będzie satysfakcjonujące i zrekompensuje czas oczekiwania. Jeśli zechcecie podzielić się ze mną swoimi wrażeniami i przemyśleniami, będę szczęśliwa i wdzięczna. A teraz zapraszam do lektury. Wielkie odliczanie czas zacząć...
Ściskam Was mocno i do następnego!
Wasza V. :)



ROZDZIAŁ XLII Żniwa Śmierci

Z kamienną miną przyglądała się agonii mężczyzny. Dopiero, gdy światło życia zgasło w oczach Oliwera, pozwoliła by maska opadła. Wiedziała, że teraz musi dokładnie przemyśleć każdy następny krok. Najmniejszy błąd mógł kosztować ją życie. Miała świadomość, że śmierć Wooda pociągnie za sobą ciąg zdarzeń, których nie da się zatrzymać. Eva nie spocznie dopóki nie pomści jego śmierci. Dlatego teraz najważniejsze było odsunięcie wszelkich poszlak, które mogłyby doprowadzić kapłankę do prawdziwego mordercy. Z tą myślą, przyklękła przy nieruchomym ciele generała i przesunęła go, by leżał na plecach. Ostatni raz spojrzała w puste oczy mężczyzny i z wyrazem determinacji wyleczyła jego rozcięte gardło. Następnie wyjęła sztylet i rozdarła wierzchnie okrycie, odsłaniając tors.
- Inscendo – powiedziała, koncentrując magię na złotym ostrzu, które pod wpływem zaklęcia rozjarzyło się do czerwoności.
Wbiła długi sztylet w sam środek klatki piersiowej mężczyzny i zdecydowanym ruchem przesunęła je w dół. Za pomocą kilku cięć i magii, wyjęła ciepłe serce Oliwera i, nie zaszczycając mężczyzny nawet przelotnym spojrzeniem, ruszyła do ołtarza, gdzie znajdowały się prochy Karmy. Wrzuciła serce do ogromnej czary i za pomocą magii przelewitowała tam również prochy kobiety. Następnie roznieciła płomień, który powoli zaczął spalać zawartość naczynia. Z ponurą miną podeszła do czarnego zwierciadła i za pomocą rękojeści sztyletu zbiła je. Zebrała kilka odłamków i umieściła je w moździerzu. Gdy rozgniotła czarny kryształ na proszek, dodała go do czary. Na koniec wyciągnęła dłoń nad płomieniem i przyłożyła do niej sztylet. Zacisnęła dłoń na ostrzu i skrzywiła się, czując nieprzyjemne pieczenie. Pod wpływem jej krwi, zawartość czary zaczęła syczeć i parować, wypełniając grotę duszącym, gryzącym gardło zapachem. Na myśl, co miało teraz nastąpić, Amelia poczuła mdłości. Wiedziała jednak, że zbyt wiele zależy od jej działań, dlatego, gdy tylko płomień się wypalił, bez zawahania ujęła czarę i przysunęła ją do swoich ust. Zamknęła oczy i wstrzymała oddech, przechylając naczynie. Obrzydliwy posmak gęstego płynu, wywoływał mdłości, lecz zaciskając powieki zmusiła się, by wypić wszystko. Odrzuciła czarę i przyłożyła dłoń do ust, starając się powstrzymać nadchodzące torsje. Wiedziała, że za wszelką cenę musi utrzymać miksturę w żołądku, inaczej rytuał nie zostanie ukończony. Nie miała pojęcia, jak długo walczyła z samą sobą. Na otwarcie oczu zdecydowała się dopiero, gdy mdłości ustąpiły. Wzięła kilka uspokajających oddechów i otworzyła oczy. Wyjęła różdżkę i zaciskając na niej mocno palce podeszła do rozbitego zwierciadła. Skoncentrowała się na mocy wewnątrz siebie, a jej różdżka instynktownie zareagowała, łącząc się z nią i potęgując siłę kobiety.
- Dominus vitae necisque! Do ut des! Audiatur et altera pars – Zaczęła inkantację, a z jej różdżki wyłoniły się pierwsze nieśmiałe iskry, które z każdym kolejnym słowem były coraz wyraźniejsze. – Contra vim mortis mitto vita! Exigere vita! Cinis et sanguis dapinare! Expero credite! Fatum viam invenient! Vitae ex malo mortis! – kontynuowała, gdy odłamki szkła wróciły na swoje miejsce, a promienie magii przecięły jego toń. – Fiat ius et pereat mundus…
Rozejrzała się dookoła, oddychając ciężko. Każdy najmniejszy nerw był napięty do granic możliwości, a w głowie znajdowało się tylko jedno pytanie – czy wszystko się udało? Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. Była świadoma, że w pewien sposób zaburzyła rytuał. Dostała jasny rozkaz, by poświęcić Karmę i Danielle. Dwie kotwice związane zarówno z nią, ale i ze sobą więzami krwi. Początkowo Amelia chciała trzymać się planu. Jednak Danielle była poza jej zasięgiem. Kobiety strzegły potężne czary i gwardia. Amelia nie była w stanie przedostać się przez barierę zakonu. Gdyby nie przezorność Evy, nie byłaby nawet w stanie dostać się do tej groty. Wiedziała jednak, że nie może zawieść. Pełnia zbliżała się z każdym dniem, a ona miała ograniczony wybór. Początkowo chciała dorwać tą szlamę, która weszła między nią a Dracona, jednak Eva jasno zaznaczyła, że Potter i Granger są jej potrzebni. Jedynymi żyjącymi kotwicami była Danielle i jak przypuszczała Oliwer, z którym Eva dzieliła się mocą. Taka magia musiała zostawiać po sobie ślad w postacie silnej więzi. Amelia miała nadzieję, że to wystarczy, by sprowadzić Evę do świata żywych. Zresztą po tym, jak mężczyzna poznał jej sekret, wybór okazał się prosty. Odnalazła go i uratowała mu życie tylko po to, by później złożyć go w ofierze. Chroniła nie tylko siebie i Dracona, ale i Evę, którą uczucie do generała osłabiało i dekoncentrowało. Na swój sposób Amelia uwolniła ją od tej słabości. Teraz musiała tylko przekonać ją do swojej niewinności i zająć należne jej miejsce u boku swojej pani. Tylko ona mogła zagwarantować jej bezpieczeństwo po tym, jak została zdemaskowana.
Wślizgnęła się do sali i oparła o drzwi, przyglądając drzemiącej kobiecie. Nienawidziła w niej wszystkiego. Od czubka głowy po najmniejszy paznokieć u stóp. Najbardziej jednak nie potrafiła znieść tego, że Lucjusz wybrał właśnie ją.
Malfoya poznała na jednej z kolacji, którą wyprawiali jej rodzice. Lucjusz odwiedził ich jako posłaniec Lorda Voldemorta. Amelia od początku była nim zafascynowana. Wiedziała, że on to dostrzegł. Zawsze, gdy pojawiał się w ich domu, niby przypadkiem na niego wpadała. Prowokowała go na każdym kroku, czerpiąc satysfakcję z najmniejszego sukcesu. Lucjusz długo opierał się pożądaniu, które na początku ich połączyło. W końcu jednak uległ, a ona osiągnęła swój cel. Ich potajemne spotkania stawały się coraz częstsze, a uczucie, jakim go obdarzyła, rosło z każdym dniem. Na początku czerpała satysfakcje z każdej chwili spędzonej razem. Wkrótce jednak zaczęło jej przeszkadzać odgrywanie roli kochanki. Chciała więcej. Lucjusz jednak nie chciał słyszeć o rozwodzie i ponownym ślubie. Każda próba rozmowy na ten temat kończyła się kłótnią i jego nieobecnością przez kilka kolejnych dni. Amelia wiedziała, że jedynym sposobem na małżeństwo z Lucjuszem jest śmierć jego żony. Musiała się jej pozbyć i wtedy właśnie wpadły jej w ręce tajne akta ojca, które otrzymał na przechowanie od Lucjusza. Wówczas nie wiedziała, że to ważne plany i instrukcje od Czarnego Pana. Skopiowała je i przy pierwszej okazji postanowiła podrzucić żonie kochanka, wysyłając w odpowiednim momencie donos do ministerstwa. Okazja ku temu nadarzyła się stosunkowo szybko, ponieważ Malfoyowie zaprosili całą ich rodzinę na kolację. To na niej poznała Dracona i Narcyzę. Lucjusz idealnie odgrywał swoją rolę, nie zdradzając się ani na sekundę, że coś może ich łączyć. Adorował swoją małżonkę i jej matkę, ignorując ją ostentacyjnie. Nie wiedziała jak to się stało, gdy z ust jej ojca padło słowo „małżeństwo”. Dwa wielkie rody miały się połączyć w jeden za sprawą ślubu jej i Dracona. Wtedy po raz pierwszy dostrzegła prawdziwe emocje na twarzy Lucjusza, który szybko ukrył je pod maską zaskoczenia i sztucznej aprobaty. Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Lucjusz odwiedził ją tylko raz, by oznajmić, że ich romans musi się skończyć. Próbowała go przekonywać, lecz pozostał nieugięty. Później nie widziała go przez wiele miesięcy. Była za to częstym gościem w Malfoy Manor, gdzie spotykała Dracona i Narcyzę. Mimo że nienawidziła tego miejsca, jeździła tam z nadzieją, że spotka mężczyznę. Tak jednak się nie stało. Lucjusz umiejętnie planował swoje ruchy, skutecznie jej unikając. Zapomniał jednak, że zakochana kobieta jest zdolna do wszystkiego. Poprosiła Narcyzę o spotkanie i wyznała, że ma romans z jej mężem. Nigdy nie zapomni miny swojej rywalki. Nie wiedziała dlaczego, ale okłamała ją o papierach rozwodowych i planowanej przyszłości z jej mężem. Narcyza nie okazała emocji. Amelia pamiętała to pogardliwe spojrzenie, pełne wyższości, jakim ją zmierzyła. Następnie wezwała skrzata domowego i rozkazała, by ten wyprowadził ją z salonu. Na skutki swojego działania nie musiała czekać. Podświadomie wiedziała, że tym ruchem zmusi go do konfrontacji i była na nią przygotowana. Lucjusz odwiedził ją w nocy. Wściekłość w jego oczach mieszała się z pożądaniem i ostatecznie wygrało to drugie. Kochali się wiele razy jednak wtedy było inaczej. Zupełnie jakby każde z nich chciało zapamiętać tą chwilę w obawie, że to ostatni raz. Przynajmniej ona tak to wtedy interpretowała. Po wszystkim, nim nastał świt, Lucjusz ubrał się i głosem wypranym z emocji, oznajmił, że to definitywny koniec i jeśli Amelia kiedykolwiek zbliży się do Narcyzy, to ją zabije. Następnie odwrócił się na pięcie i odszedł. Wówczas jej świat zawalił się i rozpadł się na miliony kawałków. Nie odważyła się przestąpić progu Malfoy Manor choć dalej ciągnęła szopkę z odgrywaniem roli zakochanej narzeczonej Dracona. Gdy wybuchła ostateczna bitwa, uciekła z pola bitwy, błądząc bez celu po ciemnych uliczkach jakiejś angielskiej wioski, której nazwy nie pamiętała. Tam też postanowiła ze sobą skończyć, nie widząc perspektyw na szczęście u boku mężczyzny, którego pokochała. W ten sposób poznała Evę, która ją odratowała i przygarnęła pod swoje skrzydła. To ona zwróciła ją światu żywych i pomogła zemścić na niewiernym kochanku. Dzięki niej po zakończeniu wojny Amelia wróciła do Londynu, gdzie po raz pierwszy skonfrontowała się z Narcyzą. Potrzebowała informacji o losie Lucjusza. Kobieta nie chciała z nią rozmawiać, lecz była zbyt słaba, by z nią walczyć. Amelia bardzo łatwo uzyskała potrzebne informacje, dzięki którym dotarła do Lucjusza. Wykorzystała swój status narzeczonej, by dostać się do więzienia i celi ukochanego. Dla pozorów odwiedzała Dracona, pozwalając mężczyźnie snuć plany na temat ich przyszłości i dręcząc tym samym Narcyzę. Wszystko po to, by być bliżej Lucjusza. Widok mężczyzny złamał jej serce. Wyglądał jak człowiek, który przegrał całe swoje życie. Pragnęła go pocieszyć i zapewnić, że jest w stanie go wyciągnąć. On jednak ją odrzucił. Po raz kolejny. Tego nie była w stanie mu wybaczyć. Pragnęła tylko zemsty. Rzuciła na bezbronnego mężczyznę zaklęcie i zniewoliła jego duszę. To za sprawą jej czarów Lucjusz wyznał Narcyzie swoją miłość do niej, zażądał rozwodu i wybrał śmierć niż życie u boku żony. Z rozkoszą patrzyła na jego egzekucję, choć jej serce umierało wraz z mężczyzną.
Gdy Narcyza zażądała, by znikła z ich życia, spełniła jej prośbę, obiecując że pewnego dnia wróci i dokończy to, co zaczęła. Zakończy ród Malfoyów. Dotrzymała słowa. Po śmierci Lucjusza, zadbała, by odpowiednie dowody, obciążające Narcyzę, które kiedyś podrzuciła, trafiły do aurorów. Gdy kobieta została skazana do Azkabanu, pod przykrywką odwiedzin Dracona, torturowała ją, czerpiąc z tego satysfakcję. Wtedy postanowiła zniknąć na jakiś czas z Anglii. W tym czasie poświęciła się służbie Evie i zdobywaniu tajników magii, o istnieniu której nawet nie śniła. Gdy kapłanka wtajemniczyła ją w swój plan i zapytała, czy chce być jego częścią, zgodziła się bez wahania. Wówczas wróciła do Anglii, by obserwować Pottera, na punkcie którego Eva miała obsesję. Była jej oczami i uszami. Wtedy też ponownie spotkała Dracona i Narcyzę. Metamorfoza, jaka zaszła w mężczyźnie i jego uderzające podobieństwo do Lucjusza, fascynowały ją. Uczucia, które pogrzebała wraz ze śmiercią ukochanego, odżyły. Wówczas jednak Draco nie zauważał jej, a jego serce należało do tej szlamy ze złotej paczki, która obaliła Voldemorta. Amelii udało się natomiast dostać do Narcyzy. Nienawiść do kobiety nie osłabła, a dawne urazy i chęć zemsty rozpaliły jej serce. To wtedy w jej umyśle zakiełkował pewien plan. Zamieniła egzystencje Narcyzy w piekło i zaczęła zbierać informacje na temat Granger. Następnie umiejętnie przekazała wszystko Evie. Wiedziała, że prace szlamy wydadzą się kapłance użyteczne i nie pomyliła się. Od tamtej pory musiała zadbać tylko o to, by pozostać niezauważoną. W tym czasie ciągle była szpiegiem Evy i starała się zbliżyć do Dracona. Ten jednak był zbyt zaślepiony dawnymi urazami i uganianiem się za szlamą. Odrzucił ją tak, jak zrobił to jego ojciec. Amelia jednak wiedziała, że wkrótce zrozumie swój błąd. Stanie się to zaraz po tym, jak pozbędzie się szlamy. Po jej śmierci Draco będzie należeć tylko do niej.
Narcyza drgnęła w swoim fotelu i otworzyła oczy. Amelia skoncentrowała na niej całą swoją uwagę, czekając aż ta ją zauważy. Nie trwało to długo. Gdy Narcyza przeniosła na nią wzrok, pobladła i skuliła się w sobie.
- Poznajesz mnie, prawda? – Zapytała z szerokim uśmiechem, a gdy starsza kobieta nie odpowiedziała, odsunęła się od drzwi i zrobiła krok w jej stronę. – Tak… Poznajesz… - dodała, zatrzymując się przed nią i mierząc z góry nienawistnym spojrzeniem.
- Nie masz już nade mną władzy – powiedziała Narcyza, prostując się dumnie w fotelu i stawiając jej czoła.
- To prawda – przyznała blondynka, pochylając się nad nią i opierając ręce na oparciu fotela. – Ta przewaga nie jest mi już potrzebna – dodała, wwiercając szeroko otwarte oczy w kobietę. – Pamiętasz, co ci obiecałam? – Zapytała, a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodała – Czas, bym dotrzymała obietnicy – powiedziała, prostując się i wyjmując z kieszeni zabezpieczoną strzykawkę. – To jad mandragory – wyjaśniła, gdy Narcyza spojrzała na narzędzie. – Gwarantuję, że to nie będzie szybka śmierć… - dodała, zdejmując osłonkę i nachylając się nad starszą kobietą.
Narcyza wstrzymała oddech i nie spuszczając wzroku z Amelii, zacisnęła dłonie na książce, którą trzymała na kolanach, a gdy blondynka nachyliła się nad nią, zamachnęła się mocno, uderzając w jej głowę. Amy zachwiała się, wypuszczając z dłoni strzykawkę i upadła, łapiąc za miejsce, gdzie padł cios. W tym czasie Narcyza zerwała się na nogi i ruszyła do drzwi. Nim dobiegła do nich, młodsza kobieta powaliła ją, rzucając się na nią cały ciałem i obydwie zaczęły się szarpać i siłować. W pewnym momencie Amelia zdobyła przewagę i zacisnęła dłonie na szyi pani Malfoy. Narcyza starała się zepchnąć ją z siebie, jednak wciąż była zbyt osłabiona, by wygrać ten pojedynek.
- To koniec – wysyczała Amelia, nachylając się nad kobietą. – Nawet nie wiesz, jaką przyjemność czerpię z tej chwili. Żałuję tylko, że nie zobaczysz, jak wykańczam twojego syna – dodała z fanatycznym błyskiem w oku. – Najpierw zniewolę go tak, jak twojego męża, a potem wyślę do piekła, gdzie za chwilę i ty trafisz,  jego zwłoki – obiecała, zaciskając mocniej palce na szyi kobiety.
Narcyza szarpała się i charczała, walcząc do ostatniej chwili, lecz nie była w stanie oprzeć się sile młodszej czarownicy. Jej opór z każdą chwilą stawał się coraz słabszy. Nim jednak wydała ostatnie tchnienie, drzwi do sali otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł stary Philip Banner. Amelia była tak zaskoczona, że nie zareagowała w porę, gdy auror rzucił na nią klątwę, odrzucając do tyłu z ogromną siłą. Podbiegł do nieprzytomnej Narcyzy, wzywając posiłki i magomedyków. Amelia jak przez mgłę rejestrowała przebieg zdarzeń. Trzymając się za potylicę, wymacała różdżkę i nim Banner ją powstrzymał, teleportowała się.

Czując delikatne wibracje pod palcami, wyrwała się ze wspomnień i zerknęła na swoją różdżkę. Zdezorientowana ściągnęła brwi. Nie miała pojęcia, co się dzieje. Wyraźnie czuła moc przepływającą przez nią do magicznego drewienka. Zupełnie jakby jej własna różdżka obróciła się przeciwko niej i wysysała z niej magię. W panice chciała ją odrzucić, lecz jej ciało nie zareagowało. Czuła jak ulatuje z niej energia, a ona robi się coraz słabsza. Osunęła się na kolana, upadając u podnóża majestatycznego lustra. Próbowała dźwignąć się na łokciach, lecz na próżno. Upadając po jednej z prób jej wzrok padł na bezwładne ciało Oliwera. Jego puste spojrzenie było ostatnim, co zapamiętała, nim straciła przytomność.


***

Czas… W miejscu, w którym była, nie miał dla niej znaczenia, ponieważ nie istniał. Jej egzystencja przypominała dryfowanie w nieznanym miejscu, czasie i przestrzeni.
I gdy prawie poddała się temu błogiemu uczuciu, coś zaczęło się zmieniać. Zupełnie jakby ktoś wyrwał ją z głębokiego snu. Z miejsca, w którym była wolna. Ogromna siła pchała ją do przodu z zawrotną prędkością, by zniewolić jej duszę w ciele. Wraz z odzyskaniem ciała, straciła wolność.
Wiedziała, że przekroczyła granicę światów. Czuła to każdym zmysłem. Wciągnęła wilgotne, przesiąknięte spalenizną powietrze, napełniając nim płuca i otworzyła powoli oczy. Pierwszym, co rzuciło się jej w oczy, była grota, w której została uwięziona przez Pottera. Wspomnienia z tamtego dnia uderzyły w nią niczym boomerang, burząc jej spokój i rozpalając gamę różnorodnych emocji. Wszystko wyglądało jak wtedy z kilkoma małymi różnicami. Ogromny płomień, który pochłonął Hermesa i ją, zniknął. Wtedy myślała, że spłonie żywcem. Tak jednak się nie stało. Spojrzała na swoje nagie, pokryte sadzą ciało, szukając śladów poparzeń, lecz wówczas jej wzrok padł na leżącą u jej stóp nieprzytomną kobietę. Przykucnęła i odgarnęła z jej zakurzonej twarzy jasne włosy. Przez chwilę przyglądała się jej z beznamiętną miną, a następnie przyłożyła do skroni kobiety dwa palce. Impuls przesłanej magii sprawił, że Amelia drgnęła. Wówczas Eva odsunęła dłoń od jej twarzy i w milczeniu obserwowała, jak blondynka wraca do siebie.
Amy jęknęła z bólu, czując tępe pulsowanie w głowie, niechętnie uchyliła powieki. Napotykając znajome szmaragdowe tęczówki, otworzyła szeroko oczy.
- Moja pani! – wydusiła z siebie i gwałtownie się podniosła, czego szybko pożałowała, gdyż zakręciło się jej w głowie, a zawartość żołądka niebezpiecznie podjechała do gardła.
Eva przyglądała się Amelii z nieprzeniknioną miną, co mocno ją dekoncentrowało. Tym bardziej, że Najwyższa Kapłanka nie przypominała siebie za życia. Było w niej coś nienamacalnego, czego Amy nie potrafiła wytłumaczyć. Swego rodzaju aura, która budziła jej niepokój i niepewność. Uczucia wzmacniane świadomością, że od tego momentu rozpoczyna niebezpieczną grę z ogniem, który przy najmniejszym błędzie pochłonie ją w oka mgnieniu.
- Wróciłaś… Tak się cieszę! Przez chwilę bałam się, że… - zaczęła, prostując się i lustrując sylwetkę kapłanki, lecz urwała, gdy Meadows na nią spojrzała.
W jej wzroku było coś, czego wcześniej nie dostrzegała. Czaiło się w nim coś mrocznego i złowróżbnego. Amelia  z niepokojem obserwowała kobietę, gdy ta ruszyła w jej stronę i wstrzymała oddech, gdy kapłanka wyciągnęła dłoń ku jej twarzy.
- Dobrze się spisałaś. Wykonałaś swoje zadanie. Teraz moja kolej – powiedziała, dotykając rozcięcia nad łukiem brwiowym blondynki. – Trzeba dokończyć rytuał. Czas sprowadzić Pottera – dodała, odsuwając dłoń, gdy po ranie nie było śladu. – Kto zdradził? – Zapytała, gdy Amelia podała jej czarną, długą szatę.
- Ollivander. Zgodnie z twoimi przewidywaniami – odparła niepewnie, doskonale wiedząc, jakie będzie następne pytanie.
- W takim razie dobrze wybrałam kotwice. Ich strata zaboli go bardziej niż najwymyślniejsze tortury. Nim samym zajmę się później - powiedziała, zapinając guziki i wymijając kobietę, która zamknęła oczy, słysząc wciągane powietrze. – Oliwer…
Eva myślała, że poznała wszystkie rodzaje bólu. Była dumna z tego, że potrafi oswoić każdy z nich. Nie bała się go, bo ten nie był w stanie jej złamać i wyrządzić krzywdy. Jednak ból, jaki uderzył w nią w tej chwili, był najgorszym z pośród wszystkiego, czego doświadczyła. Miała wrażenie, że ktoś wyrwał jej serce i dlatego nie czuje jego bicia. Niczym w letargu pokonała odcinek oddzielający ją od bezwładnego ciała Oliwera i wówczas dostrzegła olbrzymią dziurę w jego klatce piersiowej. Wściekłość i ból mieszały się w jej wnętrzu, burząc krew i budząc niszczycielską siłę, łaknącą krwi.
- Pani, pozwól, że… - zaczęła Amelia, lecz nie dane jej było skończyć.
Eva odwróciła się w jej stronę z dzikim wrzaskiem, wyciągając dłoń i zaciskając ją mocno, a blondynka uniosła się w powietrze i złapała za gardło, desperacko walcząc o każdy oddech.
- Jakim prawem?! – wysyczała, pobladła z niekontrolowanego gniewu.
- Wyjaśnię – wydusiła, patrząc na nią załzawionym wzrokiem, lecz na wściekłej kapłance nie robiło to wrażenia. – Nie… zabiłam…go… - próbowała mówić, starając się przekonać czarownice do swojej niewinności. – Granger…demento… - ponowiła próbę, lecz Eva wzmocniła uścisk, odcinając jej dalszy dostęp do tlenu. – Pocałunek dementora – wycharczała ostatkiem sił i gdy myślała, że już po niej, Eva zwolniła uścisk, a ona runęła boleśnie na ziemię.
Amelia zachłysnęła się powietrzem, łapiąc spazmatycznie każdy oddech i zanosząc się płaczem. Słysząc kroki, zbliżającej się kapłanki, skuliła się i podniosła na nią zaszklone, błagalne spojrzenie, doskonale wiedząc, że za chwilę może umrzeć.
- Generał został postawiony przed Wizengamotem i skazany na pocałunek dementora – wyrzuciła na jednym wydechu, zadzierając do góry głowę, by patrzeć prosto w bezlitosne oczy kapłanki. – Nie było nawet procesu. Zeznania i wspomnienia Granger wystarczyły, by Wizengamot go skazał. Chciałam go wyciągnąć przed egzekucją, lecz nie udało mi się…- wydusiła, krztusząc się płaczem i spuszczając głowę. - Oliwer poprosił mnie o to, żebym złożyła go w ofierze… - dodała martwym głosem i spojrzała ze smutkiem na kamienną twarz kapłanki. - Nie chciałam, ale powiedział, że nie chce żyć pozbawiony duszy. Jego ostatnim życzeniem było, by jego serce było przy tobie, pani. By to ono dało ci życie. Powiedział, że w ten sposób nie złamie danego ci słowa i zawsze będzie obok – wyjaśniła, a z jej oczu wypłynęły kolejne łzy. – Wybacz mi pani… Zawiodłam cię i nie zapewniłam generałowi bezpieczeństwa… - wydusiła z siebie zdławionym głosem i spuściła głowę pod ciężarem poczucia winy i wstydu.
Amelia nie wiedziała, czy udało jej się przekonać kapłankę o swojej niewinności. Postawa Evy była nieprzenikniona. Patrzyła na nią niewidzącym wzrokiem, jakby pogrążona we własnym świecie i cierpieniu. Amelia doskonale ją rozumiała. Sama czuła się w ten sposób, gdy stracono Lucjusza.
- Pani… - zaczęła ostrożnie, zaniepokojona milczeniem kapłanki. – Evo… - zaczęła ponownie, lecz ta władczym gestem ucięła próbę jej wyjaśnień.
Poczuła ukłucie w klatce piersiowej i zgięła się w pół. Zachłysnęła się oddechem, gdy silne szarpnięcie zwaliło ją z nóg. Ból był nie do zniesienia. Podniosła zaszklony wzrok na Evę, która przewiercała ją bezlitosnym wzrokiem. Oddychając krótko przez usta, starała się stawić opór magii kapłanki, lecz na próżno. Eva z łatwością spenetrowała jej umysł, wydobywając wszystkie jej tajemnice, zadając jednocześnie nieludzki ból.
- Naprawdę myślałaś, że możesz mną manipulować? – Zapytała niebezpiecznie cichym głosem, gdy blondynka, upadła na twarz. – Naprawdę wierzyłaś, że jesteś w stanie ukryć przede mną swoją zdradę? – Zapytała, podchodząc do niej niespiesznie i delektując się cierpieniem wijącej się z bólu kobiety. – Skąd w tobie ta śmiałość, która pozwoliła ci stawiać się na równi ze mną?
- Nie mogłabym… To… - zaczęła blondynka, lecz urwała, gdy silny ból w klatce piersiowej pozbawił ją tchu.  
- To ja cię stworzyłam. Przygarnęłam cię, dałam nową tożsamość, otworzyłam przed tobą nieskończone możliwości. Nadałam twojemu życiu sens – zaczęła kapłanka, mierząc Amelię nieprzeniknionym wzrokiem.
- To nie tak… ja…
– W zamian wymagałam wyłącznie wierności – kontynuowała, obchodząc zwijającą się w bólu blondynkę. - Byłam w stanie przymknąć oko na twoje próby manipulacji. Pozwoliłam ci nawet wierzyć w to, że rozgrywasz karty. Ale czy naprawdę sądziłaś, że wybaczę ci morderstwo Oliwera? – Zapytała tym razem nie siląc się na opanowanie.
Amelia spojrzała na nią z niedowierzaniem i po raz pierwszy od dawna przypomniała sobie czym jest strach. Wstrzymała oddech, gdy kapłanka uniosła jej podbródek i natrafiła na pociemniałą z gniewu zieleń jej oczu.
- Błagam… Wybacz mi…Wszystko, co robiłam, było dla ciebie. Sprowadziłam cię…
- Pamiętasz, gdy mówiłam ci, że wśród nas są zdrajcy? – Zapytała, a Amy skinęła głową. – Powiedziałam ci również, że znam ich tożsamość i że w stosownym czasie otrzymają karę. Wiedziałam, że Olivander nie udźwignie tego, gdy odkryłam, że Karma jest córką Danielle i wiedziałam, że jesteś w stanie mnie zdradzić, by ocalić Dracona. Sądziłam jednak, że historia z Lucjuszem czegoś cię nauczyła i opamiętasz się, gdy zrozumiesz, że ty i młody Malfoy nie macie przyszłości. Dlatego tamtego dnia, dałam ci ostrzeżenie, które zignorowałaś. Kto wie dlaczego? Może czułaś się zbyt pewnie u mego boku, może wówczas nie planowałaś zabić Oliwera, a może po prostu byłaś głupia sądząc że ukryjesz coś przede mną… Osobiście obstawiam to ostatnie… Jesteś głupią płotką, która ośmieliła się postawić na równi ze mną i która zapragnęła mojego życia... Zapomniałaś, że twoje życie należy do mnie…
- Chciałam tylko zasłużyć na twoją uwagę – odparła Amelia, zdławionym głosem. – Nie planowałam zabicia Oliwera. On mnie do tego zmusił. Teraz mnie nienawidzisz, ale kiedyś mi podziękujesz, że uwolniłam cię od twojej największej słabości, która powstrzymywała cię przed osiągnięciem wielkości, na którą zasługujesz – wyznała z fanatycznym błyskiem.
Eva spoliczkowała ją boleśnie, a Amelia złapała się za piekące miejsce i spojrzała na nią zaszklonymi oczami.
- Jak rozumiem mój los jest przypieczętowany… - zaczęła z goryczą. – Zapominasz tylko, że ja też jestem kapłanką i nie można mnie zabić tak p…. – dodała i urwała, bo przerwał jej zimny, szyderczy śmiech.
- Uważasz się za kapłankę? Za posłankę Rubinowej Róży? – Zapytała i ponownie zaniosła się tym wywołującym gęsią skórkę śmiechem. – Nie jesteś godna nosić runę – powiedziała twardym głosem.
- Sama mnie wybrałaś…
- Popełniłam błąd, którego z powodu czysto technicznych nie mogłam naprawić wcześniej…
- Nie rozumiem…
- Nosisz runę tylko dlatego, że ja tak chciałam. Przeżyłaś tak długo tylko dlatego, bo tego chciałam. Chroniłam cię do tego momentu, ponieważ byłaś istotnym pionkiem, mającym do odegrania ważną rolę w tej partii…
- Evo…
- Tylko kapłanka związana ze mną runą mogła sprowadzić mnie z zaświatów. Tylko dlatego przymykałam oczy na twoje występki. I tylko dlatego jeszcze żyjesz… Ale nadszedł czas, żebym naprawiła do niedopatrzenie – wyznała Eva, unieruchamiając ją za pomocą magii i stając za jej plecami. – Pamiętasz ból, towarzyszący piętnowaniu? – Zapytała szeptem wprost do ucha blondynki. – Pozbawianie run jest gorsze… - dodała, a następnie przyłożyła dłoń do pleców blondynki w miejscu, gdzie znajdowała się runa i rzuciła zaklęcie.
Krzyki Amelii odbijały się echem po grocie, lecz Eva pozostała bezlitosna. Ból czarownicy był plastrem na rany po stracie Oliwera. W końcu mogła dać ujście emocjom, które rozsadzały ją od środka, rozdzierając jej serce na strzępy. Gdy skończyła, Amelia była na granicy wyczerpania.
- Zmęczona? Potrzebujesz przerwy? – Zadrwiła Meadows, unosząc jej głowę za włosy i patrząc prosto w półprzytomne oczy.
- Błagam…
- Stella Mortis nie błagają o litość. Powinnaś to wiedzieć – wysyczała z pogardą brunetka i wyjęła z jej kieszeni sztylet, unosząc końcówką ostrza podbródek kobiety.
- Myślałam, że tego chcesz… wiele razy zastanawiałaś się nad pozbyciem go. Mówiłaś, że ta miłość cię osłabia – powiedziała z desperacją w głosie. – Prędzej czy później sama byś go zabiła… Uwolniłam cię od tego obowiązku. To miał być mój dar… - wydusiła z trudem, patrząc na kapłankę z półprzytomnym wzrokiem.
- Dar… - powtórzyła Eva, jakby smakowała sens tego słowa i przechyliła na bok głowę, przyglądając się Amelii pustym wzrokiem. – Pozwól zatem, że się odwdzięczę – dodała, głaszcząc zakrwawiony, brudny policzek kobiety. – Też mam dla ciebie dar… Dar powolnej, bolesnej śmierci…
- Jestem ci wierna. Zawsze byłam i będę – wyznała łamiącym się szeptem i przymknęła oczy pod wpływem delikatnego dotyku kapłanki.
- Wiedziałaś, że w otwartym pojedynku nie miałabyś z nim szans więc zakradłaś się niczym tchórz i go obezwładniłaś – powiedziała bezbarwnym tonem, oczami wyobraźni widząc tą scenę.
- To nie tak… - zaprzeczyła, kręcąc gwałtownie głową, a następnie wrzasnęła z bólu, gdy tysiące ostrzy rozcięło jej skórę na ciele.
- Czujesz ten ból? – Zapytała szeptem Eva, rzucając kolejną klątwę, a grotę ponownie wypełnił rozdzierający krzyk. - Popełniłaś ogromny błąd… I teraz za niego zapłacisz…. – dodała, wyciągając z kieszeni kitla kobiety, jedną z dwóch przygotowanych dla Narcyzy strzykawek z jadem mandragory. – Dobry wybór – pochwaliła ją, napawając się przerażeniem kobiety. – Jak wiesz… to nie będzie szybka śmierć – przytoczyła jej słowa, które kilka godzin temu wypowiedziała w stronę Narcyzy.
Nie wiedziała jak długo stała w tym samym miejscu, obserwując agonię, w jakiej pogrążona była Amelia. Na zewnątrz przypominała posąg, lecz w środku trawił ją pożar, którego nikt i nic nie potrafiło ugasić. Nie mogła i nie chciała dopuścić do siebie myśli, że Oliwera już nie ma. Zniknął, pozostawiając ją w ciemności, a przecież obiecał, że zawsze będzie obok. Myśl ta wywołała jeszcze większy ból, który rozpalił wściekłość.
- To, co teraz czujesz, to nic w porównaniu z ogniem, który trawi mnie od środka – powiedziała, unosząc podbródek kobiety i patrząc w jej skrzywioną w cierpieniu, spoconą twarz. – Sprawię, że nie zostanie z ciebie nic, co można by zbierać – dodała mściwym głosem, oddychając ciężko i koncentrując się na źródle swojej mocy.
Wówczas ciało Amelii wygięło się w nienaturalny łuk. Z oczu kobiety pociekły kolejne łzy, znacząc swój szlak po jej brudnej skórze twarzy. Ze zdartego od wrzasków gardła, wydobył się nieludzki krzyk, gdy nagle blizny po nacięciach otworzyły się, a płaty skóry zaczęły samoistnie odchodzić od ciała. Eva nawet nie mrugnęła. Beznamiętnie kontynuowała zaklęcia skórowania do momentu, gdy na ciele swojej ofiary nie było grama skóry. Wówczas zmierzyła zastygłe w powietrzu truchło mściwym spojrzeniem i podpaliła je.
Myślała, że poczuje ulgę, jednak tak się nie stało. Ból wciąż rozrywał ją od środka, a ona miała wrażenie że za chwilę zabraknie jej tchu i rozpadnie się na miliony kawałków. Niepewnie i na zdrętwiałych nogach, odwróciła się w kierunku martwego ciała mężczyzny. Widok ten uderzył w nią kolejny raz, sprawiając że ugięły się pod nią kolana. Na drżących nogach, powoli ruszyła w jego stronę, jakby chciała odsunąć ten moment najdłużej jak się da. Wtedy wciąż mogłaby się oszukiwać, że martwy człowiek w grocie to nie Oliwer. Jego trupioblada twarz i pusty wzrok złamały ją. Osunęła się na kolana i położyła drżącą dłoń na jego policzku. Czując chłód jego skóry, rozpłakała się. Przysunęła jego głowę i położyła ją na swoich kolanach, tuląc do siebie i zanosząc głośnym łkaniem, który przerodził się w bezsilny, pełen rozpaczy krzyk.
- Co zrobisz, gdy przejmiesz władzę? – Zapytał pogrążony we własnych myślach, gładząc jej nagie ramię.
Uniosła głowę, zaskoczona dziwną nutą w głosie mężczyzny, próbując wyczytać coś z jego twarzy.
- Wezmę urlop – zażartowała, a on nie był w stanie powstrzymać cisnącego się mu na usta uśmiechu.
- Myślałem, że władcy nie mają wolnego – rzucił z przekąsem, patrząc na nią z pobłażaniem.
- Ale też mają prawo do wypoczynku… i do szczęścia – odparła niepewnie, opierając podbródek na jego ramieniu. – Skąd nagle to zainteresowanie? – zapytała, przyglądając się mu badawczo.
- Bez powodu – odparł, lecz Eva nie pozwoliła się spławić.
- Już ja znam to twoje bez powodu – rzuciła z pobłażaniem i chwyciła za podbródek mężczyzny, zmuszając by na nią spojrzał.
- Po prostu coraz częściej myślę o przyszłości… o naszej przyszłości – uściślił, widząc niezrozumienie na jej twarzy. – Co stanie się z nami? Gdy osiągniesz już swój cel…
Eva przyłożyła mu palec do ust i uśmiechnęła się delikatnie.
- To niczego między nami nie zmieni – odparła, myśląc że tym go uspokoi, więc zdziwiła się widząc grymas niezadowolenia na jego twarzy.
- No właśnie…to niczego między nami nie zmieni… Dalej będziemy się ukrywać. Tak jak myślałem – powiedział, robiąc dobrą minę do złej gry.
- Oliwerze, o co tak naprawdę ci chodzi?
- Kim dla ciebie jestem? – Zapytał, przypierając ją do muru, a nie doczekawszy się odpowiedzi, westchnął ciężko i odwrócił głowę.
- Naprawdę tego nie wiesz po tym wszystkim, co przeszliśmy? – Zapytała, nie kryjąc zaskoczenia, a widząc jak mężczyzna zaciska usta w milczącym uporze, westchnęła ciężko i nachyliła się nad nim, opierając na dłoniach. – Gdy obejmę władzę, zaprowadzę nowy ład. Zakończę wojnę i zaprowadzę pokój. I ty mi w tym pomożesz. Zrobimy to razem, ramię w ramię…W końcu każde królestwo potrzebuje królowej…i króla – powiedziała, a on spojrzał na nią zaskoczony. – Potrzebuje cię… Żadne królestwo i magia tego świata nie są dla mnie tak ważne jak ty – dodała, a on uniósł wysoko brwi. - Czas zmienić tradycje Stella Mortis.
–- Czy ty proponujesz mi małżeństwo? – Upewnił się, że dobrze zrozumiał słowa kobiety.
- Raczej ofertę nie do odrzucenia – wzruszyła ramionami. – I radzę się zastanowić nad odpowiedzią, bo doskonale wiesz, że nie przyjmuję odmów – zaznaczyła z groźną miną.
- A to groźba? – Zapytał z rozbawieniem.
- Raczej istotna informacja w umowie napisana małym drukiem – sprecyzowała, uśmiechając się szeroko i trącając jego nos swoim.
- W takim razie muszę dokładnie przeczytać i sprawdzić, czy oferta jest dla mnie korzystana – droczył się, obejmując ją a ona zgodziła się cichym pomrukiem i pocałowała go.

Piekielny ogień już dawno strawił jej duszę. Z jej dawnego życia pozostał popiół i zgliszcza. Od dawna nauczyła się żyć w mroku. W tańcu z cieniami stawiała uważnie kroki, by się nie potknąć. Nie bała się śmierci, ponieważ ta towarzyszyła jej od najmłodszych lat. Skradała się nieśmiało i kroczyła obok gotowa w każdej chwili odebrać jej to, co było najdroższe jej sercu. Sukcesywnie obdzierała ją z fragmentów jej człowieczeństwa, zabierając z jej przestrzeni tych, którzy wyzwalali w niej ludzkie odruchy. Po każdym takim ciosie bez tchu upadała na kolana, niezdolna do wykrzesania z siebie jakiejkolwiek woli walki. Za każdym razem, gdy myślała, że już się nie podniesie, zaskakiwała samą siebie i wbrew wszystkiemu wstawała chwiejnie od nowa ucząc się chodzić. Wówczas zastanawiała się, gdzie znajdują się granice wytrzymałości człowieka? Długo zajęło jej odkrycie, że granice są wyłącznie wytworem zmęczonego i słabego umysłu, należącego do człowieka, który się poddał lub nie jest jeszcze gotowy, by wstać z kolan. Do tej pory myślała, że jej to nie dotyczy. W końcu pokonała wszelkie możliwe granice, włącznie z zaświatami i śmiercią…
Nie czuła chłodu, pragnienia, zmęczenia. Niczym w letargu tuliła do siebie ciało Oliwera, jakby wciąż się łudziła, że mężczyzna za chwilę wstanie i przytuli ją, zapewniając że to był tylko zły sen. Jednak im dłużej czekała tym mocniej uderzała w nią świadomość, że Oliwera już nie ma. Wrogowie wykorzystali jej nieobecność i odebrali jej go. Zgasili światło, które było tym, co najlepsze w niej. Odsunęła policzek od jego twarzy i ostatni raz spojrzała w jego oczy. Nie chciała zapamiętać tego pustego wzroku. Jej Oliwer był pełen życia i pasji. Zamknęła jego powieki i przeniosła dłoń na dziurę w klatce piersiowej. Skoncentrowała moc i naprawiła uszkodzenia, tak że po ranie nie było ani śladu. Następnie dźwignęła się na nogi i przelewitowała ciało mężczyzny na ołtarz. Tam oczyściła jego ciało i transmutowała podarte ubranie w zbroję. Przeczesała z czułością jego włosy i ostatni raz spojrzała ze smutkiem na jego twarz, zaklinając rzeczywistość, by zwróciła jej mężczyznę. Ujęła jego twarz w dłonie i zetknęła ich czoła ze sobą. Zamknęła oczy, tłumiąc bezsilny krzyk i musnęła jego usta.
Drżąc na całym ciele, odsunęła się od ołtarza i zbierając się na siły, wznieciła ogień. Nie odwróciła wzroku od płomieni, trawiących ciało mężczyzny. Zaciskała dłonie w pięści, zmuszając się by wytrwać do końca. Dopiero po wszystkim zebrała prochy mężczyzny i umieściła je w czarze, którą transmutowała w ozdobną urnę. Położyła drżącą dłoń na kamiennej płycie ołtarza i koncentrując się na źródle mocy, złamała ją, tworząc wgłębienie. Tam też umieściła urnę, którą później ukryła w kamieniu.
- Przysięgam ci, Oliwerze, że każdy, kto przyczynił się do rozdzielenia nas, otrzyma zapłatę. Wkrótce poczujesz smak ich krwi… Czekaj na mnie, bo znajdę sposób, by cię odnaleźć – poprosiła, pozwalając sobie na ostatnie łzy. – Znajdę sposób, żebyśmy byli razem…

***
Siedziała za biurkiem przeglądając księgę przychodów i wydatków ze skarbca. Poprawiła okulary, które zsunęły się  jej na czubek nosa i zwiększyła intensywność światła w lampie. Zamoczyła pióro w atramencie i dopisała starannym pismem adnotację odnośnie odrzucenia pomysłu na zwiększenie podatków. Wojna domowa w szeregach Stella Mortis mocno nadszarpnęła morale i wartości, na jakich zbudowano zakon. Walka z Evą przyniosła wiele strat i szkód. Odbudowanie ich zajmie im wiele tygodni. Gorzej było w przypadku strat moralnych.
Westchnęła ciężko i odsunęła dokumenty. Wstała z krzesła, prostując stare kości i podeszła do okna. Pogoda była dzisiaj wyjątkowo niespokojna. Od rana padało i wiało, a teraz sądząc po chmurach, gromadzących się na niebie, nadchodziła burza. Danielle czuła ją w swoich starych kościach. Zamknęła okno w tym samym czasie, gdy dobiegło ją pukanie do drzwi. Z ciężkim westchnięciem zwróciła się w stronę gościa.
- O co chodzi, Jean? – Zapytała z dobrodusznym uśmiechem, widząc zakłopotanie młodej nowicjuszki.
- Przepraszam, że niepokoję pani, ale przybył wielki mistrz i nalega na spotkanie – wyjaśniła dziewczyna.
- Wpuść go – odparła krótko.
Jean skinęła głową i wyszła z gabinetu. Danielle ściągnęła brwi, zastanawiając się czego Garric mógłby od niej chcieć. Po bitwie wspólnie zdecydowali, że Karma musi poznać prawdę o swoim pochodzeniu. Ich córka przyjęła ją dość dobrze. Cieszyła się, że odzyskała matkę i zapobiegła jej śmierci w czasie rytuału. Danielle spodziewała się buntu, lecz wyglądało na to, że jej córka odziedziczyła temperament po ojcu. Reakcja i akceptacja Karmy ucieszyły ją, ale i zdjęły z serca olbrzymi ciężar, który je przygniatał, odkąd opuściła własne dziecko, by je chronić. Była wdzięczna Garricowi za to, że tak mądrze wychował ich córkę. Ustalili, że każde wakacje i ferie Karma będzie spędzać w zakonie, przygotowując się do objęcia stanowiska wielkiego mistrza. Dzięki temu obydwie miały też szansę, by poznać się i odzyskać część straconego czasu, który ze względów bezpieczeństwa Danielle zdecydowała się poświęcić dla dobra córki.
W komnacie rozległo się ponowne pukanie, lecz nim zdążyła zaprosić gościa do środka, drzwi otworzyły się gwałtownie, a w progu stanął pobladły i roztrzęsiony mężczyzna. Danielle nie potrzebowała wyjaśnień. Wystarczył rzut oka na jego twarz, by wiedzieć, że stało się coś złego.
- Zabrała ją – wydusił Ollivander zduszonym głosem, przekraczając próg gabinetu.
- O czym ty…
- Zabrała Karmę – wszedł jej w słowo z naciskiem, a Danielle pokręciła głową, jakby nie chciała do siebie dopuścić słów mężczyzny.
- Nie mogł… - zaczęła z uporem maniaka, lecz ponownie przerwał jej mężczyzna, kładąc na biurku mokre od deszczu krucze pióro, obwiązane czerwoną wstążka.
Danielle zakręciło się w głowie i musiała przytrzymać się biurka, by nie upaść. Szeroko otwartymi oczami patrzyła na krucze pióro i odcinającą się na nim czerwoną wstążkę. Symbol, który mógł należeć tylko do jednej osoby. Uniosła przerażony, zaszklony wzrok na mężczyznę, lecz nim zdążyła o cokolwiek zapytać lub powiedzieć, murami zakonu wstrząsnęła potężna siła, wzmocniona grzmotem, zwiastującym burzę. Trzęsienie ziemi wzmagało się, budząc w mieszkańcach panikę i strach. Kolejny grzmot i błyskawica przecięły niebo, a o dzwoniące na skutek trzęsienia ziemi szyby, pokryły się kroplami deszczu.
Danielle najpierw wymieniła się spojrzeniem z Garriciem, a potem przeniosła wzrok na krucze pióro. Drzwi do jej gabinetu otworzyły się z hukiem i wpadła tam jedna z kapłanek.
- Pani, musimy się ewakuować ze względów bezpiecze…
- Wydaj rozkaz, by gwardia się zbroiła – weszła jej w słowo pobladła Danielle. – Wszystkie kapłanki mają być gotowe do walki – wydała rozkaz, biorąc się w garść i ignorując przerażone spojrzenie siostry, wyprostowała się i ruszyła w stronę wyjścia. – Za piętnaście minut Rada Starszych ma czekać w sali obrad – rozkazała, rzucając znaczące spojrzenie Garricowi i wymijając kapłankę.
- Wiesz, że jeśli Eva się wydostała, to sami nie damy rady? – Upewnił się mężczyzna, podążając za nią.
- Nie będziemy sami. Jeśli Eva się wydostanie z pola magnetycznego, to cały świat będzie zagrożony – powiedziała twardym głosem. – Powiadom Ministerstwo Magii.
-Nie ruszę się stąd bez mojej córki – zaoponował Olivander, zatrzymując się gwałtownie.
Danielle również stanęła kilka kroków przed nim, lecz nie odwróciła się w jego stronę.
- Jeśli Karma jest w rękach Evy, obydwoje wiemy, że jej los jest przesądzony – wyznała z bólem w głosie, zaciskając dłonie w pięści.
- Jak możesz tak mówić? To nasze dziecko! Musimy ją ratować!
- Zrobiłabym dla niej wszystko. To dlatego zdecydowałam się ją zostawić. Każdy dzień bez niej był torturą.  Zrobiłabym to ponownie… Żeby ją chronić… Jednak nie zaryzykuję losu całego świata…
- Jak możesz być taka bezwzględna i bezduszna? – Zapytał z niedowierzaniem mężczyzna bliski załamania nerwowego.
- Jeśli Karma żyję, zrobię wszystko żeby ją uratować. Ale jeśli już jej nie ma… własnoręcznie zabiję tą sukę i pomszczę naszą córkę – odparła twardo, zdławionym głosem i, nie oglądając się na mężczyznę, ruszyła w stronę sali obrad.


***

- Hermiono…
Ściągnęła brwi, gdy czyjś głos chciał wyrwać ją ze snu. Snu, którego tak bardzo potrzebowała. Czuła się wyczerpana i słaba. Głosu jednak nie interesowały jej potrzeby. Bezlitośnie domagał się uwagi. Mimo że powieki ciążyły jej, jakby ważyły tonę, zmusiła się, by je uchylić. Wraz z otwarciem oczu, zaczęły docierać do niej inne bodźce. Zmarszczyła czoło, czując piasek pod policzkiem i wilgotny zapach. Podparła się na rękach i powoli usiadła, rozglądając dookoła. Jej serce na chwilę zatrzymało swój bieg, by w następnej sekundzie przyspieszyć. Rozpoznała to miejsce. Dookoła nagie skały, las, z którego nie dochodziły żadne dźwięki i ogromne jezioro położone w centralnej części groty. Znała je ze swoich powracających snów. Jedyna różnica polegała na tym, że nie było tam wielkiego wodospadu, a na niebie  w swojej pełnej okazałości prezentował się księżyc, odbijający się w tafli wody.
- Hermiono…
Poczuła nieprzyjemny dreszcz, biegnący po linii kręgosłupa. Ten głos również znała. Towarzyszył jej przez wiele tygodni, kusił obietnicami, przerażał groźbami i dręczył w sennych koszmarach.
- To nie jest prawdziwe – wyszeptała, chwytając się tej myśli i starając nie wpaść w panikę. – Nie jesteś prawdziwa – powtórzyła, jakby chciała za wszelką cenę sprawić, że jej senna mara to tylko wytwór jej umysłu. - Ty nie żyjesz! – Krzyknęła coraz bardziej przerażona, rozglądając się dookoła i starając zlokalizować źródło głosu.
- Ostrzegałam, że mnie nie można zabić…
Usłyszała i wstrzymała oddech, gdy spokojna dotąd woda, zaczęła się burzyć. Odbicie srebrnej tarczy księżyca zamazało się, a na jego miejscu tafla zaczęła wrzeć i parować. Unoszący się dym przybrał natomiast kształt ludzkiej sylwetki. I choć nie przypominał człowieka, a zjawę, Hermiona była pewna, kim jest duch.
- To niemożliwe…
- Zdradziłaś mnie – powiedziała spokojnie zjawa, sunąc powoli w jej stronę, a szatynka odruchowo odsunęła się od brzegu jeziora. – Zdradziłaś mnie i poniesiesz konsekwencje – dodała Eva, zatrzymując się przy brzegu.
- Jesteś tylko wytworem mojego umysłu i … – powiedziała szatynka zdławionym głosem, lecz przerwał jej zimny, wysoki śmiech, odbijający się echem w jej głowie.
- Jestem czymś więcej – odparła kapłanka, a szatynka pokręciła gwałtownie głową. – Dzięki wam mogę być gdzie chcę, w kim chce…
- Nie żyjesz! – powiedziała bardziej zdecydowanie Hermiona, podnosząc się z ziemi i stawiając czoła zjawie.
- Śmierć i życie już mnie nie ograniczają – prychnęła Eva, przechylając głowę i nie odrywając upiornego spojrzenia od szatynki. – To ja jestem ich panią – dodała władczym głosem, zadzierając podbródek. – Nadszedł czas zapłaty, Hermiono – powiedziała, rozkładając ręce, a szatynka instynktownie cofnęła się, byle dalej od jeziora, łudząc się że może przed nią uciec. – Przede mną nie ma ucieczki… Nie ma takiego miejsca, gdzie mogłabyś się schować – zaśmiała się zjawa, a w następnej chwili tafla jeziora wzburzyła się i wyłoniło się z niej ogromne, rzeźbione zwierciadło o tafli czarnej jak bezgwiezdna noc. – Twoja dusza należy do mnie – powiedziała Eva, a zwierciadło zaczęło wirować, by w następnej chwili błyskawicznie sunąć w stronę szatynki.
- NIE!!!
- Cii. Spokojnie. To sen - łagodny aczkolwiek stanowczy głos, starał się odgonić wspomnienie koszmaru, z którego tak desperacko chciała się wyrwać. – Jesteś bezpieczna. Jestem tu… Spójrz na mnie – przekonywał, gdy wciąż niczym w transie szarpała się i broniła przed jego dotykiem. – Hermiono, spójrz na mnie! – Powiedział bardziej stanowczo, chwytając ją za ramiona i lekko potrząsając.
Skamieniała, przestając się szarpać. Powoli zaczynało do niej docierać, że jest w swojej sypialni. Rozejrzała się dookoła, jakby chcąc się upewnić że naprawdę jest bezpieczna i dopiero po dłuższej chwili odważyła się spojrzeć na siedzącego naprzeciwko mężczyznę.
- To był sen – powiedziała niepewnie, szukając potwierdzenia w oczach Dracona, wciąż trzymającego dłonie na jej ramionach.
Blondyn skinął głową, nie spuszczając uważnego wzroku z twarzy szatynki. W odpowiedzi pokiwała głową i odetchnęła z ulgą. Przymknęła powieki, starając się odzyskać kontrolę. W głowie wciąż jej huczało od nadmiaru emocji, których dostarczył jej sen. Wciąż czuła posmak strachu w zaschniętych ustach i adrenalinę krążącą w krwi. Ten koszmar był tak realistyczny, jakby wszystko wydarzyło się naprawdę. Draco przesunął dłońmi po jej nagich ramionach. Jego ciepły, delikatny dotyk przypomniał jej o obecności mężczyzny. Ociągając się, uchyliła powieki i spojrzała na niego. Wstydziła się swojego wybuchu i ataku paniki. Nie chciała przysparzać mu zmartwień. Fakt, że jest tak słaba psychicznie, wywoływał w niej złość. Nie chciała być słaba. A ostatnio  na każdym kroku potykała się i upadała. Czując wzbierające łzy i rosnącą gulę w gardle, spuściła głowę. Zacisnęła mocno powieki, gdy Draco delikatnie pogładził jej policzek i podniósł podbródek.
- Cokolwiek się dzieje lub wydarzy, przetrwamy to – powiedział, przesuwając kciukiem po jej skórze. – Musisz mi tylko wyjaśnić z czym mam się mierzyć i jak ci pomóc – dodał, a ona drgnęła zaskoczona jego słowami i spojrzała na niego z wahaniem. – Co dwie głowy to nie jedna – przekonywał z żartobliwą nutą. – Razem na pewno coś wymyślimy – obiecał z delikatnym uśmiechem, błądzącym w kącikach ust.
W odpowiedzi odwzajemniła uśmiech i skinęła głową, nie odrywając wzroku od jego szarych tęczówek, które emanowały taką pewnością siebie i siłą, że nie była w stanie mu nie wierzyć. Draco uśmiechnął się i przyciągnął ją do siebie, mocno przytulając. Wtuliła się w niego, chłonąc ciepło i zapach, które w zaskakujący sposób sprawiały, że jej umysł wracał do równowagi. Zupełnie jakby jego spokój i siła, spływały na nią.
- Nie powinieneś być przy Narcyzie? – Zapytała niepewnie, wsłuchując się w jego miarowy oddech i bicie serca.
- Blaise i Banner mnie wygonili. Cały korytarz jest obstawiony aurorami, a leczeniem mamy zajmuje się tylko Zabini i Amelia – odparł, gładząc jej ramię, a ona w odpowiedzi skinęła głową. – Widziałem, że postanowiłaś zmienić wystrój mieszkania – zauważył lekkim tonem, choć ona nie dała się zwieść. Miała pewność, że Pansy doniosła mu o dzisiejszym epizodzie. Przygryzła dolną wargę, myśląc nad sensowną odpowiedzią i wiedząc że przedłużające się milczenie z jej strony działa na jej niekorzyść. – Coś poważnego? – Zapytał, unosząc jej dłoń, którą Parkinson opatrzyła.
- Wypadek przy pracy – odparła lekceważąco, kręcąc głową, a blondyn westchnął ciężko. – Wiesz o wszystkim, prawda? – Nie było to pytanie, a bardziej utwierdzenie się w przekonaniu, że jest to prawdziwy powód jego obecności.
Doskonale wiedziała, że Draco nie pozwoliłby się wygonić ze szpitala, gdyby nie miał ku temu ważnego powodu. Gdy w odpowiedzi skinął głową, nie była w stanie powstrzymać gorzkiego uśmiechu. Na myśl, że z jej powodu rzucił wszystko, poczuła się jeszcze gorzej. Nie wiedziała czy jest bardziej zła na siebie, czy na Pansy. Miała jednak świadomość, że w tym momencie i tak nie ma to znaczenia, bo nie cofnie tego co się stało.
- Martwię się o ciebie – wyznał, czym ją zaskoczył. – Odkąd wróciłaś jesteś jakby nieobecna. Zamknięta… Nie potrafię przebić tego muru, za którym się schowałaś – dodał z mieszaniną frustracji i żalu, a ona z rosnącym poczuciem winy słuchała jego słów. – Staram się nie naciskać i być taktowny, ale sama wiesz, że to nie jest moja mocna strona – powiedział z przekąsem, a ona uśmiechnęła się z przez łzy. – Niewiedza sprawia, że… - zaczął i urwał sfrustrowany, nie wiedząc jak określić to, co czuje. – Chcę ci pomóc. Jednak nie zrobię tego bez ciebie…
Hermiona wstrzymała oddech. Jego słowa przywołały wspomnienia. Z tym, że wówczas to ona skierowała podobne słowa do Dracona.
- Granger, ty uparta wiedźmo, zostaw mnie w spokoju – warknął, będąc na granicy wybuchu.
- Żebyś mógł w samotności się nad sobą użalać? Nic z tego – odparła i nie zważając na wrogą postawę mężczyzny, zajęła miejsce obok na kanapie.
- Nie jestem sam – sarknął z wymuszonym uśmiechem i pomachał jej przed nosem butelką whisky.
- Skoro już jesteśmy przy tym temacie, to też chętnie się napiję – odparła, jakby mężczyzna proponował jej drinka.
- Granger…
- Oj już daj spokój, Malfoy. Obydwoje wiemy, że twoje humory nie robią na mnie wrażenia – powiedziała na wpół poirytowanym, na wpół lekceważącym tonem i wyrwała mu z dłoni butelkę.
- Ależ proszę, częstuj się – rzucił z przekąsem, gdy Hermiona otworzyła butelkę i upiła z niej mały łyk alkoholu.
- Nie wiem, jak ty to możesz pić – skrzywiła się, nie zwracając uwagi na kpiącą minę mężczyzny, po czym wypiła kolejny łyk i skapitulowała, stanowczo odsuwając od siebie butelkę i przysuwając ją pod nos blondyna.
- Nie zmuszałem cię do picia – sarknął i sam upił spory łyk.
- Co masz zamiar zrobić? – Zapytała, przechodząc do sedna sprawy i ignorując uwagę mężczyzny.
Draco upił kolejny łyk i wzruszył ramionami, zasępiając się i pogrążając w myślach.
- Malfoy… - nie dawała za wygraną, przeszywając go wyczekującym spojrzeniem.
- A co mogę zrobić? – Zapytał z goryczą, a ona spojrzała na niego z troską. - Nie patrz tak. Doskonale wiesz, że to niekończąca się historia z tymi samymi aktorami. Jedyne sensowne działanie, jakie przychodzi mi teraz do głowy, to powrót na salę i przyłożenie temu parszywemu dziennikarzynie – wyrzucił z siebie i z zaciętą miną upił kolejny łyk whisky.
- Musimy raz na zawsze z tym skończyć. To podłe oszczerstwa! Nie może… - Zaczęła i urwała widząc zaskoczone spojrzenie blondyna. – Co? Czemu tak mi się przyglądasz? – Zapytała niepewnie pod wpływem miny mężczyzny.
- Musimy? – Upewnił się, że dobrze ją usłyszał, a ona zarumieniła się i dziękowała za panujący w pomieszczeniu półmrok.
- Tak, musimy – potwierdziła z całą stanowczością, dzielnie wytrzymując spojrzenie mężczyzny. – Chyba nie myślałeś, że zostaniesz z tym sam? – Odbiła piłeczkę, a on uniósł wysoko lewą brew.
- Dlaczego? – Zapytał, przechylając głowę i nie spuszczając z niej badawczego spojrzenia.
- To cię dziwi? – Zapytała wymijająco.
- Granger… - zaczął, patrząc na nią jakby przyłapał ją na gorącym uczynku, a ona przewróciła oczami, doskonale wiedząc że nie ma sensu kłamać.
- Bo uważam, że ani ty ani twoja matka nie zasługujecie na takie traktowanie – odparła, decydując się na najbardziej oczywiste wyjaśnienia, a on pokiwał w milczeniu głową.
Nie miała pewności, czy jej odpowiedź go rozczarowała. Miała wrażenie, że dostrzegła w jego oczach lekki zawód, lecz moment ten był zbyt krótki, by miała pewność.
- Doceniam chęć pomocy, ale z dziennikarzami poradzę sobie sam – uciął, odwracając głowę i upijając kolejny łyk whisky. – Ej! – Zaprotestował, gdy szatynka bez pardonu wyrwała mu butelkę i spojrzał na nią ze złością.
- Nie zachowuj się jak dupek! – Powiedziała poirytowana, wstając z kanapy i odstawiając butelkę z głośnym brzdękiem na stoliku.
- Nie zmuszam cię do swojego towarzystwa – odparł ze stoickim spokojem, choć w środku czuł buzujące emocje, i również wstał podchodząc do stolika, na którym znajdowało się jego lekarstwo na całe zło.  – Granger, ostrzegam cię… - zaczął, gdy szatynka uprzedziła jego ruch i zwinęła butelkę sprzed jego nosa, by ostentacyjnie wrzucić ją do rozpalonego kominka. – Czyś ty do reszty oszalała?! Wiesz, który to rocznik?! – Zaoponował poirytowany, a Hermiona uniosła wyzywająco głowę. – Jesteś z siebie dumna? Fantastycznie. Jeden zero dla ciebie. A teraz daj mi spokój – powiedział opanowanym aczkolwiek chłodnym tonem.
- Znowu to robisz – zauważyła, wzdychając z rezygnacją, gdy mężczyzna ponownie opadł na kanapę. - Nie musisz zachowywać się jak bezduszny cyborg, pozbawiony uczuć – powiedziała już spokojniejszym tonem, gdy mężczyzna ją zignorował.
- Uważasz, że nie czuję? – Zapytał rozbawiony, choć nie był w stanie ukryć nuty rozgoryczenia w głosie.
- Nie – oznajmiła łagodnie Hermiona, kręcąc głową i zbliżając się do niego, a Draco podniósł na nią wzrok. – Wręcz przeciwnie. Myślę, że to, co czujesz, jest tak intensywne, że przeraża cię i boisz się okazać jak bardzo. Dlatego wkładasz te wszystkie maski, za którymi ukrywasz prawdziwe emocje – powiedziała, przysiadając na oparciu kanapy, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Rozumiała go, bo sama robiła to samo.
- To śmiały wniosek… Jednak nie wszyscy są tacy jak myślisz – odparł, przybliżając się i zmniejszając dystans między nimi, mając nadzieję że tym samym ją spłoszy i zakończy tą niezbyt komfortową psychoanalizę jego osoby.
- Być może – odparła, wzruszając ramionami, lecz nie cofnęła się i nie uciekła, jak miała w zwyczaju, czym zaskoczyła go. – Wiem jednak, że czasami to, co czujemy przerasta nas do tego stopnia, że wolimy przed tym uciekać, niż stawić temu czoła. Wiem też, że nie musimy być w tym sami. To nasz wybór.
- Nie należę do tego zacnego grona – powiedział stanowczo, chcąc uciąć temat, lecz i tym razem Hermiona go zaskoczyła, kładąc dłoń na policzku i uśmiechając się ciepło, gdy zdezorientowany spojrzał na nią.
- Nie musisz się chować, Draco. Czuj… i nie bój się tego. To najlepszy dowód na to, że jesteś kimś lepszym niż osoba, za którą uważają cię inni… i ty sam – powiedziała łagodnie i uśmiechnęła się widząc błysk nieufności w jego szarych tęczówkach. – Wiesz, że mam rację – dodała z nutą przekory i nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, nachyliła się i musnęła jego policzek. – Mogę ci pomóc, ale nie zrobię tego bez ciebie – powiedziała cicho, przesuwając kciukiem po jego pokrytym lekkim zarostem policzku. - Mam plan jak skończyć tą nagonkę. Wróć do mnie jak ochłoniesz – dodała i odsunęła się, by spojrzeć mu prosto w oczy. -  Chcę ci pomóc. Jednak nie zrobię tego bez ciebie – powtórzyła z ciepłym uśmiechem, a następnie nie czekając na reakcję mężczyzny, z szybko bijącym sercem wyszła z pokoju wracając do przyjaciół.

- Przepraszam – powiedziała ze skruchą. – Ja… - zaczęła i urwała, starannie dobierając słowa, by mężczyzna dobrze ją zrozumiał. – Wiele się ostatnio wydarzyło. Mam wrażenie, że to w jakiś sposób…Ostatnio myślę, że mam jakąś usterkę, której nie potrafię naprawić i przez to chrzanię wszystko do czego się dotknę i… ranię swoich najbliższych – wyznała i spuściła wzrok, speszona badawczym spojrzeniem Dracona. – Nie chciałam, żebyś pomyślał, że jestem słaba. Wstydzę się tego, że nie potrafię ogarnąć tego bałaganu myśli i uczuć wewnątrz mnie… Im bardziej się staram, tym gorzej mi idzie. Myślałam, że po tym całym zamieszaniu z Evą i zakonem wszystko się ułoży. Ale zaraz po tym wyszła choroba Wiktora i… jego podwójne życie – kontynuowała, a widząc pełne niezrozumienia spojrzenie blondyna, zmusiła się do uśmiechu  i wyjaśniła. – Wiktor ukrywał przede mną swojego syna – wyznała, a Draco uniósł wysoko brwi w oznace niedowierzania, na co ona wzruszyła ramionami, robiąc dobrą minę do złej gry. – Te jego ciągłe wyjazdy na początku łączyły się z treningami i czasem dla dziecka, a później doszła choroba… Chciał… Planował nasze życie, rodzinę, dzieci…Zastanawiam się, jak on to sobie wyobrażał? Jak chciał spędzać wszystkie święta, urodziny, ważne chwile? Jak miał zamiar dzielić swój czas, ukrywając drugą rodzinę? – Wyrzuciła z siebie, a blondyn ujął jej dłoń, gładząc ją kciukiem i dając jej tym gestem wsparcie. – Wiesz jednak, co jest najgorsze w tej całej historii? – Zapytała, nie odrywając wzroku od ich złączonych dłoni. – Nie potrafię być na niego wściekła. Nie potrafię… Bo wiem, że obydwoje jesteśmy winni. Gdybym nie uległa swoim emocjom i dumie, po tym jak się rozstaliśmy i gdybym nie była tak cholernie uparta, nie doszłoby do tego. Nie wykorzystałabym Wiktora do udowodnienia ci, że nie potrzebuję cię, żeby być szczęśliwą – wyrzuciła z siebie, kręcąc głową z niesmakiem nad swoimi błędami.
- Nie powinienem był pozwolić ci wtedy wyjść – powiedział blondyn, a ona wstrzymała oddech, słysząc jego wyznanie. – I nie chciałem. To wydarzyło się tak szybko, a później zaskoczyłaś mnie i nie dałaś szans na wyjaśnienie – dodał z pewną osobliwą nutą w głosie, którą słyszała po raz pierwszy. – Gdy wyszłaś… to było jak zimny prysznic. Byłem zdezorientowany i wściekły…Nawet nie wiesz, ile razy posłałem cię do diabła za twój gryfoński upór i dumę – zażartował, wywołując blady uśmiech na jej twarzy. – Wtedy też Kingsley wysłał mnie na misję. Nie muszę ci mówić, jak bardzo było mi to na rękę. Potrzebowałem przestrzeni i dystansu. Wiedziałem, że obydwoje tego potrzebowaliśmy – powiedział, a ona pokiwała głową nad ich niedojrzałością. – Salazar mi świadkiem, że miałem ochotę iść do ciebie i zmusić cię do wysłuchania tego, co mam ci do powiedzenia, lecz moja malfoyowska duma mnie powstrzymała. Nie wiem, dlaczego odpuściłem… Wiem jednak, że to był mój największy błąd – dodał, a ona zaintrygowana podniosła głowę, napotykając na jego przenikliwe spojrzenie. – Powinienem wyznać ci, jak bardzo mi na tobie zależy i nigdy nie pozwolić ci odejść. Powinienem być bardziej… - powiedział, zacinając się, jakby szukając odpowiedniego określenia. – Sobą – powiedział z prostotą, czym ją rozbroił.
- Jeszcze bardziej? – Zapytała z przekorą, a on posłał jej łobuzerski uśmiech.
- Malfoyowskiego uroku nigdy za wiele – odparł, a ona roześmiała się, kręcąc głową nad jego narcyzmem. – Więcej nie popełnię tego błędu – powiedział poważniejąc i przeszywając ją intensywnym spojrzeniem. – Dlatego nie waż się więcej uciekać, bo nie pozwolę ci na to.
- Zabrzmiałeś co najmniej jak psychopata, wiesz? – zauważyła trzeźwo, choć nie była w stanie pozbyć się szerokiego uśmiechu.
- Aktualnie mam to w dupie – odparł ze śmiertelną powagą, wzruszając ramionami i nim zaskoczona zdołała coś odpowiedzieć na jego błyskotliwą odpowiedź, pocałował ją.
Oddała pocałunek, starając się w równym stopniu co on, przekazać swoje uczucia. Wyrzucenie tych wszystkich wątpliwości, tajemnic i podzielenie się obawami, było jak swego rodzaju katharsis. Nie chciała, by cokolwiek znalazło się między nimi. Odchyliła głowę, gdy Draco przeniósł swoje pocałunki na jej szyję i wtedy to ujrzała. Czarny cień przemykający przez tafle lustra zawieszonego nad toaletką. Mężczyzna wyczuł, że coś jest nie tak, gdyż odsunął się delikatnie i posłał jej pytające spojrzenie. Nie odpowiedziała. Zamiast tego wyswobodziła się z jego objęć i niczym w transie podeszła do toaletki. Niewiele myśląc chwyciła za ramę lustra i cisnęła nim w kąt, rozbijając je na kawałki. Draco błyskawicznie znalazł się obok, odwracając od lustra i zaglądając z niepokojem w rozszerzone ze strachu oczy.
- Herm…
- To nie sen – weszła mu w słowo i dopiero teraz odwróciła wzrok od roztrzaskanego lustra, przenosząc go na mężczyznę. – Ona wróciła... Eva żyje… Idzie po nas…

***

Poprawił się w fotelu i skrzywił, czując protest mięśni. Odłożył dokumenty, które zabrał ze sobą z gabinetu i wstał, rozciągając się lekko. Podszedł do łóżka Narcyzy i rzucił zaklęcie monitorujące. Parametry były w normie, a atak Amelii nie wyrządził żadnych szkód. Bił się z myślami, czy powinien wezwać przyjaciela, lecz ostatecznie postanowił nie ściągać go. Narcyzie nic się nie stało, a z tego co mówiła mu Ginny, Hermiona przeszła załamanie nerwowe. Nie chciał stawiać Dracona w sytuacji, gdzie musiałby wybierać pomiędzy dziewczyną a matką. W dodatku znał mężczyznę i wiedział, że po tym jak wyżyłby się na nim, jego personelu i aurorach odpowiedzialnych za ochronę, rzuciłby się w poszukiwaniu Amelii. Po napaści Banner wezwał Pottera i wspólnie postanowili zwiększyć zabezpieczenia i rozesłać patrole w poszukiwaniu uzdrowicielki. Harry miał zmieniać się z Phillipem na wartach, a do sali Narcyzy  wstęp miał tylko Blaise.
Zabini przeczesał dłońmi włosy i westchnął ciężko. Wyglądało na to, że problem szpiega mają rozwiązany. Harry miał dobre przeczucie. Ostrzegał ich, że wróg zaatakuje przy najbliższej okazji i tak też się stało. Nie musiał jednak bardzo się starać. Nikt z nich nie podejrzewał Amelii. W pierwszej chwili pomyślał, że to jakieś nieporozumienie. Dopiero, gdy znalazł strzykawkę z jadem mandragory, dotarło do niego, że sam wpuścił tą żmiję do swojego szpitala. Był na siebie wściekły, że niczego nie zauważył. Amelia jednak nigdy nie dała mu powodu, by jej nie ufać. Była wzorowym pracownikiem lubianym i cenionym zarówno przez kadrę, jak i pacjentów. Narcyza miała wiele szczęścia, że Banner zdążył z pomocą. Nie potrafił jednak zrozumieć, jakim cudem udało się jej uciec. Na salę nałożono barierę antydeportacyjną, a z tego co mówił Phillip, Amelia teleportowała się.
- Wszystko w porządku? – zapytał Harry, zaglądając do środka i upewniając się, że są bezpieczni.
- Parametry wróciły do normy – przytaknął z zasępioną miną Blaise.
- To nie twoja wina – powiedział Harry, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Nie mogłeś tego przewidzieć.
- To ja ją zatrudniłem i dałem przydział do Narcyzy. Gdyby Banner dzisiaj nie zdążył…
- Ale zdążył – przerwał mu twardo aczkolwiek łagodnie Potter. – Znamy też tożsamość szpiega. Znalezienie jej to kwestia czasu – zapewnił, przyglądając się z zamyśleniem śpiącej spokojnie kobiecie.
- A co jeśli znowu zaatakuje? W końcu obeszła barierę…
- Nie sądzę, że będzie tak ryzykować – powiedział Harry, ściągając brwi.
- Skąd ta pewność? – Zapytał z nutą irytacji, choć nie był pewny czy bardziej drażni go pewność siebie Pottera czy jego niezdarność.
- Wie, że teraz, gdy ją zdemaskowaliśmy, jest spalona – wyjaśnił z prostotą Harry, a Blaise spojrzał na niego skonfundowany.
- I to ma niby ją powstrzymać? – Zapytał nie kryjąc sceptycyzmu.
- Nie. Prędzej czy później uderzy. Ale na pewno nie teraz – odparł ze spokojem.
- Tego nie możesz wiedzieć – powiedział Blaise, rzucając brunetowi niepewne spojrzenie.
- Mogę. A nawet jestem pewien – zaoponował Harry, a widząc pełną niezrozumienia minę towarzysza, wyjaśnił. – Będzie zbyt zajęta ukrywaniem się przed żądnym krwi Malfoyem i poszukującymi jej aurorami. Rozesłaliśmy jej portret do wszystkich gazet. Jutro jej twarz będzie najbardziej rozpoznawaną zarówno w magicznym, jak i mugolskim świecie.
- Dobrze wiesz, że to nie wystarczy. Ona może być kim chce i gdzie chce…
- Wiem. Ale nie musisz się tym martwić. To mój ból głowy – odparł z bladym uśmiechem.
- Ból głowy to my będziemy mieć, gdy Draco dowie się o wszystkim – westchnął Blaise, a Harry zawtórował mu potaknięciem.  – Zapobiegawczo przygotuję eliksir uspokajający – dodał z powagą.
- Dobry pomysł – powiedział z aprobatą. – Będę na korytarzu – dodał i odwrócił się z zamiarem wyjścia.
Wtedy to dostrzegł. Czarny cień przemykający przez małą szybkę w drzwiach. Otworzył gwałtownie drzwi, wyciągając różdżkę i rozglądając się czujnie po korytarzu.
- Coś nie tak szefie? – Zapytał jeden z aurorów, dostrzegając postawę Harry’ego.
- Któryś z was zaglądał przez szybę? – Rzucił, szukając logicznego wytłumaczenia, tego co widział.
- Nie. Nikt nie zbliżał się do sali – odparł mężczyzna, patrząc niepewnie na swojego zwierzchnika.
Potter zmarszczył czoło i spojrzał badawczo na osadzoną w drzwiach kwadratową szybkę. Zupełnie jakby spodziewał się, że za chwilę, coś z niej wyskoczy i zaatakuje ich.
- Wszystko ok? – Zapytał Blaise, zaintrygowany zachowaniem mężczyzny.
- To pewnie gra świateł – odparł w zamyśleniu. – Wszystko w porządku – dodał, siląc się na uspokajający uśmiech i pewny ton.
W odpowiedzi Blaise skinął głową i wrócił do Narcyzy.
- Kawy? – Zaproponował jeden z towarzyszących mu aurorów.
- Dzięki – odparł z wdzięcznością, odbierając gorący kubek.
- To będzie długa noc – westchnął mężczyzna, a Harry, nie odrywając wzroku od drzwi do sali Narcyzy, skinął głową przyznając mu rację.
Podskórnie czuł, że zbliża się coś, co wywróci ich świat do góry nogami. Instynkt podpowiadał mu, że nadchodzi coś złego. Coś, z czym już kiedyś musiał się zmierzyć. Ściągnął brwi, stojąc przed oknem i obserwując deszczowe chmury zebrane nad Londynem. Nadchodziła burza. Inna niż te, z którymi do tej pory się mierzyli i które udało im się przetrwać. Tym razem zło przybrało inną postać. Eva nie chciała wyłącznie zabić wszystkiego, co kochał. Ona pragnęła zniszczyć cały świat i na jego zgliszczach zbudować swoje królestwo. Na fundamentach krwi i popiołu wszystkiego, czego kochał, miał powstać świat obdarty ze wszystkiego, o co warto było walczyć i czego warto było bronić. Świat, w którym nie było miejsca na miłość, wolność i pokój. Wiedział, że los ponownie zmusza go do walki. Po raz kolejny miał wyjść naprzeciw swojemu przeznaczeniu. Wszystko po to, by podjąć nierówną walkę. Bój o zmianę wyroku gwiazd, gdzie, jak twierdziły centaury, zapisany był ich los. Los, który on zamierzał zmienić…