niedziela, 18 lutego 2018

Rozdział XXXIX Duchy przeszłości


Moi Drodzy
Rozdział dla wszystkich wytrwałych, którzy byli, są i będą. Dziękuję i zapraszam do czytania.
Ściskam,
Wasza V.



ROZDZIAŁ XXXIX „Duchy przeszłości”





Odłożyła klucze na komodę, odstawiła małą walizkę i rozejrzała się po pogrążonym w półmroku wnętrzu mieszkania. Domu, w którym żyła przez ostatnie miesiące w notorycznym kłamstwie i nieświadomości. Dziś, z perspektywy czasu wszystko to zdawało się być iluzją utkaną z sieci niedomówień, kłamstw i strachu.

Odwiesiła płaszcz i torebkę na stojak, a następnie nieśpiesznie weszła w głąb mieszkania nawet nie myśląc o tym, by zapalić światło. Swoje kroki od razu skierowała na górę do sypialni. Wewnątrz panowała niezachwiana niczym cisza, przypominająca boleśnie echo ich zmieszanych śmiechów, głosów, szeptów. Za tym wszystkim nasuwało się pytanie, czy ostatnie dwa lata jej życia były prawdą, czy pięknym kłamstwem?

Zamknęła drzwi od sypialni i oparła się o nie, patrząc tępo na zarys łóżka. Przeszło jej przez myśl, że to w tym miejscu widzieli się po raz ostatni. Zastanawiała się, czy wówczas chciał wyznać jej prawdę? Podeszła do łóżka i przesunęła palcami po jego narzucie, a następnie weszła na nie i zwinęła się w ciasną kulkę, marząc tylko o tym, by zasnąć i obudzić się w innej rzeczywistości. Jak na złość, ilekroć zamykała powieki, przed jej oczami stawał obraz wspomnień z dzisiejszego poranka.



Zdeterminowana przekroczyła próg kliniki, witając się krótkim skinieniem z zaskoczoną recepcjonistką. Ignorując irracjonalne przeczucie, że dziwne zachowanie kobiety ma związek z nią, ruszyła do wind, by chwilę później jedną z nich wjechać na piętro, na którym leżał Wiktor. Ostatnią bezsenną noc spędziła na walce z własnymi myślami i próbach ułożenia własnych uczuć. Teraz, gdy wyjaśniła wszystko z Wiktorem, czuła się tak, jakby wróciła jej zdolność trzeźwego osądu sytuacji. Zupełnie jakby dotychczas strach przed reakcją mężczyzny paraliżował zdolność myślenia. Opuściła windę i szybkim krokiem ruszyła w kierunku sali Wiktora. Zwolniła, widząc Theresę w towarzystwie młodej kobiety, zadziwiająco podobnej do niej samej i małego chłopca na oko mającego trzy może cztery latka.

Czujne spojrzenie czarnych oczu pani Krum zarejestrowało jej obecność i ze spokojem śledziło każdy krok niedoszłej synowej. Hermiona wiedziała, że nie może okazać słabości lub strachu. Przez całą, nieznośnie krótką długość korytarza, powtarzała sobie, że nie może dać się ponownie zdominować. Niestety im bliżej Theresy Krum się znajdowała, tym bardziej jej pewność siebie malała.

- Dzień dobry – przywitała się, starając by jej głos brzmiał spokojnie i pewnie.

- Hermiono – skinęła głową pani Krum i zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem. – Sądziłam, że nasze wczorajsze spotkanie, było ostatnim – powiedziała nie ukrywając nuty niezadowolenia na widok szatynki.

- Widocznie się nie zrozumiałyśmy, bo nigdzie się nie wybieram – odparła szatynka, starając się zachować beznamiętny ton.

Theresa uśmiechnęła się zimno i zmrużyła oczy. Zrobiła krok w kierunku Hermiony, a ta całą siłą woli, znając porywczy temperament niedoszłej teściowej, zmusiła się do pozostania w miejscu.

- Dominicu, podejdź do mnie – zwróciła się z dobrotliwym uśmiechem do chłopca, siedzącego smętnie przy kobiecie, która zapewne była jego matką.

Malec zerknął przelotnie na mamę, a gdy ta skinęła głową, zsunął się z białego krzesełka i podreptał w kierunku pani Krum.

- Domyślam się, że nie mieliście okazji się poznać – zaczęła Theresa, obejmując chłopca i uśmiechając się sztucznie w kierunku Hermiony. – To Dominic, mój wnuk i Jasmine, narzeczona mojego syna. A to Hermiona Granger, stara znajoma twojego taty – przeprowadziła prezentację pani Krum z błyskiem ponurej determinacji w oczach na widok miny pobladłej szatynki.

Hermiona poczuła się tak, jakby otrzymała silny cios tłuczkiem i straciła grunt pod nogami. W ostatniej chwili przed upadkiem uchroniło ją silne ramię ojca Wiktora.

- Hermiono, wszystko w porządku? – Zapytał z troską. – Usiądź, proszę – powiedział, gdy nie zareagowała, zbyt oszołomiona spotkaniem z dzieckiem i narzeczoną jakby nie patrzeć swojego narzeczonego.

- Zostań z Jasmine i naszym wnukiem. Ja się nią zajmę – zaoferowała jego żona.

- Thereso… – zaczął ostrzegawczym tonem, lecz przerwał mu głos dziecka.

- Babciu, kiedy będę mógł iść do taty?

- Jak tylko uzdrowiciel skończy go badać, mój słodki – zapewniła Theresa ciepłym tonem, głaszcząc go po pyzatym policzku. – Zostań przez chwilę z mamą i z dziadkiem. Porozmawiam z tą panią i zaraz wracam – Zapewniła widząc oznaki buntu na twarzy wnuka.

- Dobla tylko wlóć szybko, bo tata na nas czeka.

- Mój kochany! Wrócę zanim się obejrzysz – obiecała, ściskając wnuka, który już chwilę później ciągnął dziadka w kierunku krzeseł, gdzie siedziała nieufnie spoglądająca w jej stronę młoda kobieta.

Hermiona domyśliła się, że ona również dostrzega podobieństwo między nimi, a i jej nazwisko nie jest dla niej obce. Jasmine miała nienaganną figurę, była opalona, a jej włosy były ciemniejsze od tych Hermiony i spływały gładko poza linię łopatek. Miała na sobie koronkową, białą sukienkę do kolan, która podkreślała nienaganną figurę i szpilki w podobnym perłowym kolorze. Hermiona zmarszczyła czoło zaintrygowana doborem jej stroju do odwiedzin w szpitalu. Zastanawiała się, czy narzeczona Wiktora wie o drugim życiu, jakie prowadził jej narzeczony, lecz dalsze rozważania na ten temat, przerwała jej niedoszła teściowa.

- Usiądź i nie rób scen – powiedziała szorstkim aczkolwiek łagodnym jak na nią tonem, popychając ją w kierunku krzeseł znacznie oddalonych od sali Wiktora.

- Wiktor ma dziecko? – Zapytała, choć przeczuwała jaka jest prawda.

- Od początku wiedziałam, że prędzej czy później to się wyda, ale mój syn jest uparty – westchnęła Theresa zmęczonym tonem.

- Czy to syn Wiktora?

- A nie widać? – Zakpiła poirytowana, lecz widząc minę szatynki, szybko się zreflektowała. – To skóra zdjęta z ojca. Zarówno jeśli chodzi o wygląd jak i charakterek – dodała, a w jej głosie zabrzmiała nuta czułości.

- Ile ma lat? – Zapytała zduszonym głosem, walcząc ze łzami i nadmiarem targających nią emocji.

- Cztery – odparła Theresa, a Hermiona oparła łokcie na kolanach i ukryła twarz w dłoniach. – Wiktor poznał Jasmine rok po zakończeniu Turnieju Trójmagicznego, gdy był na wakacjach ze znajomymi w Paryżu. Po wojnie zaczęli spotykać się oficjalnie jako para. Rok później przyszedł na świat Dominic, a potem…pojawiłaś się Ty – Wyjaśniła spokojnie pani Krum. -  Zapewne teraz domyślasz się, dlaczego nie darzyłam cię sympatią i sprzeciwiałam się waszemu związkowi – powiedziała, kładąc dłoń na jej plecach, a ta zesztywniała i spojrzała na starszą kobietę z zaskoczeniem. – Nie mam nic do mugolaków, Hermiono – zapewniła, zaglądając jej prosto w oczy i ściskając jej zimną rękę. – Obwiniałam cię za to, że rozbiłaś rodzinę, choć zapewne pretensje powinnam mieć do swojego syna i samej siebie. W końcu to ja go wychowywałam – powiedziała z żalem.

- Nie wiedziałam, że Wiktor ma rodzinę… - Próbowała wyjaśnić, lecz załamał się jej głos i urwała. Przymknęła powieki i uśmiechnęła się gorzko, kręcąc głową, jakby przeganiała niechciane myśli.

- Wiem. Byłam niesprawiedliwa, przyznaje. Od początku jednak wiedziałam, że gdy ponownie pojawiłaś się w życiu naszego syna, oznaczać to będzie dla całej naszej rodziny kłopoty. Nie zliczę nawet kłótni, jakie przetoczyły się przez nasz dom…Tak bardzo nie chciałam, żeby Wiktor porzucał rodzinę dla kaprysu z przeszłości. Jak widać miałam rację, bo przecież go nie kochasz…

- To nie tak…To…

- Darujmy sobie wyjaśnienia na temat twoich relacji z młodym Malfoyem. W tym momencie to i tak bez znaczenia, a ja już nie mam sił, żeby się kłócić – weszła jej w zdanie Theresa, a ona polubownie skinęła głową, godząc się na to. Sama nie miała ani sił, ani ochoty na kolejną konfrontację z niedoszłą teściową. – Mówię ci o tym tylko dlatego, żebyś zauważyła, że wina znajduje się po środku. Mój syn zawinił, to prawda. Ale ty też nie byłaś uczciwa – dodała, lecz w jej głosie nie było cienia wyrzutu czy pretensji. Hermiona dostrzegła jej zmęczenie, rozpacz i desperacką potrzebę usprawiedliwienia swojego umierającego dziecka. Zupełnie jakby za punkt honoru postawiła sobie rozgrzeszenie go z wszystkich przewinień.  - Wiktor zerwał zaręczyny z Jasmine i oznajmił wszystkim, że żeni się z tobą. Po licznych awanturach, widząc że nic nie wskóram, przystałam na to wariactwo pod warunkiem, że nie zaniedba syna.  Razem z mężem wzięliśmy pod opiekę Jasmine, która w przeciwieństwie do ciebie szczerze kocha mojego syna i dbaliśmy o nią i naszego wnuka. Wiktor przez cały ten czas był stale obecny w życiu Dominica więc nie wtrącałam się w wasze życie. Oczywiście namawiałam go wielokrotnie, by powiedział ci o synu. Ułatwiłoby to wiele rzeczy. Wiktor nie musiałby cię oszukiwać, by spędzać czas z synem, by być przy nim w urodziny, czy w święta. Nie musiałby wybierać…

- Nigdy bym tego od niego nie oczekiwała. Gdybym wiedziała, że Wiktor ma dziecko…

- To co? Zmieniłoby to coś? – Zapytała, uśmiechając się przez łzy.

- Nie rozbiłabym rodziny. Nigdy nie odebrałabym dziecku ojca – wyjaśniła ze stoickim spokojem, o jaki siebie nawet nie podejrzewała.

Szczerość i opanowanie na chwilę zbiły Theresę z tropu. Hermiona nie wiedziała, jakim cudem udaje jej się zachować w ten sposób. Czuła się tak, jakby ktoś odciął jej dostęp do jakichkolwiek emocji. Jedyne co czuła, to zrozumienie w stosunku do matki Wiktora. Teraz wiedziała przynajmniej, skąd wzięła się jej niechęć i sprzeciw.


- Pani Thereso… Może mnie pani obwiniać o to, że rozstałam się z pani synem, ale nie może pani obwiniać mnie o to, że odebrałam synowi ojca. Wiktor nie mówił mi o wielu rzeczach mniej lub bardziej istotnych. Nasz związek... został zbudowany na fundamentach z kłamstwa i to dlatego się rozpadł... I oczywiście może pani dalej upierać się przy swojej wersji i obwiniać mnie o całe zło, które przytrafiło się Wiktorowi, ale obydwie wiemy, że to nie przyniesie ukojenia bólu – powiedziała spokojnym, smutnym głosem, ignorując wszystkie przytyki pod swoim adresem. – A teraz proszę wrócić do rodziny i świętować swój sukces, bo domyślam się, że doprowadziła pani do zalegalizowania tego związku, tak by zapewnić wnukowi wszystkie niezbędne przywileje – dodała ze smutnym uśmiechem. – Nie będę was więcej niepokoić. Chciałabym tylko poprosić o jedno. Proszę nie mówić Wiktorowi, że poznałam prawdę. Nie chcę, żeby ostatnie chwile swojego życia spędził na obwinianiu się… - poprosiła, a Theresa spojrzała na nią z mieszaniną niedowierzania i wdzięczności. - Proszę powiadomić mnie o pogrzebie – dodała, a pani Krum, walcząc ze łzami, skinęła głową. - I proszę jej to oddać – powiedziała po chwili zawahania, zsuwając z palca pierścionek zaręczynowy. – Od początku powinien należeć do niej – wyjaśniła, widząc zaskoczoną minę Theresy.
- Dziękuję – powiedziała starsza kobieta, po raz pierwszy uśmiechając się ciepło do szatynki i uścisnęła mocno jej dłonie. – Wybacz mu proszę. Mój syn naprawdę cię kochał. Źle cię oceniłam…Przepraszam – wydusiła bezradnie, patrząc jej prosto w oczy.

Hermiona odwzajemniła uścisk, a potem wstała i niczym w letargu wydostała się z kliniki i teleportowała do hotelu, w którym się zatrzymała. Za pomocą kilku machnięć różdżką spakowała się i wróciła do Anglii.



Świadomość tego, że Wiktor przez cały czas prowadził podwójne życie bolała. Przez chwilę zastanawiała się, jak wyglądałoby ich wspólne życie. Jak długo mężczyzna ukrywałby przed nią fakt, że miał dziecko, a jego była narzeczona i matka jego potomka wygląda jak ona. To jednak wydawało się nie mieć znaczenia w obliczu jego choroby, kolejnych kłamstw i pewności, że nie ma dla niego ratunku. I to jego śmierć bolała najbardziej. Gdyby żył, miałaby prawo wściekać się na niego, krzyczeć, mieć pretensje lub żal. Gdyby żył zapewne i on wściekłby się na nią, miał pretensje lub żal. Widmo śmierci zmieniło jednak wszystko. Zupełnie, jakby wszystko to, co sobie nawzajem zgotowali przestawało mieć znaczenie. Wszystko zawęziło się do tych kilku cennych, ostatnich wspólnie spędzonych minut, jakie dał im los. Miała wrażenie, jakby jeszcze wczoraj należał do nich cały świat, by w przeciągu chwili stracili wszystko. Jakby wszystko, co wspólnie budowali, było zbyt nietrwałe by przetrwać. A przecież ich uczucie było prawdziwe. Kochała go i zależało jej na nim. Miłość miała jednak wiele twarzy. Jej uczucia do Wiktora, choć prawdziwe, nie były rodzajem miłości, jakiej on pragnął. To czuła wyłącznie do Dracona. Żałowała tylko, że zbyt późno zrozumiała, że to nie wystarczy do zbudowania związku. I choć nie miało to nic wspólnego z chorobą Wiktora, to nie potrafiła pozbyć się dławiącego poczucia winy. Bo jakaś część niej podpowiadała, że gdyby była mniej skoncentrowana na sobie, swoich uczuciach i karierze, to dostrzegłaby pogorszający się stan zdrowia mężczyzny, zainteresowałaby się jego częstymi wyjazdami i przeszkadzałaby jej jego ustawiczna nieobecność. Tymczasem jego brak był jej na rękę, bo bez wyrzutów sumienia mogła realizować się zawodowo i szukać pretekstów do bycia bliżej Dracona.W dodatku łatwiej jej było na początku zrzucić odpowiedzialność za rozpad ich związku właśnie na niego i jego kłamstwa. Z perspektywy czasu widziała to bardzo wyraźnie i wstydziła się tego.  

 Przewróciła się na plecy i położyła dłoń na czole, wpatrując w coraz większą ciemność pogrążającą pokój. Nie potrafiła określić tego, co czuła. Miała wrażenie, że stoi z boku i nic z tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie nie miało z nią nic wspólnego. Jakby świat, który znała, rozpadł się na zbyt małe do poskładania kawałki. Jakby wszystko, co znała i czego była pewna, było kłamstwem. W dodatku coraz bardziej docierało do niej, że zawiodła nie tylko siebie, ale przede wszystkim Wiktora i swoich bliskich, których życie za jej sprawą wywróciło się do góry nogami i których naraziła na niebezpieczeństwo. Świadomość tego ciągnęła ją w dół, na samo dno trawionej przez wstyd i poczucie winy duszy.

Nie miała pojęcia, w którym momencie zasnęła i jak długo spała. Jednego była pewna – zbyt krótko. Ściągnęła brwi, czując ciepło na policzku i wtuliła twarz w materiał koca, którym była okryta. Czuła tępe pulsowanie w okolicach skroni i marzyła o tym, by ponownie pogrążyć się we śnie i nic nie czuć. Przekręciła się na drugi bok i natrafiła na twardą przeszkodę. Automatycznie uchyliła powieki i spięła się, czując obejmujące ją ramię. Dopiero po chwili jej zmysły zaczęły rozpoznawać znajomy dotyk i zapach, a pod jego wpływem jej ciało zaczęło powoli się odprężać.

- Przepraszam, obudziłem cię – powiedział, ponownie muskając jej policzek.

- Nie szkodzi – odparła, podnosząc wzrok na pogrążoną w mroku twarz Dracona.

- Cieszę się, że już wróciłaś – powiedział, gładząc kciukiem jej policzek.

- Ja też – odparła automatycznie.

- Wszystko w porządku?- Zapytał, zaniepokojony jej apatycznym głosem, a ona w odpowiedzi wzruszyła ramionami, niepewna tego, co tak właściwie się z nią dzieje. – Chcesz pogadać? – Zapytał niepewnie, a Hermiona pokręciła głową. – Herm…

- Możesz mnie przytulić? – Zapytała szeptem, wchodząc mu w słowo.

Draco westchnął głęboko, lecz bez zbędnych pytań przygarnął ją do siebie. Hermiona ułożyła głowę na torsie mężczyzny, wtulając się w niego i przymykając powieki.

- Zostaniesz ze mną? – Zapytała tym samym wypranym z emocji głosem, mocniej zaciskając palce na jego koszuli.

- Na zawsze – zapewnił, mocno ją obejmując i gładząc uspokajająco plecy szatynki.





***



Odwiedził Hogwart, by sprawdzić zabezpieczenia i porozmawiać z profesorem Dumbledorem, a raczej jego namiastką, jaką był portret byłego mentora. Musiał podzielić się z kimś swoimi obawami i hipotezami. Nie wiedział, na ile może ufać swoim przeczuciom i intuicji. Ostatnie wydarzenia i na nim odcisnęły swoje piętno, choć nie mówił o tym na głos, nie chcąc niepokoić bliskich, a zwłaszcza Pansy, którą od jakiegoś czasu dręczyły koszmary. Martwił się o nią i o ich nienarodzone dziecko. Ron przebywał aktualnie we Francji. Jego brakowało mu najbardziej. Oczywiście zawsze mógł złożyć mu niezapowiedzianą wizytę, ale wiedział, że przyjaciel przygotowuje się wraz z Gabrielle do porodu i nie chciał zawracać mu głowy swoimi problemami. Hermiona sama przeszła ostatnio wiele i jeszcze nie doszła do siebie. W dodatku, jakby tego było mało, okazało się, że Wiktor był śmiertelnie chory, a Draco sam przechodził trudny okres związany ze zbliżającym się terminem podania lekarstwa jego matce i wyjazdem Hermiony. Została mu co prawda Ginny, która na pewno by go wysłuchała i zrozumiała, jednak chciał uniknąć ataków zazdrości ze strony Pansy, która ostatnimi czasy zrobiła się wyjątkowo wrażliwa na punkcie jego rudowłosej przyjaciółki. To dlatego nogi przywiodły go do Hogwartu. Miejsca, które odkąd przekroczył próg szkoły, stało się jego domem. Idąc znajomymi korytarzami zamku w stronę gabinetu dyrektora czuł taki spokój, jakiego nie czuł od dawna. Zupełnie, jakby sama perspektywa spotkania z Albusem i możliwość usłyszenia jego kojącego, łagodnego głosu wystarczyła, by odzyskał pewność siebie i opanowanie. Dzięki temu utwierdził się w przekonaniu, że podjął dobrą decyzję odwiedzając Hogwart.



- Myślę, że zaczynam wariować – wyznał, gdy drzwi za profesor McGonagall zamknęły się bezszelestnie i zaczynając chodzić w kółko po gabinecie dyrektor Hogwartu.

- Potter z żalem przyznaje, że nie jesteśmy specjalistami od chorób psychicznych. Pomyliłeś Hogwart z Mungiem…

- Severusie – upomniał sąsiadujący z nim portret Dumbledore, a Snape przewrócił oczami z niezadowoleniem. – Co się dzieje, Harry? – Tym razem Albus zwrócił się do byłego ucznia.

- Słyszę głos – powiedział niepewnie, zatrzymując się i zerkając na uważnie przyglądającego się mu Dumbledore’a.

- Jaki głos? – Zapytał Albus znad swoich okularów, które zsunęły się mu na czubek nosa.

- Nie wiem – odparł, kręcąc głową i opadając na fotel naprzeciwko portretu Snape’a.

- To głos męski, czy żeński? – Dopytywał Dumbledore niezrażony wymowną miną swojego następcy.

- To kobiecy głos – odparł powoli Harry.

- Rozpoznajesz słowa?

- Nie ma ich wiele – zaczął, ściągając brwi w namyśle, by przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów z ostatnio nawiedzających go snów. - Ten głos ciągle powtarza moje imię. Zupełnie jakby mnie wołał. A im bardziej się opieram i staram się go stłumić tym wyraźniej go słyszę… - wyznał z frustracją.

- Domyślasz się, czego może od ciebie chcieć? – Zapytał Albus, poprawiając okulary, by zamaskować oznakę zatroskania, jak miał w zwyczaju.

- Niestety mam pewien pomysł…

- Oświeć nas w końcu zamiast budować to zbędne napięcie – powiedział Snape z mieszaniną znudzenia i poirytowania, a Albus po raz kolejny obdarzył go swoim znaczącym spojrzeniem znad okularów połówek.

- Czego chce od ciebie ten głos? – Dumbledore powtórzył pytanie Severusa, a Harry spojrzał na niego z nieprzeniknioną miną.

- Wolności…



- Harry cholibka! Wieki cię nie widziałem – radosny głos gajowego wytrącił go z rozmyślań.

- Cześć Hagrid – odparł z uśmiechem i uścisnął wielką dłoń gajowego. – Wracasz z Zakazanego Lasu? – Zapytał, widząc kuszę przewieszoną przez ramię półolbrzyma i wypchany worek.

- Ano, obowiązki gajowego – zaśmiał się mężczyzna i poklepał z zakłopotaniem kuszę, chowając worek za jedną z potężnych nóg.

- Haaagrid? – Zaczął Harry, przyglądając się podejrzliwe przyjacielowi.

- Może masz ochotę na herbatkę? Cholibka ziąb taki, że kości marzną – wzdrygnął się, zmieniając jednocześnie temat, a Harry uśmiechnął się z pobłażaniem i skinął głową, przyjmując propozycję przyjaciela i doskonale wiedząc, że Hagrid i tak sam opowie mu, co robił w Zakazanym Lesie.

Gajowy nigdy nie potrafił zachować tajemnic dla siebie, a on, Ron i Hermiona już jako dzieci potrafili go podejść i uzyskać potrzebne informacje. Taki był już urok Hagrida, że nie potrafił trzymać języka za zębami.



***



- Amelia Malfoy – powiedziała, bez wahania ściskając dłoń mężczyzny.

Te dwa słowa zabrzmiały w uszach Oliwera niczym zaklęcie. Przez chwilę siedział nieruchomo, sparaliżowany lawiną wspomnień, wracających do niego niczym bumerang. Przypomniał sobie wszystko, co wiązało się z kobietą. Pamiętał dzień, gdy Eva ją znalazła i przygarnęła pod swoje skrzydła. Pamiętał, jak obydwoje troszczyli się o czarownicę, gdy ta dochodziła do siebie po nieudanej próbie samobójczej. Pamiętał jej fascynację Stella Mortis i oddanie z jakim służyła swojej zbawicielce. Pamiętał też dzień, w którym Eva w tajemnicy naznaczyła ją, o co zresztą się pokłócili. Pamiętał też rozmowę, która miała zapoczątkować ich sojusz przeciwko rodowi Malfoyów.



- Jesteś pewna? – Zapytał nim wręczył jej szkatułkę. – To zaklęcie jest bardzo trudne. Istnieje ryzyko, że…

- Nie zmienię zdania – powiedziała stanowczym tonem, ucinając próby odwiedzenia jej od użycia starożytnej magii. – Długo studiowałam zaklęcie. Wiem, co robię – zapewniła z delikatnym uśmiechem, podchodząc do niego i wyjmując mu z rąk zawiniątko. – Zacząłeś mieć wątpliwości? – Zapytała, patrząc na niego uważnie.

- Nie o to chodzi – powiedział wymijająco i westchnął ciężko. – Malfoy poświęcił całą moją rodzinę…Zasługuje na to, by poczuć taki sam ból.

- Więc o co chodzi, generale? – Zapytała, odkładając drewnianą szkatułkę na kamienny blat i spojrzała na niego wyczekująco.

- Czarna magia zawsze zostawia po sobie ślad – powiedział powoli, patrząc na nią z powagą, jakby oceniająco.

- Wiem o tym. Taki też jest plan. Narcyza dostanie to, na co zasłużyła…

- Nie chodzi mi o nią – przerwał ze zniecierpliwieniem.

- Czekaj… Ty martwisz się o mnie, prawda? – Zapytała, chcąc się upewnić, a mężczyzna przeczesał włosy palcami i odwrócił wzrok w kierunku okna.

- Widzę, co czarna magia zrobiła Evie – zaczął powoli, ważąc każde słowo. – Zmieniła ją. Stała się silniejsza, ale… - urwał przez chwilę bijąc się z myślami, niepewny ile może zdradzić ze swoich obaw. – Czasami mam wrażenie, że za każdym razem, gdy Eva korzysta z czarnej magii, ta obdziera ją z jej człowieczeństwa. Coraz mniej w niej współczucia i litości, a coraz więcej bezwzględności, graniczącej z okrucieństwem – wyznał, a gdy odpowiedziała mu cisza, odwrócił wzrok na twarz kobiety i dodał ze zmęczeniem. – Zastanów się, czy jesteś gotowa zapłacić taką cenę za zemstę.

Amelia przez chwilę przyglądała się mu w milczeniu, analizując niedawno wypowiedziane słowa. I nawet jeśli przez ułamek sekundy dostrzegł na jej twarzy zawahanie, to w chwili, gdy podniosła na niego wzrok, widział tylko determinację i upór.

- Nie mam już nic do stracenia, Oliwerze. Narcyza o to zadbała – powiedziała z namacalną nutą bólu w głosie.

- A co z tobą? – Zapytał, patrząc na nią z mieszanymi uczuciami, a gdy dostrzegł niezrozumienie na jej twarzy, doprecyzował pytanie. - Chyba nie chcesz zatracić samej siebie?

- Złączyłam swój los z Stella Mortis – odparła wymijająco. – Gdy dokonam zemsty, pomogę Evie zbudować nowy ład.

- Mam nadzieję, że dożyjesz tego dnia, Amy.

- Czyżbyś we mnie nie wierzył, generale? – Zapytała przekornie.

- Wierzę – zapewnił.

- Więc nie zamartwiaj się na zapas – powiedziała, starając się przybrać beztroską pozę. – Dobrze wiesz, że tylko zemsta może dać mi spokój – dodała poważniejąc, gdy dostrzegła, że nie udało jej się rozładować napięcia.

- Pamiętaj tylko, że jeśli zapoczątkujesz tę lawinę, zwalisz ją na głowę nie tylko Narcyzie.

- Draco nic dla mnie nie znaczy – powiedziała, kłamiąc mu prosto w oczy.

- To dobrze, bo Malfoy jest mój. I lepiej, żebyś nie stawała mi na drodze, gdy będę po niego szedł – powiedział z nutą zawoalowanej groźby.

- Bez obaw – odpowiedziała, starając się wyglądać pewnie. – Ty też otrzymasz to, na co czekasz już tak długo – obiecała z błyskiem w oku.



- To twoja sprawka, prawda? To ty namówiłaś Evę, żeby zaufała Malfoyowi – wysyczał oskarżycielskim tonem i chciał dźwignąć się na nogi, lecz ostry ból w klatce piersiowej mu na to nie pozwolił.

- Poniekąd – odparła, przyglądając się beznamiętnie, jak Oliwer walczy o odzyskanie tchu.

- To twoja wina. To wszystko twoja pieprzona wina! – Warknął, tracąc kontrolę nad nerwami.

- Jeśli masz poczuć się lepiej, zrzucając całą winę na mnie, to proszę bardzo, obwiniaj mnie do woli – powiedziała ze spokojem, który działał na niego jak czerwona płachta na byka.

- Mieliśmy układ!

- Wiem i żałuję, że musiałam go zerwać, ale wiele się zmieniło – starała się wyjaśnić, lecz on prychnął z pogardą. - Nie mogę pozwolić ci zabić Dracona.

- Nie potrzebuję do tego twojego pozwolenia – zauważył z kpiącym uśmiechem, starając się unormować oddech.

- Ale potrzebujesz mnie do wyciągnięcia Evy z grobowca – zauważyła trzeźwo, a on posłał jej mroczne spojrzenie znad zlepionej od potu grzywki, opadającej mu na czoło.

- Myślałem, że zależy ci na tym w równym stopniu – zakpił, a ona posłała mu harde spojrzenie, na które w odpowiedzi zaśmiał się z goryczą. - Żałuję, że w dniu, w którym stanęłaś między mną, a nim nie zabiłem was obydwojga – wyznał z pogardą.

- Powinieneś się cieszyć, że żyję, bo jestem jedyną osobą ze Stella Mortis, która stoi po twojej stronie – zauważyła przytomnie. – Znów możemy być sojusznikami, Oliwerze – powiedziała, patrząc na niego z nadzieją, jak dawniej, gdy żywili do siebie sympatię.

- Kto raz zdradził, zdradzi i drugi – powiedział stanowczo, a z jej oczu zniknęło całe ciepło.

- Trudno. Skoro nie potrafisz mi zaufać, będziesz musiał zaryzykować. Bo tak się składa, że jeśli nie uwolnimy Evy w trakcie tej pełni, zostanie uwięziona pomiędzy światami na zawsze skazana na wygnanie i potępienie – powiedziała poirytowana uporem mężczyzny. - Jesteś gotowy, by na to pozwolić, generale?

- Po co była ci ta zemsta, skoro od początku chodziło ci o Dracona? – Zapytał, zbijając ją z tropu.

- I tak nie zrozumiesz – odparła wymijająco, odwracając wzrok.

- Przekonajmy się – odpowiedział, ostrożnie opierając się o zagłówek kanapy.

- Kochałam Lucjusza – powiedziała buntowniczym tonem, zaciskając dłonie na oparciach fotela. – Był esencją mężczyzny, o którym zawsze marzyłam. Był silny, stanowczy, odważny, władczy a jednocześnie delikatny i czuły.

- Byłaś zaręczona z Draconem…

- A kochałam jego ojca, tak. Draco wówczas był inny. Taki słaby i przezroczysty…Zawsze w cieniu ojca, zawsze uległy i taki…

- Co wobec tego się zmieniło od tamtego czasu? – Wszedł jej w zdanie, skanując badawczym wzrokiem.

- Lucjusz nie żyje – odparła po długich minutach ciszy. - Narcyza wydała go w dniu, gdy wysłałam jej papiery rozwodowe. Skazała go na śmierć, bo wybrał mnie. Nie wyrzekł się mnie nawet w dniu egzekucji, na co chyba bardzo liczyła, bo cały czas wrzeszczała, by powiedział prawdę – wyjaśniła wypranym z emocji głosem. - Widziałam to w jej umyśle…Tuż przed egzekucją również błagała go o to, by wycofał pozew o rozwód i wrócił do niej. Powtarzała, że go kocha, ale nie zniesie takiej hańby na honorze i nie pozwoli, by skrzywdził Dracona. Wiesz, co jej powiedział? – Zapytała z nieobecnym wzrokiem, jakby ponownie znajdowała się w umyśle Narcyzy, a gdy pokręcił głową, odparła. - „Kocham Amelię, Narcyzo. Dalsze życie u twego boku i z dala od niej byłoby torturą i powolnym umieraniem”.

- Narcyza Malfoy, gdy wyprowadzali Lucjusza, krzyczała „powiedz to”… - zaczął powoli, jakby układając sobie wszystko w głowie, a Amelia uśmiechnęła się przez łzy.

- Chciała, żeby wyznał jej miłość. Wtedy miał pojawić się ich skrzat domowy z przekonywującą historyjką, jakoby Czarny Pan praktykował na nim zakazane zaklęcia i groził jego rodzinie. Sama też miała pokazać kilka znaczących wspomnień na korzyść męża. Liczyła na to, że Wizengamot uzna to za warunki łagodzące…

- Wizengamot nie uwierzyłby w zeznania skrzata domowego.

- Podałby mu eliksir prawdy – dokończyła za niego czarownica. – Wiedziałeś, że Narcyza jest świetna w oklumencji? Musiałeś się domyślać…Jak inaczej oszukałaby samego Voldemorta…Czarodzieje z takim talentem potrafią wszczepić do mózgu ofiary wszystko, co zechcą. Oczywiście nikt, włącznie z Czarnym Panem, nie podejrzewałby uległej, cichej pani Malfoy o takie umiejętności.

- To bez sensu. Przecież nawet gdyby Wizengamot uwierzył w tą bajeczkę, to Lucjusz i tak zgniłby za kratami Alcatraz.

- Zapewne miała plan, by go wyciągnąć. Tak jak ja…Wyciągnęłabym go tak, jak odbiłam ciebie z rąk aurorów – odparła ze stalową nutą w głosie. – Zmienilibyśmy tożsamość i żyli w spokoju z dala od Anglii, Narcyzy i całego bagna, jakim jest Ministerstwo Magii.

- Zemściłaś się jednak…

- O tak – Przyznała, a na jej twarzy po raz pierwszy pojawiły się prawdziwe emocje. - Widzisz…Tak się składa, że też jestem całkiem niezła w oklumencji. W dodatku mam dostęp do magii, której Narcyza nie zna i przed którą nie potrafi się obronić…

- Więc nie użyłaś szkatułki – upewnił się, a ona pokręciła głową.

- Uznałam, że to byłoby zbyt proste. Zamknęłam ją w jej własnym umyśle i otoczyłam najgorszymi demonami z jej przeszłości – odparła z zadowoleniem i mściwą satysfakcją.

- Dalej jednak nie wiem, dlaczego mnie zdradziłaś.

- Po tym jak pozbyłam się Narcyzy, mogłam wrócić do Anglii. Początkowo po to, by wykończyć ostatecznie Narcyzę i szpiegować dla Evy. Wtedy jednak spotkałam Dracona. Mężczyznę zupełnie innego od chłopca, którym był, gdy nasi rodzice nas zaręczyli. Mężczyznę łudząco podobnego do swojego ojca. Wręcz jego idealną kopię…

- Chcesz mi wmówić, że nagle zaczęło ci zależeć?

- Nie. Zaintrygowała mnie jego zmiana. Okazało się, że mężczyzna, który był w przeszłości moim narzeczonym, teraz jest dla mnie nieznajomym. Tego Dracona nie znałam. Ale bardzo chciałam poznać. Niestety wówczas on uganiał się za tą Granger więc musiałam znaleźć sposób, żeby się jej pozbyć. Nie było to łatwe zadanie. W końcu to jedna trzecia złotego trio. Aż w końcu ta szlama sama podała mi rozwiązanie na tacy.

- Ty opowiedziałaś Evie o jej projekcie – powiedział patrząc na nią z szokiem i niedowierzaniem, a ona uśmiechnęła się z samozadowoleniem.

- Bingo. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, że moi rodzice byli sprzymierzeńcami Voldemorta, który powierzył im również jeden ze swoich sekretów, który mieli strzec pod groźbą śmierci.

- Inferno…

- Otóż to. Oczywiście po wojnie zrewidowali cały nasz majątek, rodziców skazano na pocałunek dementora, a mnie uniewinniono, ponieważ uznali, że jako, że uczyłam się w Akademi Magii w Beauxbatons i nie mam Mrocznego Znaku, nie mam nic wspólnego z Voldemortem.

- Więc chciałaś pozbyć się Hermiony rękami Evy – powiedział z pogardą, a ona odetchnęła głęboko i rozparła wygodnie na fotelu.

- Cel uświęca środki – powiedziała, gdy w milczeniu sztyletował ją oskarżycielskim wzrokiem.

- Muszę przyznać, że to było sprytne posunięcie.

- Dziękuję – odparła z udawaną skromnością.

- Myślę, że nie doceniliśmy cię…

- Ty mnie nie doceniałeś – sprostowała, wchodząc mu w zdanie. – Eva zawsze wiedziała, kim jestem i jaki posiadam potencjał. To ona nauczyła mnie strategicznego myślenia i wprowadziła w arkana magii, której nie znałam. Poza tym uratowała mnie przede mną samą i mam wobec niej dług. Wie też o moich uczuciach względem Dracona…

- Niemożliwe…

- Nie zdziwiło cię, że mimo jego wyskoków wciąż żyje? – Zapytała z drwiną. - Że to jego życie było kartą przetargową w układzie z Granger? Że to jego wybrała, by szpiegował? Że nie pozwoliła ci się na nim zemścić, gdy tylko natrafiła się okazja?

- Kłamiesz…

- Nie, Oliwerze. Zawarłam układ z Najwyższą Kapłanką. Eva przewidziała, że ktoś ją zdradzi. Od dawna nawiedzały ją prorocze sny. Gdy tylko złamała szyfr, wezwała mnie. W tajemnicy nauczyła mnie rytuału, który miał sprowadzić ją z zaświatów, gdyby coś poszło nie tak. Przed rytuałem stworzyła trzy dodatkowe kotwice w świecie żywych i dała mi wyraźne wskazówki, jak użyć dwóch z nich.

- Więc…Chcesz mi powiedzieć, że Eva weszła do tej przeklętej groty mimo, że wiedziała, że Olivander ją zdradzi?! – Zapytał podniesionym głosem.

- Tak – odparła krótko. – Jak to ująłeś, kto raz zdradzi, zdradzi i kolejny.

- Dlaczego mnie nie uprzedziłaś?! Powstrzymałbym ją!

- Bo złożyłam przysięgę wieczystą.

- Malfoy…

- W zamian za pomoc tobie i sprowadzenie jej z powrotem. Uratowałam cię, bo tego ode mnie chciała. Ale i dlatego, że i wobec ciebie miałam dług. Gdyby nie Eva i ty, umarłabym w tej zatęchłej uliczce – powiedziała z powagą, patrząc mu prosto w oczy. – Oliwerze musisz wziąć się w garść. – dodała, gdy mężczyzna ukrył twarz w dłoniach i przez długi czas nie dawał znaku życia.

- Do czego jestem wam potrzebny? – Zapytał z goryczą.

- Jesteś źródłem jej człowieczeństwa. Źródłem, które przysięgałam strzec i które ma moc, by sprowadzić ją z powrotem – wyjaśniła poważniejąc i przeszywając go stanowczym wzrokiem. – Bez ciebie to się nie uda.

- Jak chcesz złamać pieczęć i dostać się do groty? – Zapytał, przytłoczony ilością nowych informacji.

- W taki sam sposób, w jaki ją założono –odparła z niezauważalną ulgą, a widząc niezrozumienie na twarzy mężczyzny, wyjaśniła. - Krew zdrajcy ją zamknęła, krew zdrajcy ją otworzy.

- To nie będzie proste – zauważył wciąż lekko oszołomiony ilością tajemnic, jakie miała przed nim Eva. - Domyślam się, że Daniell została głową zakonu i jest pilnie strzeżona. Poza tym, jeśli ktoś ze Stella Mortis zorientuje się, że obcy krąży po murach zamku, zdemaskują nas. Straciliśmy Williamsa i nie mamy nikogo zaufanego, kto miałby do niej dostęp. Potrzebujemy…

- Daniell nie jest godna – ucięła, przerywając jego słowotok.

- Olivander? Ale to nie on zapieczętował grotę… - Zaczął i urwał widząc tajemniczy uśmiech na ustach kobiety. – Karma…Oczywiście! Nie bez powodu Eva chciała bym ją sprowadził. Nie chodziło tylko o manipulowanie Garriciem, ale o stworzenie kotwicy na tyle silnej, by mogła pokonać każdy rodzaj magii. To ona jest w drugim pokoju, prawda?

- Widzę, że zaczynasz rozumieć, generale – pochwaliła go, rozpierając się wygodniej w fotelu. – Krew zdrajców płynąca w żyłach Karmy jest kluczem do dostania się do groty. Natomiast więź, jaką stworzyła między nimi Eva, sprowadzi ją do nas.

- Ale wtedy Karma będzie musiała…

- Umrzeć, zgadza się. To kara jaką Najwyższa Kapłanka wyznaczyła zdrajcom. Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, Eva zakotwiczyła duszę jednej z trzech kotwic w zaświatach. Złożę drugą kotwicę w ofierze, a trzecia, żyjąca sprowadzi ją do nas – wyjaśniła.

- Mówiłaś o dwóch kotwicach…

- Zgadza się. Matki naszego zmarłego generała nie liczę, bo ona odegrała już swoją rolę. Jej dusza została zakotwiczona w zaświatach. Jedna z kotwic, o których mówiłam, stanowi pomost, swego rodzaju przejście, które sprowadzi Evę, natomiast druga musi zająć jej miejsce w zaświatach dla zachowania równowagi.

- To znaczy, że żadna z kotwic nie przeżyje? – Zapytał, czując dreszcze na plecach, a Amelia pokręciła głową, potwierdzając jego przypuszczenia. – Kto?

- Potter…


***
I jak wrażenia po lekturze?:)