niedziela, 27 maja 2018

Rozdział XLI "Miłość"

Kochani...
witam Was przy okazji nowej publikacji. Zgodnie z obietnicą, rozdział w maju. Oby udało mi się utrzymać podobną passę przy okazji kolejnych publikacji;)
Nie będę przynudzać. Tym razem chciałabym ograniczyć się do trzech rzeczy.
Po pierwsze, bardzo dziękuję za to, że jesteście. I nie są to słowa na wyrost. Doceniam każdego z Was. Wasza obecność jest motorem napędowym tej historii. Dziękuję za wsparcie i ślad, jaki zostawiacie po sobie w postaci choćby kilku słów w komentarzach. Zawsze podkreślałam i będę podkreślać, że relacja z Czytelnikiem jest dla mnie bezcenna. W innym wypadku pisałabym do szuflady;) Dzięki Wam zaczynam wierzyć w siebie, uczę się, rozwijam, poddaję refleksji różne kwestie i utwierdzam w przekonaniu, że pisanie jest drogą dla mnie i że nie skończy się wraz z końcem przygody z Dramione. Za to dziękuję każdemu z osobna. Dziękuję.
Po drugie, z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka życzę wam wszystkim, żebyście pielęgnowali w sobie tą część natury, która wiąże się z tym świętem. Bez względu na wiek, role jakie podejmujecie, problemy jakim stawiacie czoła, nie zapominajcie o dziecku, które w Was drzemie. I nigdy, nie przestawajcie czekać na ten upragniony list z Hogwartu;)
I po trzecie... Zapraszam na lekturę nowego rozdziału:) Mam nadzieję, że zechcecie podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami i wrażeniami, a wspomniany rozdział, liczący 28 stron, zrekompensuje Wam czas oczekiwania i umili te kilkanaście minut w ciągu dnia;)
Ściskam i pozdrawiam Was ciepło!
Wasza Villemo.



Rozdział XLI „Miłość”


W ciemnościach racjonalność wydawała się rzeczą głupią. Tu logika sprawiała wrażenie sennych urojeń. W mrocznych zakamarkach własnego umysłu, bardzo łatwo było się pogubić i zatracić sens istnienia. A jednak jej udało się utrzymać na powierzchni. 
Draco… Jej syn, jej jedyne dziecko, jej światło rozjaśniające mrok. To jego obraz przywoływała, ilekroć ciemność nacierała na nią. To jego twarz widziała, gdy umysł torturował ją wspomnieniami. To miłość do niego dawała jej siłę do walki. I gdy pojawiła się myśl, że może wygrać tą bitwę, wróg zmienił strategię. Wykorzystał tarczę, która była jej jedyną szansą na przetrwanie w tym mrocznym, zimnym świecie, w którym została uwięziona, jako broń przeciwko niej. 
Gdy jej kat spostrzegł, że zdrada i śmierć Lucjusza nie wywołały oczekiwanego efektu, uderzył w inny czuły punkt. Pewnego dnia Amelia przyszła do niej i oznajmiła, że Draco nie żyje. Narcyza nie uwierzyła jej i wciąż walczyła. Wówczas kobieta pokazała jej własne wspomnienie, które na dobre odebrało jej wolę walki. Na początku Narcyza nie chciała uwierzyć, że Amelia podmieniła tożsamość dwóch najważniejszych mężczyzn w jej życiu. Odpychała od siebie obraz, w którym Lucjusz za pomocą eliksiru wielosokowego zmienił się w Dracona. Nie potrafiła przyjąć do świadomości, że jej mąż pozwolił, aby ich jedyne dziecko płaciło za jego grzechy. Amelia nie zamierzała jednak poprzestawać na suchych faktach. Z mściwym uśmiechem przywołała wspomnienie pocałunku dementora, z tą różnicą że zamiast Lucjusza duszę stracił jej syn. Puste, stalowe spojrzenie oczu Dracona, prześladowało ją do samego końca. Narcyza wiedziała, że Amelii właśnie o to chodziło. Była to zemsta za skazanie Lucjusza i dostarczenie dowodów jego zbrodni Wizengamotowi. Merlin jej świadkiem, że żałowała. Kochała męża i gdyby tylko chodziło o nią, byłaby w stanie mu wybaczyć. Jednak tu nie chodziło wyłącznie o nich. Lucjusz nie tylko zdradził ją i upokorzył. Jego zdrada przede wszystkim uderzyła w ich syna. A tego nie potrafiła i nie mogła mu wybaczyć. Draco był dla niej wszystkim i dla niego była gotowa na wszystko. Ostrzegała Lucjusza, dała mu nawet szansę, aby przerwał romans i by zaczęli od nowa. Ten jednak nie tylko odrzucił jej wyciągniętą dłoń, nie tylko wzgardził jej miłością, ale i był gotów umrzeć dla tego kaprysu. Zapłacił za to najwyższą cenę. Zapomniał, że kobiety z rodu Blacków nie wybaczają zdrady i wzgardzenia. Zapomniał, że w jej żyłach płynie ta sama krew, co u Belli. Nie był jednak jedyną osobą, która jej nie doceniła i która później tego żałowała. 
Po tym, jak pozbyła się Lucjusza i zmusiła Amelię do wyjazdu po odbyciu kary przez Dracona, myślała, że jej syn jest bezpieczny. Niestety pobyt w Azkabanie osłabił ją. Te sześć długich miesięcy kary było nie do wytrzymania. Zatraciła się w bólu i straciła czujność. To dlatego stała się łatwym celem dla Amelii, gdy wyszła na wolność. Żałowała, że nie pozbyła się kochanki męża, gdy miała ku temu możliwość. Nie byłby to pierwszy człowiek, którego zabiła. Służba u Czarnego Pana wymagała poświęcenia wielu istnień. Najpierw jednak należało zabić samego siebie. Tylko w ten sposób można było przetrwać u jego boku. Jednak strach przed powrotem do Azkabanu okazał się silniejszy. Tam nie było mowy o schowaniu uczuć i myśli. Tam człowiek stawał się nagi, bezbronny i obdarty z wszelkiej nadziei. I tak też poczuła się w chwili, gdy dotarło do niej, że jej dziecka już nie ma i że przyczyniła się do jego śmierci. Gdyby ponownie mogła wybierać, bez wahania spędziłaby resztę życia w murach Azkabanu, byleby Draco był bezpieczny. 
Amelia dręczyła ją tak długo, aż w końcu uwierzyła w swoją winę i poddała się. Bowiem dla kogo miałaby żyć, skoro jej syna już przy niej nie było…


- Draco…
Cichy szept Narcyzy wyrwał go z lekkiego snu, w jaki zapadł, czuwając przy jej łóżku aż się obudzi. Poderwał głowę i spojrzał prosto w oczy swojej matki. Oczy, które pierwszy raz od tak długiego czasu, były przytomne i wypełnione uczuciami innymi niż pustka, strach i gniew.
- Mamo… - wyszeptał niepewnie i urwał, nie wiedząc jak powinien się zachować.
- Mój kochany…. – powiedziała z czułością, wyciągając dłoń i kładąc ją na policzku syna.
- Wezwę uzdrowiciela… - powiedział wzruszony, chcąc zerwać się z miejsca, lecz matka nie pozwoliła mu na to.
- Nie trzeba. Zostań tu ze mną. Pozwól mi nacieszyć się widokiem twojej twarzy choć przez chwilę – zaoponowała, a on przez ułamek sekundy bił się z myślami, po czym niepewnie przystał na prośbę kobiety. 
- Jak się czujesz? Nic cię nie boli? Potrzebujesz czegoś? – Zasypał ją pytaniami, ściskając delikatną dłoń i skanując każdy milimetr jej twarzy.
Narcyza uśmiechnęła się słabo i delikatnie uścisnęła jego dłoń. Wydawał się jej tak prawdziwy, jak jeszcze nigdy. Nie miała jednak pewności, czy to aby nie kolejny wymysł jej udręczonego umysłu, który miał zapowiadać kolejną partię tortur. Nie wiedziała, ile jeszcze będzie w stanie ich wytrzymać. Za każdym razem stawała się coraz słabsza i z utęsknieniem oczekiwała na upragniony koniec.
- Tak bardzo bym chciała, żebyś był prawdziwy, mój synu – wyznała z bólem w głosie, jednocześnie chłonąc obraz jego twarzy.
- Jestem – zapewnił stanowczym głosem, nachylając się nad nią i całując ciepłe czoło. – Jestem prawdziwy. Jesteś już bezpieczna. Już po wszystkim…– powiedział, zamykając jej drobne dłonie w swoich i całując je.
W odpowiedzi uśmiechnęła się blado. Tak bardzo chciałaby wierzyć, że to prawda. Wiedziała jednak, że za chwilę twarz ukochanego dziecka zacznie się zmieniać, a przed nią zamiast Dracona pojawi się Lucjusz lub Amelia.
- Dlaczego tak bardzo mnie dręczysz? – Zapytała z bólem w głosie.
- Mamo…? – Zaczął zbity z tropu. 
- Nigdy ci nie wybaczę, że poświęciłeś naszego syna, Lucjuszu. Nigdy – powiedziała lodowatym głosem ze łzami w oczach. - Tak bardzo cię kochałam… Nie chciałam cię zabić – Zawyła, a jej wzrok ponownie stał się nieobecny, jakby znowu zapadała się w swój świat.
- Mamo, to ja, Draco! – Podniósł głos, wstrząśnięty słowami rodzicielki, łapiąc ją delikatnie za ramiona i potrząsając.
Narcyza pod wpływem jego dotyku, zamilkła. Spojrzała szeroko otwartymi oczami na twarz mężczyzny. Twarz, łudząco podobną do tej, którą tak kochała i za którą tęskniła. Ściągnęła brwi, przesuwając wzrok na jego ręce. Od dawna nie czuła takiego ciepła. Czy wobec tego, naprawdę stał przed nią jej syn?
- Draco? – Zapytała, patrząc na niego nieufnie, a on skinął głową. 
- Tak. To ja. Jestem przy tobie. Już po wszystkim – zapewnił, starając się mówić spokojnym, łagodnym głosem, lecz nie był pewny, czy mu to wychodzi.
- To naprawdę ty? – Dopytywała z desperacją w głosie.
- Tak - zapewnił ponownie, gdy patrzyła na niego nieufnie i z rezerwą. – Blaise, pośpiesz się. Potrzebujemy cię – rzucił w stronę dwukierunkowego lusterka, które umożliwiało komunikację z każdym, kto posiadał jego drugą część.
- Zaraz będę – usłyszał odpowiedź, lecz nawet nie spojrzał w kierunku swojego komunikatora, całą uwagę koncentrując na Narcyzie.
- Czy pamiętasz bajkę o czarnoksiężniku zaklętym w charłaka? – Zapytała po długiej chwili ciszy, czym kolejny raz zbiła go z tropu. – A pamiętasz, co wyzwoliło go spod działania klątwy? – Zapytała, gdy w odpowiedzi niepewnie skinął głową.
- Miłość – odparł krótko, a Narcyza skinęła głową, uśmiechając się z aprobatą, choć w jej oczach wciąż widoczna była niepewność i rezerwa.
- Pamiętasz, o co mnie zapytałeś, gdy pierwszy raz ci ją opowiedziałam? – Zadała kolejne pytanie, a on zmarszczył czoło, starając się przypomnieć sobie tamtą chwilę.
To było jeszcze przed wyjazdem do Hogwartu. Był wówczas dzieckiem ślepo zapatrzonym w ojca. Jego jedynym marzeniem było stać się w przyszłości takim jak on. Tamtego dnia Lucjusz po raz pierwszy pouczył go, że w życiu najważniejsza jest tylko władza i potęga. Wracali z Ministerstwa Magii i po drodze ojciec uległ jego prośbom i zabrał go na Pokątną do sklepu miotlarskiego. Po wyjściu z niego natknęli się na Freda i Georga Weasleyów, którzy z nosami przyciśniętymi do witryny, z zachwytem i tęsknotą patrzyli na najnowszy model Komety. 
- Dlaczego te dzieciaki stoją tu i gapią się na tę miotłę zamiast wejść i tam ją obejrzeć?
- To jeden z towarów, na który nie wszystkich jest stać – odparł z wyższością Lucjusz, mierząc bliźniaków protekcjonalnym spojrzeniem.
- W niektórych rodzinach ważniejsza od pieniędzy jest miłość, Malfoy – powiedział pan Weasley, mijając mężczyznę i stając obok swoich dzieci. – Ale rozumiem, że w twoim słowniku nie ma takiego pojęcia.
- Spójrz, Draconie i słuchaj uważnie – zaczął jego ojciec, patrząc z góry na trójkę rudzielców. – To mówią wszyscy rodzice, których nie stać aby zapewnić swojej rodzinie godnych warunków do życia – wyjaśnił, po czym zwrócił się bezpośrednio do Artura. – Jaki sens jest w plugawieniu swojego nazwiska konszachtami z mugolami, skoro nie ma za to porządnych pieniędzy. Przynosisz wstyd magicznej rasie – skrzywił się z niesmakiem.
- Są gorsze powody do wstydu i większe plamy na honorze, Malfoy. Sam nosisz jedną i nosić ją będziesz do końca życia – odparował pan Weasley, na co Malfoy senior zmrużył wściekle oczy.
- Co to jest miłość? – Zapytał Draco, niezrażony wrogimi postawami dorosłych.
Artur uśmiechnął się pod nosem i, zgarniając własne dzieci, ruszył w swoim kierunku, odprowadzany nienawistnym spojrzeniem blondwłosego mężczyzny.
- Co to miłość? – Nie dawał za wygraną młody Malfoy.
- To ogromna ludzka słabość – odparł powoli jego ojciec, patrząc na malca z namysłem. – Posłuchaj Draconie – zaczął, a chłopczyk natychmiast skoncentrował na nim pełną uwagę. – W życiu najważniejsza jest władza i potęga. Musisz być silny, bo tylko tacy ludzie są zdolni rządzić i osiągnąć w życiu wszystko, czego pragną. Zdobywając potęgę i władzę, zdobywasz świat. Świat, który dzieli się na różnych ludzi. Są wśród nich szlamy, zdrajcy krwi, mugole i niższe istoty magiczne. Oni są na końcu hierarchii, na szczycie której jest miejsce tylko dla czarodziei czystej krwi. 
- Takich jak my? – Upewnił się chłopiec, marszcząc czoło, a jego ojciec skinął głową i uśmiechnął się z aprobatą.
- Malfoyowie to urodzeni przywódcy i zwycięzcy. Od pokoleń należymy do rodu, który nie splamił się więzią z tymi, którzy są niżej od nas w hierarchii.
- A oni? Są tacy jak my? – Zapytał mały Draco, wskazując na oddalających się Weasleyów.
- To gorszy sort czarodziejów, plamiących swój status krwi konszachtami z całym szlamem, który chce stawiać się na równi z pełnoprawnymi czarodziejami – odparł z pogardą Malfoy senior.
- I dlatego są gorsi od nas?
- Tak.
- A jak rozpoznać kto jest taki jak my, a kto jest gorszy? – Zapytał chłopiec, nie potrafiąc w dalszym ciągu znaleźć różnic między nim, a dwoma rudzielcami. Bał się jednak powiedzieć o tym ojcu, niepewny jego reakcji. Nie chciał, żeby tata się zezłościł, bo gotów był zabrać mu jego miotłę, którą teraz trzymał pod pachą.
- Przyjdzie czas, że nauczysz się odróżniać podobnych sobie od tych, którzy nie zasługują na twoją uwagę, Draconie – powiedział z powagą Lucjusz, ucinając dalszą rozmowę, a Draco, choć wciąż miał mnóstwo pytań, polubownie skinął głową.
Po powrocie do domu długo analizował słowa ojca. Narcyza kładąc go spać zauważyła, że coś go trapi, a wówczas zadał jej to samo pytanie, co ojcu: czym jest miłość? Odpowiedź Narcyzy różniła się diametralnie od tego, co powiedział Lucjusz. Jego mama opowiedziała mu wówczas bajkę o bezlitosnym, potężnym czarnoksiężniku z sercem skutym lodem i o miłości, która ten lód stopiła. 
- Zapytałem, czy miłość może być zarówno słabością i potęgą – odparł po chwili, a oczy Narcyzy rozszerzyły się w niedowierzaniu. – Powiedziałaś mi wtedy, że to, co daje siłę, może być również słabością i że nie ma większej potęgi niż miłość. Wtedy tego nie rozumiałem, ale zapewniłaś mnie, że zrozumiem, gdy pokocham – dodał, a kobieta zakryła dłonią usta, tłumiąc szloch.
- To naprawdę ty… – wydusiła z siebie, podpierając się na drżących rękach.
Widząc jej próby, Draco nachylił się, chcąc pomóc jej usiąść, lecz wówczas Narcyza uwiesiła się na jego szyi, ściskając go mocno i zanosząc się płaczem. Objął ją niezdarnie, nie wiedząc jak interpretować jej zachowanie i uspokajająco gładził jej plecy.
- Mój Draco, mój synek…Myślałam, że i ciebie mi odebrała… Tak bardzo się bałam, że spełniła swoje groźby…Tak bardzo się bałam… - szlochała, ściskając go mocniej.
Ściągnął brwi, słysząc słowa matki. Nim jednak zdołał zapytać ją, co miała na myśli, drzwi sali otworzyły się i do środka wszedł Blaise.
- Witaj wśród żywych, ciociu – powiedział z szerokim uśmiechem, nie kryjąc radości z powodu ozdrowienia swojej matki chrzestnej. 
- Blaise – odparła, odsuwając się nieznacznie od syna i odwzajemniła uśmiech chrześniaka.
- Brakowało nam ciebie…


***


Trzymała go mocno za rękę, a jednak miała wrażenie, że wymyka się jej, że pochłania go otchłań i że ona nie jest w stanie temu zapobiec…
- Napijesz się czegoś? – Zapytał Harry, wyrywając ją z analizowania ostatnich snów.
Wszyscy poza Draconem wyszli z sali Narcyzy, chcąc dać im chwilę prywatności. Hermiona postanowiła jednak zostać w szpitalu na wypadek, gdyby Draco jej potrzebował. 
- Nie odmówię kawy – odparła z bladym uśmiechem, a Harry skinął głową i poszedł do bufetu. - Zamiast faszerować się kofeiną, powinieneś porządnie się wyspać – powiedziała krytycznym tonem, gdy wrócił do niej z dwoma kubkami. – Kiedy ostatnio przespałeś całą noc? – Zapytała z troską, gdy usiadł obok.
- Jeśli mam być szczery, to nie pamiętam – westchnął ciężko, lecz zaraz uśmiechnął się ciepło na widok karcącego spojrzenia kobiety.
- Nie pociągniesz długo na eliksirach wzmacniających – zauważyła, obserwując jak mężczyzna upija spory łyk kawy.
- Mówisz jak Pansy – skrzywił się, a ona spojrzała na niego z pobłażaniem.
- I nie daje ci to do myślenia? – Zapytała z przekąsem.
- A ty nie masz innych problemów niż mój sen? – Odbił piłeczkę z łobuzerskim uśmiechem.
- Coś by się znalazło – wzruszyła ramionami, koncentrując się na swoim kubku. 
- Wyrzuć to z siebie, Herm – powiedział łagodnie, kładąc dłoń na jej przedramieniu. 
Podniosła wzrok i spojrzała niepewnie w szmaragdowe tęczówki przyjaciela. Emanowały spokojem, zrozumieniem i ciepłem. Przez chwilę pozwoliła sobie, by tonąć w jego oczach. Harry był jej przystanią. Miejscem, gdzie mogła przeczekać każdy sztorm. Był jej siłą i wiarą w chwilach zwątpienia i strachu. Był też jedyną osobą, która rozumiała ją bez słów i przed którą potrafiła się otworzyć. Zupełnie jak teraz, wystarczyło jedno jego spojrzenie lub słowo, by wszystkie troski, wątpliwości i zmartwienia ulatywały z niej. Nikt tak jak on nie potrafił skłonić jej do zwierzeń. Znał każdą jej słabość i zawsze wiedział, gdy kłamała, gdy coś ją trapiło lub gdy potrzebowała pomocy. Nigdy jednak nie naciskał i szanował jej potrzebę niezależności. Dawał jej czas i przestrzeń, żeby przerobiła problem samodzielnie, bo wiedział że prędzej czy później opowie mu o tym. Kochała w nim tą cechę i chyba dlatego życie z Harrym było tak proste. Po skończeniu Hogwartu i ich burzliwych rozstaniach pocieszali się i żartowali, że jeśli do trzydziestki nie znajdą partnera to wezmą ślub. Jak pokazał los, nie było im to pisane.
Sama nie wiedziała, kiedy słowa same wypłynęły z jej ust. Wyrzucała z siebie wszystko, co zatruwało jej spokój. Opowiedziała o pobycie w Bułagrii i o podwójnym życiu Wiktora. Nie pominęła niczego, włącznie ze swoją winą i wcześniejszym romansem z Draconem. Musiała to z siebie wyrzucić i wiedziała, że Harry nie będzie jej oceniał, a postara się ją zrozumieć. 
- Podejrzewałem, że między wami coś zaszło – westchnął ciężko, gdy szatynka wypowiedziała ostatnie zdanie, a widząc jej zaskoczoną minę, dodał z miną znawcy - Wściekać się w taki sposób potrafisz tylko na osoby, na których ci zależy – jego wyjaśnienie wywołało na jej twarzy nikły uśmiech, który jednak bardzo szybko znikł z jej ust. - Nigdy jednak nie przypuszczałbym, że pokochałaś tego drania już wtedy. I nie wiem, czy powinienem się wściekać, że to przemilczałaś, czy że z uporem maniaka chciałaś spieprzyć sobie życie wiążąc się z Krumem – dodał, kręcąc głową i rzucił badawcze spojrzenie milczącej przyjaciółce. Jej skulona postawa i przygaszona mina mówiły więcej niż słowa. Dla niego Hermiona była, jak otwarta księga. – Najważniejsze jednak jest to, że obydwoje odzyskaliście rozum – powiedział z ciepłym uśmiechem, ujmując jej dłoń, na co Hermiona spojrzała na niego z wdzięcznością. - Nie potrafię uwierzyć, że Wiktor wywinął taki numer –– dodał po chwili namysłu, badając reakcję kobiety. - Dlaczego to ukrywał? – Zapytał niepewny czy powinien kontynuować ten wątek, a Hermiona uśmiechnęła się ze smutkiem i wzruszyła ramionami. – Podziwiam twój spokój i opanowanie w tej sytuacji. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym znalazł się na twoim miejscu…Na wszelki wypadek powinienem chyba przeprowadzić prywatne śledztwo w sprawie mojej przyszłej żony – dodał pół żartem, pół serio, chcąc rozbawić przyjaciółkę.
- Nie sądzę, żeby Pan miała podwójne życie – powiedziała z pobłażaniem szatynka i mimowolnie uśmiechnęła się na widok miny mężczyzny, doceniając jego wsparcie i starania by poprawić jej humor. 
- Spróbowałaby tylko – odparł, udając wzburzenie, a jej uśmiech poszerzył się, co nie umknęło uwadze Harry’ego.
- Mówił ci ktoś, że jesteś bardzo dzielną babką? – Zapytał pół żartem, pół serio, a ona spojrzała na niego bezradnie.
- Chciałabym być dzielna i silna, jak wszyscy uważają, ale… najzwyczajniej nie potrafię wziąć się w garść. Nie chcę użalać się nad sobą i narzekać na swój los…W końcu sama skomplikowałam wiele spraw. Po prostu czuję…Nie radzę sobie, Harry. Najdrobniejsze rzeczy mnie przerastają. Jestem taka zmęczona… Tak bardzo zmęczona walką, strachem…Chciałabym zasnąć i obudzić się, gdy wszystkie problemy już się rozwiążą…
- Przecież kto jak kto, ale ty nie uciekasz przed problemami. Ty je rozwiązujesz – odparł Harry z nutą przekory w głosie, a szatynka wzruszyła ramionami.
- Tym razem chętnie zrobię wyjątek – odparła bezbarwnym głosem, spuszczając wzrok na swoje stopy.
- Jesteś bardzo dzielną kobietą, Hermiono – powiedział stanowczym, aczkolwiek łagodnym tonem i uśmiechnął się ciepło, gdy kobieta spojrzała na niego sceptycznie. – Nie da się być cały czas silnym i niewzruszonym. Czasami trzeba pozwolić sobie na słabość i emocje. Nie da się wyłącznie kierować rozumem. Daj sobie fory, Herm. Nie jesteś cyborgiem, choć niewiele ci brakuje – zażartował, a ona parsknęła śmiechem, przewracając oczami. – Iskierki w tych zmęczonych oczach mówią mi, że jeszcze trochę życia w tobie pozostało – dodał tym samym tonem, dając jej pstryczka w nos.
Przez chwilę patrzyła na niego, uśmiechając się przez łzy, po czym oparła się o niego, kładąc głowę na ramieniu mężczyzny. Wiedziała, że wygląda żałośnie. W tym momencie było jej jednak wszystko jedno. Poza tym nie wstydziła się tej słabości przed Harrym, a na korytarzu nie było nikogo poza nimi. Mężczyzna objął ją ramieniem i pocałował w czoło, nie komentując irracjonalnych łez, z którymi nie była w stanie i nie chciała już walczyć. 
- Jak mogę ci pomóc?
- Po prostu bądź i nie waż się zginąć – odparła zdławionym głosem i wzruszyła ramionami.
- To będzie trudne… - westchnął Harry, a ona spięła się i odsunęła, by móc spojrzeć w jego poważną twarz. – Żenię się z Pansy – wyjaśnił z udawanym przerażeniem, mając na myśli wybuchowy temperament narzeczonej, a szatynka nie wiedziała czy ma większą ochotę na to, żeby go udusić, czy przytulić.
Ostatecznie parsknęła śmiechem, kręcąc głową nad poczuciem humoru przyjaciela, a potem rozpłakała się. Ukryła twarz w dłoniach, zawstydzona swoim żałosnym zachowaniem, lecz Harry nie pozwolił jej, by długo się chowała. Odsunął jej dłonie i zajrzał niepewnie w oczy.
- Chciałem cię rozbawić, a nie doprowadzić do łez – powiedział, usprawiedliwiającym tonem, a potem, widząc kolejną falę łez wzbierających się w oczach przyjaciółki, westchnął ciężko i przytulił ją. – Co przede mną ukrywasz? Czego mi nie mówisz, hmm? – Zapytał delikatnie, gładząc uspokajająco plecy kobiety. – Opowiesz mi? – Zapytał, odsuwając ją delikatnie i zaglądając w zaczerwienione oczy.
- Mam sny… - zaczęła, a Harry mimowolnie spiął się.
W normalnych okolicznościach pewnie ta informacja nie zrobiłaby na nim takiego wrażenia. Niestety ostatnio sam zadręczał się nocnymi koszmarami, dlatego słowa przyjaciółki tak na niego podziałały.
- Sny? – Zachęcił ją, by kontynuowała, a ona skinęła głową.
- Jestem w jakimś ciemnym, wilgotnym miejscu. Poruszam się na oślep, uciekając przed kimś, kto mnie woła… Słyszę śmiech i powtarzane w kółko swoje imię…
- Coś jeszcze? – Zapytał neutralnym tonem, starając się, by nie brzmiało to jak przesłuchanie.
- Dostaję jakimś zaklęciem i spadam…Wpadam do wody i staram się wypłynąć na powierzchnię…Jednak, gdy dopływam do brzegu znowu słyszę ten głos.... i wiem, że z jakiegoś powodu muszę się spieszyć więc znowu biegnę i trafiam do jakiejś groty, która… płonie…
- Co dalej? – Zapytał Harry, choć miał wrażenie, że zna odpowiedź.
Hermiona musiała usłyszeć to w jego głosie, bo podniosła na niego przerażony wzrok. Harry pomyślał, że właściwie nie musi kończyć, bo ciąg dalszy zna z własnych koszmarów.
- Widzę ciebie na …na czymś w rodzaju ołtarza ofiarnego… Jesteś półnagi i skrępowany. I wszędzie wokół ciebie jest krew…Chcę do ciebie podbiec, lecz wtedy potykam się o gruzy i…Draco….- urwała, ponieważ głos odmówił jej posłuszeństwa i zakryła dłonią usta.
Harry przygarnął ją do siebie i mocno przytulił, wstrząśnięty podobieństwem snu. On też to widział, z tym że wyglądało na to, że wersja jego snu dotyczyła wydarzeń przed pojawieniem się Hermiony. Wydarzeń, które miały miejsce przed jego śmiercią.
- Był przysypany gruzem, wszędzie miał pełno nacięć jak przy sectumsemprze…I był tak potwornie zimny…Był…obydwoje byliście…byliście martwi… - wydusiła zdławionym głosem. – Harry…To była ona…to jej głos słyszę…
- Ciii – uspokajał przyjaciółkę i, biorąc się w garść, odsunął ją od siebie, tak by móc patrzeć jej w oczy, a jednocześnie nie wypuszczać z objęć. – Spójrz na mnie i uważnie mnie posłuchaj – zaczął stanowczo, patrząc na szatynkę z powagą i czekając aż jej wzrok stanie się całkowicie skoncentrowany na nim. – Eva jest zamknięta w zaświatach. Nie żyje. A dostępu do niej broni pole magnetyczne, którego pilnuje Danielle i jej kapłanki. Nikt nie przejdzie niezauważony - powiedział z całą stanowczością na jaką było go stać. -  To tylko sen, Herm. Wiele przeszłaś i dlatego tak reagujesz. To nie jest prawdziwe – dodał łagodniejszym tonem.
Hermiona zachowywała się przez chwilę, jakby została spetryfikowana. Patrzyła i słuchała go, chłonąc każde słowo, zupełnie jakby od tego zależało jej życie. Zrobiło mu się jej żal. Mógł się tylko domyślać, ile kosztował ją pobyt w niewoli u Evy. Trafiła do niej, bo on nie potrafił zapewnić jej ochrony. Przez jego nieudolność zginęło tak wiele osób. Wiedział, że nigdy sobie tego nie wybaczy. 
- Czasami mam wrażenie, że ona mnie obserwuje. Momentami wydaje mi się, że widzę jej cień, słyszę jej głos… - Zaczęła z nieobecnym wyrazem twarzy. - Czy ja tracę zmysły, Harry? – Zapytała bezbarwnym głosem, patrząc na niego jak na wyrocznię.
Nie mógł znieść tego spojrzenia i tego, co Hermiona mogła wyczytać z jego twarzy. Przytulił ją bez słowa, obiecując sobie, że nie pozwoli nikomu skrzywdzić swoich bliskich. Jeśli ich sny były zapowiedzią kolejnej bitwy, to zrobi wszystko, aby powstrzymać wydarzenia ze snów jego i Hermiony. 
- Czasami nasze sny pokazują to, czego najbardziej się boimy – zaczął, nie wiedząc czy tym kłamstwem próbuje przekonać siebie czy ją. – One miną, Herm. Obiecuję…
***


Stał na uboczu, obserwując czujnie każdy ruch Amelii. Ona jednak zdawała się tego nie dostrzegać, zbyt pochłonięta rozpalaniem świec i kreśleniem pentagramu za pomocą sproszkowanego kamienia księżycowego wokół zapłakanej i przerażonej Karmy, leżącej na kamiennym postumencie, będącym prowizorycznym ołtarzem ofiarnym. Gdy skończyła podeszła do dziewczyny i rozerwała jej szatę na plecach, a następnie powtórzyła rysunek na jej skórze za pomocą rytualnego sztyletu. Oliwer odwrócił wzrok od zapłakanej dziewczyny. Żałował, że musiał pozwolić na to barbarzyństwo. Niestety nie było innego wyjścia z tej sytuacji. Krwawa ofiara w czasie pełni była jedynym sposobem na uwolnienie Evy. W dodatku to nie mogła być przypadkowa osoba, a taka w której kapłanka zakotwiczyła cząstkę swojej magii. Nie czuł się dobrze z tą myślą. Uważał, że dzieci nie powinny płacić za błędy swoich rodziców. Eva postąpiła okrutnie, wybierając córkę Garrica na kotwicę. Gdyby zapytała go o zdanie, zrobiłby wszystko, by odwieść ją od tego pomysłu. 
- Zaczynamy – powiedziała krótko Amelia, rzucając mu przeciągłe spojrzenie, jakby upewniając się, że jest gotowy.
 Odpowiedział jej sztywnym skinieniem, odpychając od siebie wszystkie wyrzuty sumienia i niepewność. Dzisiejszej nocy musiał być skoncentrowany. 
- Exevo grav vita, utamo vita, utamo exevo mort nur! Utevo lux, utamo vita! – rozpoczęła inkantacje, przykładając pochodnię do srebrzącego się w półmroku proszku i podpalając narysowany nim symbol wokół skneblowanej i związanej dziewczyny. - Isash ilishesh iposh izihu ipeli xarish! – Kontynuowała, ponownie wyjmując złoty, rytualny sztylet.
Oliwer odwrócił wzrok, gdy czarownica przekroczyła płomienie i bez zawahania odchyliła głowę Karmy, podrzynając gardło dziewczyny. Zacisnął powieki, powtarzając w duchu, że nie ma innego wyjścia. Tylko dzięki poświęceniu jest w stanie odzyskać Evę. 
Zerknął w stronę wielkiego, czarnego zwierciadła, które według Amelii stanowiło przejście do zaświatów. Według legend czarny kryształ, z którego powstało, pochodził z wymiaru pomiędzy światami, do którego w starożytności mieli dostęp wielcy magowie. Wówczas posiadali oni wiedzę i moc, by kontaktować się ze światem umarłych. Kryształ został przetopiony za pomocą magii i stanowił swego rodzaju łącznik między światami. W późniejszym okresie część czarodziei dostrzegła w nim niebezpieczeństwo i postanowili odesłać go do miejsca, z którego został sprowadzony. Pozbyto się w ten sposób wszystkich kryształów poza jednym, z którego korzystano, by przeprowadzić czystkę. Później lustro trafiło pod opiekę Stella Mortis, które miały chronić jego tajemnicę. Zwierciadło pozostawało w ukryciu przez wiele wieków. Eva trafiła na niego przypadkiem. Uśpiony kryształ zareagował na jej obecność, czym przykuł jej uwagę. To od tamtego dnia Eva zaczęła bardziej interesować się Tajemnicami Rubinowej Róży. Dopiero po dłuższym czasie odkryła zastosowanie zwierciadła, które miało moc kontaktowania się ze światem umarłych. 
- Izani qiash xugro agrosh yship hugryshiltu! Izeshar upishosh! – Donośny głos Amelii mieszał się z odgłosem dławienia umierającej Karmy i odbijał się echem po wnętrzu groty, przyprawiając mężczyznę o gęsią skórkę i powiększający się niepokój. 
Wstrzymał oddech i osłonił twarz, gdy po dłużej chwili oczekiwania płomienie wokół drgającego ciała Karmy buchnęły w górę, rozświetlając wnętrze groty. Mrużąc oczy starał się, odszukać sylwetkę Amelii wśród szalejących języków ognia. Jej cień pojawiał się i znikał na tle wirujących płomieni. Nie wiedział, czy wszystko idzie zgodnie z planem i czego powinien się spodziewać. Czuł, jak jego serce dudni w klatce piersiowej, a adrenalina podgrzewa jego krew. Jednego był pewny - dzisiejszej nocy był gotów na wszystko.


***
Z niemałym podziwem patrzyła na kolekcję magicznych ksiąg i eliksirów. Wiele z nich znała, o wielu czytała, znaczna część pochodziła z zaginionych zbiorów, a części tytułów nigdy nie słyszała. Podobnie było w przypadku eliksirów. Potrafiła zdiagnozować znikomą ilość butelek, które mieniły się w blasku magicznych kul świetlnych, które były jedynym choć wystarczającym źródłem światła w laboratorium Stella Mortis. 
- Robi wrażenie, prawda? – Zapytała kurtuazyjnie, obserwując twarz szatynki.
Hermiona skarciła się w duchu za swoje kujońskie zapędy i spojrzała z rezerwą na Evę. Była pewna, że kapłanka nie bez powodu pokazała jej to miejsce. Z jednej strony była oczarowana ogromem wiedzy i magii zgromadzonej w jednym miejscu. Jednak z drugiej strony bała się, że znalazła się tu w związku z jej eksperymentem. 
- Stella Mortis kolekcjonuje i archiwizuje wiedzę magiczną od pradawnych czasów. Niektóre zbiory są nawet starsze niż sam zakon – kontynuowała brunetka, obchodząc kamienny postument, na którym porozkładane były księgi i pergaminy, tak że stała teraz naprzeciwko Hermiony. – Można powiedzieć, że znajdujemy się w samym sercu wiedzy o magii…
- Czego ode mnie chcesz? Bo, jak przypuszczam, nie bez powodu mnie tu przyprowadziłaś – przerwała jej szatynka, starając się zachować obojętny ton.
- Nie mów, że nie robi to na tobie wrażenia? – Sarknęła z delikatnym uśmiechem. 
- Nie wmówisz mi, że chciałaś mi zaimponować? – Zripostowała podobnym tonem, a uśmiech kapłanki rozszerzył się.
- Nie jesteś kimś wartym takiego zachodu, Hermiono – odparła pobłażliwym tonem, jakby szatynka powiedziała coś głupiego. 
Granger zagryzła zęby, mając w pamięci wybuchowy charakter Evy i ostatnią karę, jaką kapłanka jej wymierzyła. Widząc to, czarownica uśmiechnęła się z satysfakcją i usiadła na jednym z foteli. Rozparła się wygodnie i wskazała gestem, by szatynka zajęła miejsce obok. Hermiona bez słowa spełniła polecenie kobiety, a ta zmrużyła oczy i kiwnęła głową z aprobatą, co Granger zignorowała.
- Szybko się uczysz. Bardzo mnie to cieszy – skomentowała zachowanie swojego jeńca, a szatynka zmusiła się do sztucznego uśmiechu, przełykając niewybredną ripostę. – Kiedyś marzyłam o tym, żeby zgłębić całą tą wiedzę – powiedziała, rozglądając się dookoła. – To coś, co nas łączy, nieprawdaż? – Zapytała ponownie przenosząc wzrok na swoją rozmówczynię, lecz ta nie zareagowała. – Taak… Jesteśmy do siebie podobne… Z tym, że ja już dawno przestałam się łudzić i segregować ludzi na dobrych i złych – dodała, poważniejąc. 
- Czyżby? Może i nie dzielisz ludzi na dobrych i złych, ale segregujesz ich na sprzymierzeńców i przeciwników. Albo ktoś jest twoim poddanym albo wrogiem. Inne nazewnictwo niczego nie zmienia. Wręcz przeciwnie. Sprawia, że stajesz się większą hipokrytką – wyrwało się jej, lecz nie żałowała ani jednego słowa, nawet jeśli miała za nie słono zapłacić.
W odpowiedzi Eva uśmiechnęła się zimno i zmrużyła oczy wwiercając się w jej twarz.
- Masz rację – odparła po bardzo długiej chwili milczenia, czym zbiła szatynkę z tropu. – Choć w jednym zasadniczym punkcie się mylisz. Wynika to z twojego ograniczonego schematu myślenia, w którym się zamykasz. Uważasz, że jestem zła i przez to trywializujesz mój obraz. Jednak jak zapewne wiesz, na świecie nie ma wyłącznie ludzi dobrych lub złych. W każdym z nas jest tyle samo dobra co zła. To nasze wybory, decyzje i działania determinują, to kim jesteśmy – powiedziała, rozpoczynając swój wykład, który, jak przypuszczała Hermiona, był wstępem do celu ich spotkania. - Owszem, jako władca, dzielę ludzi na sprzymierzeńców, poddanych i wrogów. Mam jednak świadomość, że żadne z nich nie jest ani dobre ani złe. Podobnie jest w przypadku osób sprawujących władzę. Władcy nie da się określić na podstawie odbicia lustrzanego jego poddanych lub przeciwników. Władca jest ponad nimi. On określa zasady gry, ustanawia ład, prawo i respektuje je. Stoi na straży porządku i sprawiedliwości – dodała i urwała, mrużąc oczy i przyglądając się szatynce w milczeniu, jakby ważąc następne słowa. – Ustanawia ład w swoim królestwie…I widzisz, tu pojawia się problem, który dostrzegam. Przez lata czarodzieje musieli się ukrywać wśród mugoli, którzy, mimo że słabsi, polowali na nich. Karali za coś, na co nie ma się wpływu. Za dar. W rezultacie zginęło wielu naszych pobratymców i jeszcze więcej mugoli, niesłusznie oskarżonych o czary. Później wielu magów żyło w ukryciu, trzymając swój dar w tajemnicy przed mugolami. Ze strachu przed stosem i prześladowaniem…Nie uważasz, że to niesprawiedliwe? Przelano tyle niewinnej krwi za coś, na co nie ma się wpływu...
- Jeśli próbujesz mi wmówić, że czarodzieje są wybranymi i to uprawnia ich do terroryzowania mugoli, to…
- Och, daj już spokój z tymi uprzedzeniami! – poirytowała się, zła że Hermiona nie nadąża za jej tokiem myślenia. – Myślisz, że gdybym tak uważała, to zaszłabym tak daleko? Otwórz oczy i rusz głową. Podobno jesteś najmądrzejszą czarownicą tego stulecia…
- Ten, kto tak twierdzi nie zna ciebie – zakpiła, zła z powodu przytyków kobiety, a ta w odpowiedzi posłała jej kpiący uśmiech.
- Nie słuchasz uważnie… 
- Widocznie nie jestem tak mądra jak mówią. Poza tym, czy jest ktoś, kto za tobą nadąża poza tobą samą? Czy nie na tym polega twój geniusz? – Sarknęła z wymuszonym uśmiechem.
- Skoro nie chcesz powiedzieć tego na głos, zrobię to za ciebie. Magia jest darem, Hermiono – powiedziała z naciskiem, ignorując słowa szatynki. – Darem, którego nie należy się wstydzić i ukrywać. Darem, który powinien być tylko dla wybranych i godnych, by nią władać – dodała, poważniejąc.
Hermiona ściągnęła brwi, analizując słowa kapłanki. Na pierwszy rzut oka, brzmiało to jak majaczenie psychicznie chorego człowieka. Jednak Eva nie miała problemów z psychiką, choć niewątpliwie była zaburzona i miała skłonności do socjopatycznych zachowań i do destrukcji. Poza tym była piekielnie inteligentna i przenikliwa. Hermiona przekonała się także, że była bezwzględna i mściwa. To połączenie nie mogło stworzyć niczego dobrego. Raz jeszcze przeanalizowała wszystkie dane i słowa kobiety i aż zachłysnęła się wnioskami, do których doszła. Widząc szeroko otwarte oczy szatynki, Eva uśmiechnęła się pod nosem.
- Trochę ci to zajęło – wytknęła jej z pobłażaniem. - A teraz sprawdźmy, czy doszłaś do właściwych konkluzji – powiedziała rozbawiona.
- Chcesz pozbawić czarodziei mocy…
- Poniekąd… Chcę pozbawić jej tylko niegodnych. Ci, którzy… jak ty to określasz, będą dobrzy, nie mają się czego obawiać.
- Raczej ci, którzy bez szemrania będą wykonywać twoje rozkazy?! Po to jest ci mój eliksir?! – Zerwała się z fotela, a Eva posłała jej znudzone spojrzenie.
- Nie rób scen, Granger – odparła ze znużeniem, w którym jednak pobrzmiewała nuta ostrzeżenia. – Siadaj – rozkazała, a Hermiona z ociąganiem wróciła na miejsce. – Twój eliksir jest tylko częścią składową – zaczęła, przywołując plik kartek. – Nasz wspólny znajomy był tak dobry, że odnalazł dla mnie plany bardzo użytecznego narzędzia. Słyszałaś o planach Voldemorta?  - Zapytała, a  widząc minę swojej rozmówczyni, dodała - Tak myślałam. Czarny Pan był socjopatą, jednak przede wszystkim był geniuszem. Skonstruował obroże, które miały zostać połączone z mrocznym znakiem jego zwolenników. Miały oddać moc poddanych pod kontrolę wodza, którym jak się domyślasz był Czarny Pan. W ten sposób Voldemort mógł panować nad swoim wojskiem nawet na odległość i mieć pewność, że nikt nie ośmieli się rzucić mu wyzwania, zdradzić i sięgnąć po to, co należało do niego. Mógł zapewnić sobie niepodzielną władzę…
- Chcesz założyć obroże kontrolujące swojej gwardii? – Zapytała, patrząc na nią z mieszaniną niedowierzania i niepewności.
- Nie. Chce, by nosił ją każdy obywatel mojego królestwa – Poprawiła ją beznamiętnym tonem.
- Ale po co?
- Dla bezpieczeństwa oczywiście.
- Wybacz, ale to nie trzyma się kupy…
- Spójrz – powiedziała, wstając i podchodząc do maty projektowej, na którą Hermiona wcześniej nie zwróciła uwagi. 
- To wygląda jak połączenie Londynu, Alkatraz i Zakonu – powiedziała, marszcząc czoło i starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów.
- Zgadza się – przytaknęła z aprobatą. – Potter tego nie dostrzegł – dodała z uznaniem. 
- Dalej nie wiem, co to wszystko ma znaczyć…
- Nowy Ład, Hermiono. Ład, w którym dwa światy przestaną istnieć i staną się jednym – Wyjaśniła z błyskiem w oku.
- Chcesz ujawnienia przed mugolami? – Zapytała, chcąc upewnić się, że nadąża za rozumowaniem czarownicy.
- Chcę, by czarodzieje przestali się bać i chować. By magia przestała być czymś wstydliwym i by czarodzieje bez obaw o swoje życie mogli pielęgnować i rozwijać swój dar – odparła, nie odrywając wzroku od maty.
- To…
- …ambitne plany, wiem – weszła jej w zdanie, przeszywając uważnym spojrzeniem.
- To szaleństwo! Mugole nie zrozumieją. Znają magie, ale tylko z baśni i legend. To dla nich mit. Jeśli się okaże, że magia istnieje część ludzi będzie jej się bała, a część zapragnie jej i… - Zaczęła podniesionym głosem i urwała, gdy wreszcie dotarło do niej, do czego zmierza Eva. - Tego właśnie chcesz, prawda? Chcesz, by mugole ponownie zaatakowali… Zmusisz czarodziei do walki w samoobronie, a potem poszczujesz ich na mugoli, obracając ich świat w proch. Ich rękami chcesz rozpętać wojnę… - Wyrzuciła z siebie z rosnącym niedowierzaniem, a widząc minę kobiety i przerażeniem. 
- Którą zakończę, pozbywając się rasy mugoli oraz swoich przeciwników, a potem zaprowadzę pokój, wprowadzając nowy ład i porządek, na czele którego będę stać. W moim świecie…
- Ale to nie twój świat! – Ponownie przerwała kapłance, autentycznie przerażona wizjami, jakie podsuwał jej umysł. - Nie jesteś bogiem, żeby decydować…O Słodka Roweno…Po to ci eliksir i obroże… Chcesz samodzielnie i niepodzielnie władać magią…
- W nowym świecie jest miejsce tylko dla jednego władcy. Ci, którzy będą godni, nie zostaną pozbawieni pełni mocy. Reszta będzie musiała się dostosować lub zostanie ukarana.
- A co z tymi, którzy staną do walki i nie będą chcieli się podporządkować lub oddać ci swojej mocy?
- Widzisz to? - Zapytała po długiej chwili milczenia, wskazując na flakonik z czarną substancją. – To jad mandragory. Najsilniejsza trucizna. Rozcieńczona esencja z jadu dodawana jest do wielu eliksirów leczniczych. Jednak czysty jad jest śmiertelny… Widziałaś kiedyś zaklęcie Szatańskiej Pożogi? To wyobraź sobie, co musi czuć ktoś, w kogo wnętrzu ktoś rozpali tą klątwę – wyjaśniła z niezdrowym błyskiem w oku, uważnie obserwując twarz szatynki. - Jeśli będziesz się upierać lub przyjdzie ci do głowy pomysł sabotażu, przygotuje dla ciebie pokaz specjalny. Będziesz mogła z detalami ujrzeć działanie jadu – powiedziała powoli, delektując się emocjami przemykającymi na twarzy swojej rozmówczyni. - Bardzo kochasz swoich rodziców, prawda? – zapytała po krótkiej pauzie, dając czas, by szatynka przetrawiła jej słowa. - Nie łudź się, że Potter jest w stanie ich przede mną ukryć. Prędzej niż później znajdę każdego, kogo kochasz, a wtedy każdemu z osobna zafunduję czas pełen wrażeń i atrakcji. Jad mandragory przy tym... będzie łaską… - wysyczała lodowatym tonem, a pobladła Hermiona zacisnęła mocno pięści, wbijając sobie paznokcie w skórę. – Tu są plany Czarnego Pana. Dokończ eliksir i rozpocznij prace nad projektem. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, zgłoś to Williamsowi. I nie guzdraj się z tym, jak ostatnio bo robię się niecierpliwa i w ramach motywacji mogę dostarczyć ci kilka bodźców – rozkazała surowym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. - Rozumiem, że mogę liczyć, że dołożysz wszelkich starań, aby mnie nie zdenerwować, prawda? – Zapytała, obrzucając ją badawczym spojrzeniem, a Hermiona skinęła sztywno głową. – Wspaniale. Dobrze jest sobie poplotkować z inną kobietą – Powiedziała z szerokim, aczkolwiek zimnym uśmiechem i ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając wstrząśniętą szatynkę samą z własnymi myślami, wątpliwościami, lękami i zadaniem, które miało doprowadzić do zagłady świata, w którym się urodziła i który kochała.


- Hej, jeszcze tu jesteś? 
Z zamyślenia wyrwał ją zaskoczony głos Dracona, który wyszedł na korytarz. 
- Pomyślałam, że poczekam na ciebie – odparła z delikatnym uśmiechem. – Kawy? Zaczarowałam ją więc jest jeszcze ciepła – Zapytała, a blondyn z wdzięcznością odebrał kubek i rozmasował kark. – Co z Narcyzą?
- Blaise podał jej eliksiry i zasnęła. Ponoć będzie spać do rana. Jutro podadzą jej drugą dawkę serum – odparł, a szatynka skinęła głową.
- Z każdą kolejną porcją lekarstwa będzie coraz silniejsza – Przytaknęła z pokrzepiającym uśmiechem.
- Wiem, że już to mówiłem, ale… - zaczął zmieszany, a Hermiona spojrzała na niego zaintrygowana. – Dziękuję. To, co zrobiłaś…to bardzo wiele dla mnie znaczy – dodał, starannie dobierając słowa, a Hermiona w odpowiedzi uśmiechnęła się ciepło i skinęła głową, okazując mu zrozumienie.
- Też powinieneś odpocząć i coś zjeść – zasugerowała, gdy opadł na krzesełko obok. – Mogę zostać przy niej, a ty wróć do domu – zaproponowała, choć spodziewała się jaka będzie odpowiedź mężczyzny.
- Nie chcę jej zostawiać. Zostanę przy niej na wypadek, gdyby się przebudziła – zaoponował, potwierdzając jej domysły, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem. - Jest taka wystraszona i oszołomiona… Mówi takie rzeczy… Czasami jest przytomna i rozmawia ze mną, a za chwilę zatraca się w swoim świecie i wtedy mam wrażenie, że… - zaczął i urwał, jakby nie wiedząc w jaki sposób ubrać swoje myśli w słowa.
- Odzyskamy ją – zapewniła Hermiona i ujęła jego dłoń.
Stanowczość, z jaką to powiedziała, sprawiła że spojrzał na nią z wdzięcznością. Nie dopuszczał do siebie myśli, że po tym wszystkim miałby stracić matkę. Jednak wciąż było za wcześnie, by ośmielił się wierzyć w szczęśliwe zaskoczenie. Tym bardziej, że w Mungu wciąż znajdował się szpieg Evy. To z jego powodu bał się spuścić Narcyzę z oka. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się jej stało. Był za nią odpowiedzialny i czuł obowiązek, by czuwać nad nią. 
Odwzajemnił uścisk Hermiony i rzucił w jej stronę badawcze spojrzenie. Wyglądała na wyczerpaną, a mimo tego nie ruszyła się ze szpitala, chcąc być przy nim. Jej wsparcie wiele dla niego znaczyło.
- Wracaj do domu i odpocznij, bo nie obraź się, ale nie wyglądasz najlepiej – powiedział, patrząc na nią z mieszaniną czułości i troski.
- Wiesz, ty też nie zwalasz z nóg – zripostowała z przekorą w głosie.
- I tak mnie kochasz – powiedział z charakterystyczną dla siebie pewnością.
- Nie znoszę kiedy masz rację – westchnęła z przesadnym niezadowoleniem, a on w odpowiedzi uśmiechnął się z pobłażaniem. – Nie chcę cię zostawiać – dodała, patrząc na jego profil z powagą. – Jestem spokojniejsza, gdy jesteś obok.
- Wiem… Ja też ciągle czuję się nieswojo, gdy tracę cię z oczu – odparł, ściągając brwi i nie odrywając spojrzenia od kubka z kawą. – Jesteś jednak wciąż osłabiona i powinnaś stosować się do zaleceń Danielle. Brałaś dzisiaj lekarstwo? – Zapytał, rzucając jej nieprzeniknione spojrzenie, a Hermiona skinęła głową w odpowiedzi.
- Nie musisz się o mnie martwić. Potrafię o siebie zadbać – upomniała go, uśmiechając się z przekąsem i karcąc w duchu za to, że w ferworze zdarzeń, zapomniała o lekarstwie. 
Wolała jednak się do tego nie przyznawać, by nie martwić mężczyzny. Doba jeszcze się nie skończyła, a ona zaraz po powrocie do domu postanowiła przyjąć kolejną dawkę. 
- Nie mam nad tym kontroli – westchnął ciężko, ponownie przenosząc wzrok na kubek z kawą.
- Wiem…Nie nad wszystkim da się mieć kontrolę – odparła bezbarwnym głosem.
Przez chwilę pomiędzy nimi panowała niczym niezmącona cisza, w czasie której każde z nich pogrążone było w swoich myślach.
- Nie masz pierścionka – zauważył z nieprzeniknioną miną, a Hermiona, zaskoczona nagłą zmianą tematu, spojrzała na niego z rezerwą.
- Wrócił tam, gdzie jego miejsce – odparła, wracając wspomnieniem do chwili, gdy przekazywała pierścionek Theresie, by ta oddała go Jasmine. 
- Czy… - zaczął, urywając, niepewny czy powinien kontynuować podjęty wątek. – Czy on wie o nas? – Zapytał, starając się nie pokazać po sobie, ile ta informacja dla niego znaczy.
Hermiona uśmiechnęła się z goryczą i skinęła głową całkowicie pogrążona we wspomnieniach i towarzyszących im przemyśleniach. Wspomnieniach, które przytłaczały, raniły i ciągnęły ją w dół.
- Czy on… - ponownie zaczął i urwał, starając się wybadać reakcję kobiety.
Z nieprzeniknioną miną obserwował profil szatynki. Granger wiedziała, o co chciał ją zapytać. Świadczyła o tym jej mina i cała postawa. Jej ciało spięło się, a oczy zaszkliły mimo woli. Zacisnęła usta i skinęła głową wciąż wpatrzona w swoje stopy. 
- Przykro mi – powiedział cicho, a ona zmusiła się do uśmiechu i pokiwała głową. – Wiem, że…
- Nie chcę rozmawiać o Wiktorze – powiedziała stanowczo, wchodząc mu w zdanie i ucinając temat, który z kolei spędzał sen z powiek Draconowi. – Nie jestem gotowa, by wracać do tego, co wydarzyło się w Bułgarii – dodała martwym tonem i w końcu spojrzała na mężczyznę, a ten ostatecznie postanowił nie naciskać i skinął głową. – Skoro mnie nie potrzebujesz, to wrócę do domu – dodała szybko, nie dając mu szans na reakcje, a on, zaskoczony nagłą reakcją kobiety, rzucił jej niepewne spojrzenie i ponownie skinął głową.
Z mieszanymi uczuciami obserwował, jak Hermiona z bladym uśmiechem podnosi się z miejsca z zamiarem odejścia. Żałował, że podjął ten temat. Wiedział, że powinien dać jej więcej czasu. Jednak niewiedza pobudzała jego wyobraźnię, a ta dokarmiała najróżniejsze myśli. Granger odkąd wróciła z Bułgarii była inna. Miał wrażenie, że wydarzyło się tam coś, co sprawiło, że zostawiła tam cząstkę siebie. Wróciła nieobecna, zdystansowana i zamknięta na niego. Schowała się w swoim świecie i otoczyła murem, którego nie potrafił sforsować. 
- Hermiona – zatrzymał ją, łapiąc za rękę, gdy już zamierzała odejść.
Pustka w jej oczach przerażała go. Starał się być taktowny i delikatny, jak radziła mu Pansy, ale najwyraźniej marnie mu to wyszło, ponieważ tylko spłoszył szatynkę. Wyjazd Hermiony przerósł go. Jej zdawkowe listy i wymijające odpowiedzi po powrocie wzbudzały w nim swego rodzaju niepewność. Czuł się tak jakby stąpał po kruchym lodzie i potrzebował zapewnienia, że między nimi nic się nie zmieniło. Wiedział, że pod tym względem był egoistą. Nie potrafił jednak myśleć racjonalnie, gdy chodziło o nią. Za bardzo mu zależało, by potrafił odpuścić. 
Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. Widząc zagubienie na jego twarzy, coś w jej wzroku zmieniło się. Zupełnie jakby coś sobie uzmysłowiła. Cały proces trwał jednak zbyt krótko, by Draco mógł wyczytać coś z jej twarzy.
- Tak? 
- Czy powinienem się martwić?- Zapytał, potęgując zaskoczenie kobiety i z napięciem wbijając w jej twarz badawcze spojrzenie.
Widząc jego niepewność, wstrzymała oddech. Nie chciała, by Draco odebrał jej zachowanie w taki sposób. Tu nie chodziło o niego tylko o nią. Nie chciała go martwić. Po prostu nie potrafiła poradzić sobie z kumulacją tych wszystkich uczuć. Wiedziała, że jeśli zostanie, to  zgasi całą jego radość z powodu odzyskania matki. Nie chciała rozkleić się przed nim i zrzucać na niego ciężaru swoich problemów. Czuła, że nie ma do tego prawa i nie chciała burzyć jego spokoju. To był ich dzień i nie zamierzała tego psuć. W tej chwili potrzebowała samotności. 
- Herm…
- Będę czekać w domu – powiedziała, zmuszając się do uśmiechu i nie dając mu szans na reakcje, musnęła jego policzek. 
Przymknął powieki, czując jej usta na skórze i nim odsunęła się od niego przyciągnął ją do siebie, mocno przytulając. Czuł jak bardzo jest spięta, jednak odwzajemniła jego uścisk. Zamknął oczy i wtulił twarz w jej włosy wdychając znajomy zapach. Nie chciał się z nią rozstawać, jednak nie oponował, gdy delikatnie wyswobodziła się z jego ramion i posyłając mu ostatni delikatny uśmiech, ruszyła w stronę wyjścia. Westchnął ciężko, gdy jej sylwetka zniknęła mu z oczu i opadł na krzesło, ukrywając twarz w dłoniach. Czuł, że coś dręczyło kobietę, jednak nie potrafił do niej dotrzeć. Zupełnie jakby Hermiona odgrodziła się od niego niewidzialnym murem. Im bardziej starał się go sforsować, tym bardziej ona się wycofywała. Przeczesał dłońmi włosy i rzucił spojrzenie na krzesło dotychczas zajmowane przez szatynkę. Uśmiechnął się mimo woli, dostrzegając na nim termos z ciepłą kawą i pudełko z jedzeniem.

***


Wybiegła ze szpitala, jakby goniło ją stado akromantuli. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy znalazła się na zewnątrz. Rozejrzała się dookoła, walcząc z atakiem paniki i wdychając świeże powietrze. Była na siebie zła, że tak łatwo straciła nad sobą panowanie. Ignorując ciekawskie spojrzenia przechodniów, ukryła twarz w dłoniach, walcząc z cisnącymi się jej do oczu łzami i odetchnęła głęboko, starając się odzyskać kontrolę. Gdy myślała, że jest gotowa, by stawić czoła światu, otworzyła oczy. Pech chciał, że jej wzrok padł na baner, ukazujący zapowiedź najnowszego numeru „Czarownicy”. Główna strona okładki przedstawiała Wiktora bawiącego się z synem, a w tle widniała ona oraz Jasmine. Pogrubiony tytuł głosił: „Sekretne życie gwiazdy quidditcha”. Zakręciło się jej w głowie, a kolana ugięły pod nią. Nie pamiętała drogi do domu ani momentu, w którym kupiła gazetę. Poruszała się niczym w letargu, walcząc o to, by utrzymać się na powierzchni. Dopiero, gdy zamknęła drzwi mieszkania i opadła na kanapę, odważyła się, by wyjąć gazetę i zapoznać z artykułem. Z szybko bijącym sercem przesuwała wzrokiem po linijkach maszynopisu. Każde zdanie było niczym cios prosto w serce, rozdrapujący świeże blizny. Poszczególne zdania artykułu rozbijały się o jej głowę i pozbawiały sił. Nie łudziła się nawet, że jej rozstanie z Wiktorem odbędzie się bez echa. O ich zaręczynach rozpisywał się cały magiczny wymiar. Nic dziwnego, że ostatnie wydarzenia były równie szeroko komentowane. 
„Od wielu miesięcy sława bułgarskiej Ligii Quidditcha zmaga się z poważną chorobą. Z zaufanego źródła wiemy, że Wiktor Krum poddał się eksperymentalnej terapii i cały czas walczy o życie. W tych trudnych chwilach wspiera go żona Jasmine, syn Dominic oraz rodzice”
„Tajemnice rozstania Wiktora Kruma i Hermiony Granger pozostają niewyjaśnione. Nieoficjalnie za rozpad ich związku podaje się romans 1/3 Złotego Trio z Draconem Malfoyem”
„Przyjaciółka rodziny przyznaje, że Hermiona Granger opuściła szukającego bułgarskiej reprezentacji, gdy poznała prawdę o jego nieuleczalnej chorobie”
„Jasmine Crowle i Wiktor Krum – miłość ponad wszystko”
„Hermiona Granger jakiej nie znamy”
Odłożyła gazetę, czując jak brakuje jej tchu. W głowie wciąż odbijały się jej określenia, jakich użył autor tekstu w stosunku do jej osoby - „bezduszna”, „wyrachowana”, „bezwzględna”, „egoistyczna”. Zamknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach, walcząc z nadchodząca falą niemocy. Wiedziała, że odpowiada za rozpad ich związku. Jednak Wiktor też miał w tym swój udział. Tymczasem zrobiono z niej bezdusznego potwora, który opuścił bliską osobę w najtrudniejszych chwilach walki o życie. Ponadto napisano, że rozbiła rodzinę, stojąc między Wiktorem, a Jasmine i Dominiciem. Zalała ją fala mdłości i nie była w stanie oddychać. 
„Potęga miłości – Jasmine Crowle i Wiktor Krum”
„Kocham swojego męża. Zawsze go kochałam. Nigdy nie traciłam nadziei, że stworzymy Dominicowi dom”
„Tragedia bułgarskiego szukającego. Magomedycy są bezsilni”
Wybrane fragmenty tekstu bombardowały jej umysł, potęgując wyrzuty sumienia i poczucie winy. Odwróciła wzrok od artykułu, łudząc się że to sprawi, że wszystkie oskarżenia ucichną w jej głowie. Jej wzrok padł na zdjęcia na półce. Zerwała się z kanapy i powoli podeszła do miejsca, w którym się znajdowały. Drżącymi dłońmi chwyciła jedną z ramek i przez chwilę przyglądała się jej szeroko otwartymi oczami.  
„Porzuciła go, gdy najbardziej jej potrzebował”
„Ten związek był farsą”
„Postawiła mu ultimatum, a gdy odkryła, że utrzymuje kontakt z synem i byłą narzeczoną, wpadła w szał i zostawiła go”
Ramka ze zdjęciem wysunęła się jej z dłoni i upadła na podłogę. Szkło rozprysło się głośno na miliony nierównych kawałków. Rozpadło się tak jak ostatnie dwa lata jej życia. Myślała, że ma wszystko pod kontrolą. Tymczasem nieuchronnie zbliżała się ku przepaści, łudząc się że może przeżyć ten upadek. Świadomość tego obudziła niekontrolowany lęk, który wypełnił wszystkie zakamarki jej umysłu. Im bardziej chciała go oddalić, tym bardziej na nią napierał aż w końcu pękły w niej wszystkie hamulce. I to wtedy obudziła się wściekłość…
 Przez chwilę stała w bezruchu, przyglądając się stłuczonemu przedmiotowi, a następnie chwyciła po kolejne zdjęcie. Przyjrzała się mu przez chwilę, a następnie z dzikim wrzaskiem rzuciła o podłogę. Ten sam los spotkał pozostałe fotografie, przedstawiające ją i Wiktora. Na każdej byli szczęśliwi i uśmiechnięci. Każde przypominało o tym, co ich łączyło i wiązało się z innym wspomnieniem. Gdy zabrakło zdjęć, rzucała wszystkim, co wpadło jej w ręce. Niszczyła co popadnie, wyrzucając z siebie ból, wściekłość, żal, zawód, strach i inne emocje, które tłamsiła od wielu miesięcy. Chciała obrócić w proch wszystko, co jej o nim przypominało, co ich łączyło i czego będzie jej brakowało. Nienawidziła go za te wszystkie kłamstwa i intrygi, gdy nią manipulował. Nienawidziła go za jego miłość i spokój, jaki wniósł do jej życia. Nienawidziła go za tą cholerną obietnicę, że zawsze będzie obok i nigdy jej nie zawiedzie. Najbardziej jednak nienawidziła go za to, że umierał. Zostawiał ją samą z tym całym bałaganem, który najzwyczajniej w świecie ją przerastał.  Bo tak właśnie było. Zarówno historia z Evą, zakonem, Draconem i Wiktorem przerosły ją. I gdy to sobie uświadomiła, gniew zniknął tak nagle jak się pojawił, ustępując miejsca pustce i zmęczeniu. Opuściła bezwładnie ręce i spojrzała na swoje dzieło. Opadła na kolana, nie przejmując się zbytnio tym, że wokół jest pełno szkła. Sięgnęła po najbliższą ramkę i wyjęła z niej fotografię. Przez chwilę przyglądała się jej zaszklonym wzrokiem. Zamknęła oczy, zaciskając mocno powieki spod których i tak wydostały się świeże łzy. Nienawidziła się za tą słabość. Nienawidziła za ślepy upór i tą cholerną, gryfońską dumę, która popchnęła ją do chęci udowodnienia Draconowi, że może być szczęśliwa bez niego. Bo w tym jednym mężczyzna się nie mylił. Umawiając się z Wiktorem rzeczywiście chciała coś zademonstrować. Jednak ten pokaz był przeznaczony dla Dracona, a nie jak ten twierdził Rona. Nie powinna wykorzystywać Wiktora i mieszać go w swoje porachunki z Malfoyem. Wtedy jednak nie przypuszczała, że sprawy zajdą tak daleko. Mimo tego, że Bułgar doskonale wiedział o jej uczuciach względem byłego Ślizgona, chciał by dała mu szansę. Zapewniał, że jest w stanie odsunąć od niej ból i sprawić, że będzie szczęśliwa. 
- I taka byłam…Byliśmy szczęśliwi i to nie iluzja – powiedziała zdławionym głosem, przesuwając palcem po zdjęciu. – Gdybyś był ze mną szczery i nie zataił, że jesteś chory, nie zostawiłabym cię… Rzuciłabym wszystko, żeby znaleźć lekarstwo…Zostawiłabym ten cholerny projekt i nie trafiła tym samym na listę życzeń Evy. Nie spędzałabym tyle czasu z Draconem…Pewnie wyszłabym za ciebie i założylibyśmy rodzinę…Z kim spędzałbyś wówczas wszystkie święta, urlopy, wakacje, dzień dziecka? Z nami czy z Jasmine i Dominiciem? To nie miało prawa się udać nawet wtedy, gdybyś był zdrowy… - wyrzuciła z siebie, na koniec śmiejąc się histerycznie przez łzy. – Tak bardzo pragnęłam być kochana, że pozwoliłam sobie uwierzyć, że twoja miłość wystarczy do zbudowania rodziny. To przeze mnie obydwoje straciliśmy dwa lata naszego życia…I za to przepraszam…Ale to twoje kłamstwa nas zniszczyły, Wiktorze - dodała, pozwalając sobie na ostatnie łzy, a następnie odłożyła zdjęcie z zamiarem wstania. 
Syknęła, gdy niefortunnie się oparła, raniąc rękę o szkło. Skrzywiła się dostrzegając obfite krwawienie. Nie musiała długo czekać, by cała jej dłoń pokryła się czerwoną, lepką cieczą. Widok ten wstrząsnął ją. Z przerażeniem wpatrywała się w swoją dłoń, gdy dotarło do niej, że krew na jej rękach nie jest wyłącznie jej. Odpowiadała za śmierć tylu ludzi, którzy zawinili tylko tym, że stanęli na drodze Evy po nią. Blackwell miał rację. Miała krew na rękach…
- Hermiona? 
Ginny opuściła różdżkę czując jednocześnie ulgę i niepokój. Gdy przekroczyła próg mieszkania przyjaciółki przeraził ją zastany widok. Salon wyglądał jak po zaciętej walce i w pierwszej chwili pomyślała, że ktoś zaatakował szatynkę. Dopiero Pansy ujęła jej przedramię i wskazała na klęczącą w bezruchu przyjaciółkę. Hermiona była potargana, spocona i zapłakana. Przypominała bardziej zjawę niż żywego człowieka. Takie samo było jej spojrzenie, gdy odwróciła się w ich kierunku. Pustka, granicząca z szaleństwem przeraziły ją. Otworzyła szerzej oczy, gdy dostrzegła krew na jej rękach i już chciała do niej podejść, gdy silny uścisk na ramieniu powstrzymał ją przed tym. Rzuciła skonsternowane spojrzenie towarzyszącej jej Pansy, lecz widząc jej minę zrezygnowała z prób polemiki. Parkinson była psychologiem i wiedziała, jak postępować z kimś w podobnym stanie. Skinęła głową i przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę, która wyglądała jakby przeszła załamanie nerwowe. Wydawała się być nieobecna i wycofana do własnego świata. Wstrzymała oddech, gdy Pansy powoli zaczęła zbliżać się do szatynki, wypowiadając kojące słowa i na wszelki wypadek uniosła różdżkę w każdej chwili gotowa, by asekurować Pansy. Zbyt dobrze pamiętała scenę, w której Kingsley o mały włos nie zabił Harry’ego, by teraz bagatelizować całą sytuację. 
- Herm? – powiedziała Pansy, kładąc dłoń na jej przedramieniu.
Szatynka podniosła na nią wzrok i przez chwilę przyglądała się jej bez wyrazu. 
- Poznajesz mnie? To ja, Pansy… – zaczęła brunetka i urwała widząc zmianę na twarzy przyjaciółki. 
Ginny też ją dostrzegła. Subtelny błysk zrozumienia w jej oczach i drżenie brody. Wszystko to trwało ułamek sekundy, nim Hermiona pękła i rozpłakała się. Pansy niezauważalnie odetchnęła z ulgą i przytuliła przyjaciółkę. Ginny również poczuła ulgę i ostrożnie, omijając przeszkody i szkło ruszyła w ich stronę. Mijając kanapę jej wzrok padł na wydanie „Czarownicy” i wtedy spłynęło na nią olśnienie. Ściągnęła brwi i zacisnęła usta wwiercając się wzrokiem w artykuł, który miała nieszczęście znać. Niewiele myśląc podniosła czasopismo i cisnęła je do kominka, a następnie podeszła do przyjaciółki, przytulając się do jej drżących pleców.
Minęło dużo czasu nim Hermiona doszła do siebie. Ginny właśnie tego się obawiała. Wiedziała, że prędzej niż później Granger pęknie. Sądząc po zniszczeniach w salonie, musiała długo tłumić w sobie wszystkie uczucia. Dobrze znała swoją przyjaciółkę. Wiedziała, że szatynka nie należy do osób, które z każdym problemem biegną do innych. Ona sama załatwiała swoje sprawy, wielokrotnie doprowadzając ją, Harry’ego i Rona do szewskiej pasji. Ceniła niezależność i zaradność kobiety, jednak bywały chwile, gdy Hermiona zachowywała się jak cyborg. Ginny wiedziała, że werbalizacja uczuć i lęków oraz proszenie o pomoc są słabą stroną szatynki. To dlatego rudowłosa nigdy nie pytała jej o zdanie w wielu sytuacjach. Gdy uważała, że Hermiona potrzebuje pomocy lub wsparcia, po prostu pojawiała się i robiła co do niej należało, czy to się pannie Granger podobało czy też nie. Nie zważała na stawiane przez nią mury i napady złego nastroju, gdy próbowała odepchnąć wszystkich od siebie, by nie zrzucać im na głowę swoich problemów. Z czasem Hermiona zrozumiała, że rudowłosa nie pozwoli jej posadzić się na ławce rezerwowej. Od tego momentu wiele razem przeszły. Ginny znała wszystkie jej troski i rozterki. Jako jedyna wiedziała też o jej uczuciu do Dracona i o tym, co wydarzyło się między nimi w dniu balu charytatywnego. 
Pansy pociągnęła szatynkę w stronę kanapy. Hermiona nie oponowała. Nawet się nie skrzywiła, gdy brunetka opatrzyła jej rozcięcie, a potem wcisnęła w dłonie ciepły kubek z czekoladą. 
- Tylko nim nie rzucaj, bo gorące – oznajmiła, próbując żartować, by rozładować napięcie.
- Myślę, że wystarczająco już nabroiłam – odparła cicho, rozglądając się ze smutkiem po salonie.
- Na szczęście znam sposób, żeby to naprawić – powiedziała Ginny, wyjmując różdżkę z zamiarem posprzątania całego bałaganu.
- Nie – cichy aczkolwiek stanowczy głos szatynki powstrzymał ją przed rzuceniem zaklęcia.
Spojrzała na nią z niezrozumieniem i uniosła zaskoczona brwi, gdy kobieta niespiesznym krokiem podeszła do miejsca, gdzie było najwięcej szkła i wycelowała w nie różdżką. Ginny wymieniła zaniepokojone spojrzenie z Pansy, gdy szatynka zaczęła zamieniać poszczególne przedmioty w proch, którego później się pozbywała. 
- Mam nadzieję, że oszczędzisz chociaż kanapę – zażartowała rudowłosa, gdy Granger pozbyła się w ten sposób jednego z foteli.
- On należał do niego – odparła z nieobecnym spojrzeniem, a następnie omiotła wzrokiem całą przestrzeń. – Zresztą całe to mieszkanie przesiąknięte jest nim – dodała z goryczą.
- Ale mam nadzieję, że nie puścisz go z dymem? – Zapytała zaniepokojona rudowłosa, czym po raz pierwszy wywołała cień uśmiechu na twarzy Hermiony.
- Powinnaś to zrobić – powiedziała Pansy, zaskakując tym obydwie kobiety. – Nie mówię o mieszkaniu – dodała z pobłażaniem i sprostowała. – Wyrzuć to wszystko z siebie, tak jak zrobiłaś to przed chwilą, a następnie obróć w nicość…



***
Zamknął oczy, gdy nastąpił kolejny wyrzut ognia i odruchowo zrobił krok w tył, zepchnięty siłą podmuchu. W uszach dudniło mu od rozchodzącego się hałasu i w pewnej chwili musiał przytrzymać się kamiennej ściany, by nie upaść. Miał wrażenie, że rozpętali armagedon. Wiatr nasilił się, a ziemia pod jego stopami zaczęła niebezpiecznie drżeć.  Zmrużył oczy, szukając w całym tym zamieszaniu Amelii lecz na próżno. Buchający pierścień ognia wokół pentagramu odciął go od niej. Zastanawiał się, czy ta nagła anomalia jest częścią rytuału, lecz nim znalazł odpowiedź wszystko skończyło się tak szybko, jak się zaczęło, a jego otoczyła ciemność. Słyszał swój ciężki oddech, który w niezmąconym niczym mroku, brzmiał jakby był wzmocniony zaklęciem. 
- Amelio? – Jego pełen napięcia głos, przeciął ciszę i potoczył się głuchym echem po grocie.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, po omacku wymacał kamienną ścianę i powoli zaczął się przesuwać w kierunku, gdzie powinien znajdować się pentagram. Zacisnął jedną rękę na długim sztylecie, gotowy w każdej chwili zaatakować. Wszystkie jego mięśnie były boleśnie napięte, a wyostrzone zmysły wrażliwe na jakikolwiek bodziec. 
- Amy?! – Krzyknął ponownie, a następnie potknął się o wystający głaz i runął na ziemię.
Dźwignął się na nogi i ponownie wymacał ścianę. Tym razem ostrożnie stawiał każdy krok z uwagą wsłuchując się w najlżejszy szelest. Wytężył wzrok starając się przeniknąć nim przez ciemność, lecz bezskutecznie. Nie miał pojęcia, co się wydarzyło. Odsuwał od siebie myśl, że coś poszło nie tak, lecz przedłużająca się cisza ze strony czarownicy tylko potęgowała uczucie niepokoju. Otworzył usta, chcąc ponownie zawołać kobietę, lecz wówczas poczuł silne uderzenie w klatce piersiowej. Siła ta pozbawiła go tchu i zatoczył się na ścianę. Nim zdążył zareagować poczuł gładkie ostrze stali, prześlizgujące się po jego skórze. Złapał się za gardło i rozszerzył oczy, czując pod palcami lepką, ciepłą maź i pieczenie. Chciał coś powiedzieć, lecz zamiast słów z jego ust wydobył się, nieartykułowany charkot. Dławiąc się własną śliną i krwią oraz nie mogąc złapać oddechu, osunął się na kolana. Wówczas ujrzał majaczące światło, rozjaśniające ciemność. Osunął się na ziemię, patrząc z niedowierzaniem prosto w oczy swojemu mordercy. 
- Wybacz mi, Oliwerze – poprosiła szczerze kobieta, kucając tuż obok zanoszącego się w konwulsjach ciała.- Nigdy nie chciałam, żebyśmy stali się wrogami… - wyznała ze smutkiem.
Oliwer otworzył usta w agonii, walcząc o każdy oddech i starając się bezskutecznie wydusić  z siebie dręczące go pytanie. Amelia, mimo że nie udało mu się go zadać, musiała dostrzec je w jego gasnących oczach, bo nachyliła się nad nim i odgarnęła z czułością jego ubrudzone krwią i pyłem włosy.
- Sam powiedziałeś, że kto raz okazał się zdolny do zdrady, zdradzi kolejny raz, przyjacielu. Nie pozostawiłeś mi wyboru – wyjaśniła z bólem w głosie. – Obiecuję ci jednak, że twoja ofiara nie pójdzie na marne. Życie za życie. Sprowadzę Evę i zaopiekuję się nią – Zapewniła, uśmiechając się przez łzy. – Zadbam też o to, żeby twoja śmierć została pomszczona. Hermiona Granger zapłaci za to, że przyczyniła się do niej… - dodała z fanatycznym błyskiem w oku. – Do zobaczenia po drugiej stronie… Izeshar elosh arish ushar! Gruzi huo orul! – rozpoczęła inkantację zdławionym głosem, patrząc prosto w gasnące spojrzenie Oliwera. - Salve Sorce Das. Eliximo Nominum, Etrinox Sorce Sotero Callux Oxtara. Nas Ex Veras, Raverus En Phesmatos Ex Sonos. Resistamus Et Veram Vatus. Raverus Phasmatos Ex Sonos…
- Evo…
- Czy potrafiłbyś mnie kochać, gdybym stała się taka jak ona? – Weszła mu w słowo, spoglądając nieobecnym wzrokiem w dogasające płomienie w komnacie.
Uniósł brwi, zaskoczony zarówno pytaniem kobiety, jak i dziwną nutą nostalgii w jej głosie. Eva jednak nie dostrzegła jego pytającej miny. Stała tyłem, bez mrugnięcia wpatrując się w kominek. Zaintrygowany jej zachowaniem, nie odpowiedział od razu. Instynktownie czuł, że w tym pytaniu tkwi drugie dno, które skłoniło jego ukochaną do takich refleksji. Niespiesznie pokonał odcinek, który ich dzielił i stanął obok. Dorzucił kilka kawałków drewna do kominka, które ponownie roznieciły ogień. Czuł na sobie palące spojrzenie kobiety, które odwzajemnił dopiero po dłuższej chwili.
- Potrafiłbyś pokochać takiego potwora? – Ponowiła pytanie, tym razem patrząc mu prosto w oczy.
- Będę cię kochał nawet wtedy, gdy moje serce przestanie bić – zapewnił z powagą i położył dłoń na jej policzku.
- Obiecaj mi, że nie znikniesz, jak mój ojciec. Że nie odwrócisz się ode mnie i nie pozwolisz mi się zatracić – poprosiła, ujmując nadgarstek jego dłoni, która spoczywała na jej policzku.
- Zawsze będę obok – powiedział z delikatnym uśmiechem.
- Przyrzeknij – zażądała z uporem.
- Obiecuję – odparł, doskonale wiedząc, że realizacja tej obietnicy nie zależy wyłącznie od niego. 
Oliwer wiedział również, że i Eva musi mieć tego świadomość. Nie miał pojęcia, co wprowadziło ją w taki nastrój. Odkąd zabiła Dorcas często zdarzało jej się błądzić myślami i łatwiej niż zwykle można było wyprowadzić ją z równowagi. Cokolwiek jednak ją dręczyło, jego zapewnienie musiało być tym, czego potrzebowała, ponieważ po jego słowach poczuł jak się rozluźnia. W jej oczach wciąż widział niepokój i niepewność, które starała się ukryć lecz wiedział, że nie ma sensu pytać, co jest tego przyczyną. 
- Jesteś moim kompasem, Oliwerze. Bez ciebie szybko zgubię się w ciemności…
- Nigdzie się nie wybieram. Poza tym dobrze wiesz, że nie ma takiego miejsca, w którym bym cię nie znalazł – zapewnił, przygarniając ją i przytulając mocno. – Nie zostawię cię nawet jeśli obydwoje mielibyśmy spłonąć…